Od dawna miałem ochotę zaplanować sobie dłuższą wycieczkę lotniczą. Tzn – nie tylko z punktu A do B i z powrotem, ale z punktu B do C, a potem dalej do D, E a może i F? W październiku 2013 roku udało się nawet dotrzeć do punktu J! Głównym celem była niewielka Malta, a następnie postanowiłem odwiedzić wszelkich krewnych i znajomych królika rozsianych po Europie.

7-8 października 2013 r.
Pyrzowice – Girona – ValettaUNESCO

Wycieczka rozpoczęła się oczywiście na lotnisku w Pyrzowicach, dokąd dotarłem kombinacją autobusów KZK GOP przez Będzin i Bobrowniki. Jadąc z Dąbrowy Górniczej przy dobrym układzie rozkładów wychodzi i krócej, i taniej niż dojazd do Katowic i przejazd linią Lotnisko. Pierwszy lot podczas Eurotripu to trasa Katowice – Girona, niestety uśmiercona już w młodym wieku decyzją pana O’Leary. Wieczorny lot bez zakłóceń, nieco zmęczona załoga nie napastowała przesadnie wspaniałymi ofertami. Po 23:00 melduję się na katalońskiej ziemi. Lotnisko w Gironie doskonale znane z pierwszego w życiu lotu samolotem, a także kilku kolejnych nocek na nim spędzonych. Jak zwykle niedobór ławek, dużo koczujących, więc część nocy spędzam w śpiworze na podłodze. Kilkukrotnie w nocy budzi mnie jakieś zamieszanie, więc gdy tylko pojawia się możliwość kontroli bezpieczeństwa udaję się do airside.

Jem szybkie śniadanie w Subwayu i zaraz ustawiam się na końcu kolejki do gate. Nie muszę chyba dodawać, że po nocy na lotnisku zaraz po zajęciu miejsca usypiam. Gdy budzę się, jest 7:00. Do lądowania ponad godzina, więc zasypiam dalej. Budzę się po jakimś czasie. Jest 7:00 😀 Nie, to nie deja vu, wygląda na to, że bateria w zegarku dokończyła żywota 🙂 Samolot akurat rozpoczyna zniżanie. Samolot przelatuje nad całą wyspą, i po nawrocie o 180 stopni ląduje na lotnisku Luqa od południowo wschodniej strony. Już na pierwszy rzut oka z okna samolotu widać, jaka mała jest wyspa. Jeszcze w budynku terminala odbieram smsa od gospodyni z Airbnb, ze już jedzie. Wychodzę z terminalu, i okazuje się… że pada deszcz. Spodziewałem się słońca, a tymczasem tutaj niebo jest całkiem zachmurzone. Za chwilkę podjeżdża gospodyni i jedziemy do domu, który oddalony jest o 10 minut jazdy. Po chwili rozmowy okazuje się, że jej synowa jest Polką. Dom, w którym mam mieszkać położony jest we wschodniej części wyspy, i odległy od Valetty o pół godziny autobusem. Do dyspozycji mam dwuosobowy pokój. Jest ich kilka do wynajęcia, ale sezon już minął, i jestem jedynym gościem. Gospodyni wraca do obowiązków, a mnie zajmuje jeszcze dwie godziny, aby dojść do siebie po niedospanej nocy.

Około południa ruszam na zwiedzanie. Schodzę spacerem do przystanku autobusowego. Wyspa jest na tyle mała, że w każdy jej zakątek można dojechać autobusem miejskim. Niestety, znane ze zdjęć i kojarzone nieodłącznie z Maltą kilkudziesięcioletnie klimatyczne stare autobusy zostały parę lat temu zastąpione bezdusznymi nowoczesnymi puszkami Arrivy. Nieoceniona strata dla krajobrazu Malty. Ale za to podobno zwiększyła się ich punktualność. Kupuję u kierowcy bilet całodzienny w cenie 2,65€ i po niecałej półgodzinie melduję się w centrum. Plac z fontanną tuż przed wejściem na stare miasto jest centralnym punktem komunikacji w całej stolicy. To stąd, i z dworca kilka metrów obok odjeżdżają autobusy w każde miejsce na wyspie. Ja na początek chcę się jednak powłóczyć po ulicach Valetty. Valetta to tak naprawdę kilkanaście ulic przecinających się pod kątem prostym i bardzo stromo wznoszących się i opadających na przemian. Zajmują one obszar niewielkiego półwyspu. Po zachodniej i wschodniej stronie zza budynków prześwitują wody dwóch zatok z widocznymi wieloma jachtami. Główna ulica – Triq ir Republikka prowadzi wprost od mostu na fosie oddzielającej miasto od leżącej niżej Floriany aż do końca półwyspu, mijając po drodze katedrę, pałac królewski i wiele innych zabytków. Ulica faluje w górę i w dół. Dochodzę aż do końca, gdzie znajduje się twierdza. Skręcam w prawo. Po krótkim spacerze schodami wchodzę na monument poświęcony oblężeniu Malty w czasie II Wojny Światowej. Widać stamtąd oddalone o kilkaset metrów po drugiej stronie zatoki Grand Harbour miasta, a w zasadzie dzielnice wielkiej konurbacji – Il-Birgu, czyli Vittoriosę, Cospicuę i Sengleę. Naprzeciwko pomnika z dzwonem znajdują się ogrody Lower Barakka. Wśród pięknej roślinności i fontann można również podziwiać widoki na okolicę. Z ogrodów wędrowałem dalej, już wzdłuż murów miejskich. Ulica pięła się w górę, prowadząc częściowo po schodach. Po chwili podejścia doszedłem do górnych ogrodów Barakka. Znajdują się one w jednym z najwyższych miejsc w okolicy, widoki były więc przepiękne. Tuż poniżej ogrodów znajdują się brytyjskie działa, które przypominają o burzliwej przeszłości twierdzy. Z ogrodów już tylko kilkadziesiąt metrów dzieliło mnie od powrotu do punktu wyjścia. Niestety w międzyczasie pogoda zepsuła się zupełnie, z ulgą więc wsiadłem do autobusu jadącego z powrotem do mojej dzielnicy.

9 października 2013 r.
Mdina – Dingli – Wied iż-Żurrieq

Gdy obudziłem się rano, z jesieni, która panowała poprzedniego dnia zrobiła się z powrotem wiosna. Po niewielkim, ale sycącym śniadaniu i pogawędce z gospodynią ruszam zwiedzać dalszą część wyspy. Na samym początku wybieram się piechotą rzucić okiem na jedną z megalitycznych świątyń z których słynie Malta o nazwie Tarxien. Znajduje się ona kilka minut spacerem od mojego domu. Dochodzę na miejsce, i okazuje się, że po pierwsze wejście jest płatne, a widoki zza muru nie sugerują że opłaca się wydać te kilka euro. Idę więc dalej dochodząc do miasta (na Malcie każda dzielnica stanowi odrębne miasto, jednak naprawdę stanowią one jedną wielką aglomerację) Paola. Już z daleka widać kopułę skromnego kościółka wielkości katowickiej katedry. A jest to tylko jeden z wielu kościołów parafialnych, których tutaj bez liku. W Paoli łapię autobus i ruszam do Valetty. Kolejnym autobusem, wypchanym do granic możliwości jadę w stronę Mdiny. Mdina w przeszłości stanowiła stolicę wyspy. Autobus jedzie najpierw do doklejonego do dawnej stolicy miasta Ir-Rabat, skąd kilkuminutowym spacerkiem można dotrzeć do murów miejskich. Mdina jest jakby miniaturą Valletty i jednocześnie muzeum na żywym powietrzu. Cały obręb murów miejskich można obejść w ciągu kilkunastu minut.

Mimo kilku wycieczek które zwiedzają miasto jest tu bardzo cicho i spokojnie. Skręcając w jedna z bocznych ulic można nie spotkać nawet żywego ducha. Na samym końcu starówki znajduje się plac, z którego rozlega się bardzo rozległy widok. Widać odległą o kilkanaście kilometrów Valettę, widać północne wybrzeże. Jednym z charakterystycznych punktów jest kopuła kościoła w miejscowości Mosta, jedna z największych kopuł na świecie, ocalona niemal cudem przed zniszczeniem podczas wojny.

Na starówce spędzam niemal godzinę. Przy wejściu na starówkę wchodzę jeszcze do informacji turystycznej. Wśród różnych materiałów zainteresowała mnie ulotka, w której opisana jest trasa piesza wzdłuż klifów południowego wybrzeża. Na południe wyspy jedzie autobus z centrum Rabatu… Po 20 minutach jazdy jestem w miejscowości Dingli. To od jej nazwy pochodzi nazwa imponujących klifów na południowym wybrzeżu. Wieś jest niemal wymarła, nie ma kogo zapytać o drogę, więc na czuja dochodzę na koniec wioski. Już z daleka widać ogromny radar meteorologiczny, a przy nim przystanek, restauracja, i początek znakowanej ścieżki. W restauracji jest sporo turystów, jednak wystarczyło przejść kilkadziesiąt metrów, i można w spokoju cieszyć się widokami. Widoki są naprawdę imponujące, gdyż miejsce to jest najwyżej położone na całej Malcie. Wąska droga prowadzi miejscami zaraz przy klifie. Gdy dobrze się przyjrzeć, na dole wśród kamieni można dojrzeć też resztki samochodów, których kierowcom się nie udało pokonać trasy. Po pewnym czasie szlak schodzi z asfaltu i kieruje się w dół w stronę skał wśród pozostałości dawnych wykopalisk. Schodzę w dół krętą ścieżką. Teraz szlak prowadzi podnóżami klifu wśród zaniedbanych gospodarstw. Po południowej stronie za to mogę podziwiać widoki na morze i wyspę Filfla. Po dwóch godzinach ponownie dochodzę do głównej drogi. Teraz już co jakiś czas mijam turystów. Dochodzę do kompleksu świątyń Hagar Qim. Same świątynie wyglądają dość osobliwie, gdyż są nakryte zupełnie współczesnym „namiotem”, który mimo iż ma chronić prastare kamienie przed zgubnym wpływem słońca niezbyt pasuje do sytuacji.
Świątynie te, podobnie jak odwiedzone rano Tarxien są jednymi z najstarszych budowli zachowanych na ziemi – pochodzą z przełomu IV i III tysiąclecia p.n.e.
Spod świątyni jeszcze dwa kilometry marszu dzielą mnie od przystanku w miejscowości Wied iż-Żurrieq, gdzie znajduje się jedna z atrakcji Malty, czyli Blue Grotto. Nie mam zamiaru jej zwiedzać, gdyż jest to raczej atrakcja dla zakochanych par 😉 jednak schodzę do wsi, aby kupić coś do picia i zaczekać na autobus. Nie znajduję sklepu, ale zimny Kinnie w barze doskonale gasi moje pragnienie. Po chwili nadjeżdża autobus, którym udaję się na lotnisko, a po przesiadce jadę w stronę domu.

10 października 2013 r.
Gozo UNESCO

Kolejny dzień zaczynam wcześnie. Dzisiaj jest jedyny dzień, w którym mogę odwiedzić Gozo. Zdaję sobie sprawę, że wycieczka na wyspę najlepsza byłaby na dwa dni, ale jak się nie ma co się lubi… Najpierw czeka mnie długa podróż autobusem na drugi koniec wyspy. Wsiadam w 41. Autobus jak przystało na leniwą południową wyspę jedzie bardzo długo wspinając się pracowicie pod wszystkie pagórki. W końcu jest! Widać cieśninę między wyspami i terminal promowy na końcu niewielkiego półwyspu. Mijam naganiaczy sprzedających rejsy łódką na Comino i staję w długaśnej kolejce do kasy. Dopiero po otwarciu bramek na rejs okazuje się, że część osób ma bilety, i nie potrzebnie blokuje miejsce do kasy. Na szczęście cała kolejka mieści się we wnętrzu stalowego potwora. Prom ma już swoje lata, ale sprawnie płynie w stronę Gozo. Mijamy Comino, i po 30 minutach jesteśmy na miejscu. Spod terminala odjeżdżają autobusy do stolicy wyspy – Victorii, ja jednak kieruję się w drugą stronę, do miasteczka Xaghra, gdzie znajdują się najstarsze ze wszystkich zachowanych na Malcie megalitycznych świątyń o nazwie Ggantija. Postanowiłem sobie że zwiedzę je nieco dokładniej. Jak w poprzednich dniach, wysiadam z autobusu, i mam wrażenie, że miejscowych porwali kosmici. Miasto jest jakby wymarłe. Na szczęście bezproblemowo udaje mi się zlokalizować wejście. Płacę 5 euro, ale mam świadomość, ze rzeczywistość może w tym przypadku skrzeczeć 😉 To prawda, że tutaj znajdują się ruiny mające 5800 lat, ale sam kompleks jest niewielki, składa się z kilku niewielkich wnęk, opasanych grubym murem z gigantycznych kamieni, i gdyby nie opisy ciężko byłoby przypuszczać, jaka historia wiąże się z tym miejscem.

Przed świątyniami znajduje się niewielki placyk, z którego rozlega się widok na niemal połowę wyspy. Tutaj można się przekonać, jakie Gozo jest niewielkie. Doskonale widać górujący ponad okolicą kościół w Xewkija, Victorię i inne miejscowości. Po zwiedzeniu kompleksu wracam do miasteczka. Do autobusu mam jeszcze trochę czasu, więc ruszam w poszukiwaniu sklepu. Po zakupach wsiadam w autobus, bo w miasteczku nie ma już nic ciekawego. Na dworcu w Victorii okazuje się, że nastęny autobus jest za godzinę, więc tyle czasu mam na zwiedzenie centrum. Na samym szczycie wzgórza znajduje się katedra otoczona niewielkimi murami starej cytadeli. Spacer dokoła obwarowań zajął mi kilkanaście minut. Jeśli Valetta jest niewielka, Mdina jeszcze mniejsza, to twierdza w Victorii to prawdziwa miniaturka 😉 Przez to, że Victoria znajduje się w centrum wyspy, widok na okolicę jest imponujący. Na placu przed katedrą wita zwiedzających pomnik Jana Pawła II.

Wracam do miasta na autobus do chyba najbardziej charakterystycznego punktu w krajobrazie Gozo, czyli Dwejra Point. Znajduje się tutaj charakterystyczne tzw. Lazurowe Okno. Po 20 minutach jestem na miejscu. Widok jest rzeczywiście imponujący. Oprócz samego widoku miejsce to stanowi atrakcję dla płetwonurków okupujących podziemną jaskinię. Kolejną atrakcją jest tzw. wewnętrzne morze, czyli oddzielone od morza jezioro, do którego można wpłynąć łódką przez niewielką grotę.

Na mnie czas! Mimo, że Gozo i Malta są niewielkie podróż zajmie sporo czasu. W Victorii przesiadam się na autobus jadący w kierunku promu. Gdy dojeżdżam do Mgarr z autobusu wysiadam…. wprost do kolejki. Kolejki do promu, która na oko liczy dobre kilkaset, a może i więcej osób. Tego się nie spodziewałem…. Krótkie spojrzenie na rozkłady, i już wiem, że jeśli nie zdążę na najbliższy prom, to w domu będę sporo po 23:00. Wpychanie się jest mało chwalebne, ale gdy nie ma wyjścia… Po krótkiej chwili udało mi się przesunąć się o kilkadziesiąt osób. Na szczęście udaje się, i w tumie innych turystów po chwili mogę podziwiać zachodzące nad Gozo słońce 😉

W Cirekkwie wsiadam do ekspresowego autobusu, który jedzie na lotnisko. Jadę nim większą część trasy sam. Mam nadzieję że uda mi się wysiąść z niego gdzieś w okolicach Valetty, jednak on przedmieściami jedzie prosto na lotnisko. Na szczęście na lotnisku udaje mi się złapać kolejny bus do Paoli, a stamtąd spacerem do domu.

11 października 2013 r.
Marsaxlokk – Valetta – Vittoriosa – Mosta

Ostatni dzień na Malcie. Z samego rana planuję wizytę w rybackiej wiosce Marsaxlokk, a potem w kilku innych miejscach które zostały mi do „odznaczenia” na mapie Malty. Samo Marsaxlokk jest niewielkie i mało ciekawe, słynie jednak z przystani rybackiej pełnej kolorowych łodzi pomalowanych w żółto-czerwono-niebieskie pasy, a na przodzie zaopatrzonych w tak zwane oczy Ozyrysa, mające właściciela łodzi chronić przed nieszczęściem. W połączeniu z szmaragdową wodą w zatoce i oślepiającym słońcem setki łodzi tworzą niezapomniany widok.

Po krótkim zwiedzaniu wracam do Valetty. Teraz czas na tzw. trzy miasta, czyli położone po drugiej stronie zatoki Vittoriosę, Seengleę i Cospicuę. Z tych trzech wybieram pierwszą, ufortyfikowaną przez Joannitów i zajmującą wąski półwysep zakończony fortem St. Angelo. Do samego fortu nie ma dostępu, ale z pobliskiego placu można podziwiać oddalone zatoką mury Valletty. Schodzę na dół. Na nabrzeżu znajduje się marina, w której można podziwiać sporo luksusowych jachtów.

Wracam do Valetty. Dzisiaj pogoda jest zupełnie inna, więc robię krótki spacer po mieście. Samolot jest dopiero wieczorem, więc mam jeszcze czas na zwiedzanie. Zaglądam między innymi do kościoła pod nietypowym wezwaniem rozbicia statku św. Pawła. Na ostatni punkt zwiedzania wybieram Mostę z jej charakterystyczną kopułą kościoła. Kształt jej od razu nasuwa skojarzenia z rzymskim Panteonem, i właśnie tym zabytkiem była inspirowana jego budowa. Kopuła ma ponad 50 metrów zewnętrznej średnicy, a wysokość 60 metrów powoduje że kościół ten jest widoczny z wielu miejsc na wyspie. W zakrystii kościoła można podziwiać ciekawostkę – niemiecką bombę, która wpadła do środka kościoła w czasie II wojny światowej nie zabijając nikogo ze zgromadzonych wewnątrz wiernych.

W Moście wsiadam z powrotem do autobusu, i z przesiadką w Valeccie jadę na lotnisko. Mój kolejny lot to Ryanair do Marsylii, skąd jutro o 13:00 mam kolejne połączenie do Londynu.
Przy wejściu do samolotu okazuje się, że jednym ze stewardów jest Polak, który pracuje w bazie w Marsylii. Po zakończeniu obowiązków handlu obwoźnego podchodzi do mnie, i gawędzimy chwilę o pracy w Ryanairze i innych rzeczach. Lądujemy w Marsylii o czasie. Lotnisko to ma dwa terminale – jedne piękny, z którego wykonywane są prawie wszystkie loty, i drugi – MP2, z którego lata tylko Ryanair. Terminal wygląda, jakby wybudowany był z wprost z marzeń prezesa O’Leary – beton, najtańsze materiały, i wszechobecna prowizorka. Zapoznam się z nim bliżej jutro, tymczasem dzisiaj chcę jak najszybciej dotrzeć do mojego hotelu F1. Oddalony jest tylko o kilkaset metrów od lotniska, jednak zapomniałem sobie wydrukować mapki, więc aby się do niego dostać muszę pokonać piechotą zjazd z autostrady 😉 Gdy dochodzę na miejsce okazuje się, że przy wejściu trzeba podać kod, którego nie znam, na szczęście akurat ktoś wchodzi, więc dostaję się do środka. Hotel jest totalnie „low cost”, co widać na każdym kroku. W sumie design przypomina bardziej hotel robotniczy niż jakikolwiek pensjonat, ale czego chcieć tuż obok lotniska za 20 euro 🙂

12 października 2013 r.
Marsylia – Londyn

Jak już pisałem kolejny samolot mam dopiero po południu, więc chce na chwilkę odwiedzić centrum Marsylii, oddalone o 20 minut jazdy pociągiem. Na stację docieram piechotą. Nie ma tam kompletnie nikogo. Ogarniam zakup biletów w automacie. Sama stacja jest zaprojektowana razem z P&R dla jadących na lotnisko. Ze stacji odjeżdża też shuttle bus na lotnisko skorelowany z odjazdami pociągów.
Wysiadam na głównej stacji Saint Charles. Mimo ostrzeżeń, które słyszałem wczoraj od polskiego stewarda o brudzie i dużej ilości obcokrajowców miasto wydaje mi się w miarę czyste i przyjemne. Schodzę do portu. Turyści mieszają się tutaj z miejscowymi,, a dookoła nabrzeża rozmieszczone są stragany z których sprzedawane są świeże ryby. Jedną z atrakcji nabrzeża jest Port Vieux Pavillion, czyli wspierający się na kilku kolumnach wykonany ze stali nierdzewnej dach wielkości kilkudziesięciu metrów, w którym każdy z przechodzących pod nim może się przejrzeć. Odbijają się również maszty jachtów i stragany. Niesamowity widok. Na stację kolejową wracam metrem (kolejne do kolekcji) 😉
Po kilkudziesięciu minutach jestem z powrotem na stacji kolejowej Vitrolles. Jadę shuttle busem na lotnisko. Byłem już na wielu lowcostowych lotniskach, ale MP2 bije wszelkie rekordy. Check-iny istnieją w postaci stoliczków, do których każdy podchodzi z bagażem, a następnie musi sam go zanieść do okienka w którym go nadaje. Wystrój terminala przypomina raczej halę fabryczną niż terminal. Po zejściu do gate nie ma nawet pół miejsca siedzącego. Jest ich tylko kilka w bardzo skromnej strefie wolnocłowej. Po odstaniu swojego w długaśnej kolejce wreszcie lecimy. Lot bez zakłóceń, niebo nad Francją zaciągnięte chmurami, dopiero nad kanałem La Manche można podziwiać widoki. Im bliżej Londynu, tym można dostrzec coraz więcej samolotów na różnych wysokościach. Widzę dokładnie dzielnicę, gdzie będę nocował. Ehhh, szkoda, że nie mam spadochronu 😛
Szybka przesiadka na Stansted na easybusa, i po 17:00 jestem na Baker Street.Zaczyna się nerwówka, bo na 19:00 jestem umówiony w Victoria Palace Theatre na musical Billy Elliot, a okazuje się, że metro nie działa. Trzy stacje metra zamiast 5 minut replacement bus pokonuje niemal 20. Na szczęście zapobiegliwa znajoma zamówiła już taksówkę, którą udajemy się na Victoria Street.

Bilety na Musicale w Londynie są horrendalnie drogie (oczywiście dla obcokrajowców), dlatego mamy zarezerwowane miejsca na ostatnim balkonie. Mimo to widok na scenę jest niezły. teatr jest pełny. Nie będę ukrywał, że mimo znajomości angielskiego nie wszystko byłem w stanie zrozumieć, zwłaszcza, że spora część dialogów wykonywana jest w gwarze z regionów górniczych Anglii. Mimo wszystko widowisko jest prześwietne, a gra małych aktorów wzbudza na całej sali na przemian wybuchy śmiechu i łzy wzruszenia. Jeżeli komuś podobał się film, a planuje pobyt w Londynie – serdecznie polecam zainteresować się biletami do Victoria Palace Theatre. Wrażenia niezapomniane!

13-17 października 2013 r.
Londyn – Liverpool- Dublin – Stockholm Skavsta – Warszawa

Kolejne dni są już zdecydowanie mało turystyczne, więc specjalnie nie ma czego opisywać 😉 Z Londynu Megabusem (5 GBP) udaję się do Liverpoolu, a po dwudniowym pobycie w St. Helens robię skok przez wodę do Dublina. Lot Ryanaira na trasie LPL-DUB jest chyba najkrótszym w całej siatce FR. Od momentu kołowania, do zatrzymania się przy drugim terminalu mija niecałe 45 minut, samolot nie zdąża się dobrze wzbić na przelotową, a już musi rozpocząć zniżanie. W Dublinie wita mnie rzęsisty deszcz. Tutaj spędzam jeszcze jeden dzień w odwiedzinach u kuzynki, a kolejnego dnia z krótką przesiadką w Sztokholmie dolatuję do Warszawy.

Miejsca które zwiedziłem/chciałem zwiedzić na Malcie:

Trasa wycieczki z Dingli do Wied il-Żurrieq