Dzień 1 - 07.08.09
piątek
Dąbrowa Górnicza - Bergamo - Baveno
Ciężko było nazwać snem ten okres pomiędzy koncertem U2, a wyjazdem na lotnisko. Pomiędzy 1 w nocy a 6 rano jeszcze resztki pakowania, na szczęście w ostatniej chwili dowiaduję się, że będę miał podwodę na lotnisko, zatem drzemkę mogłem przedłużyć o niemal godzinę. Na lotnisku szybkie pakowanie roweru, ważenie, pozbycie się niepotrzebnych 3kg, i Tomek z tatą odjeżdżają. Zostaję sam z myślami jak sobie poradzę po raz pierwszy sam. Ciemne chmury w mózgu trwają jakieś 2,5 minuty. Po ustawieniu się do kolejki do check-in natychmiastowo poznaję się z Michałem i Zbyszkiem, którzy wybierają się na Mt. Blanc i masyw Monte Rosy. Wśród wesołych rozmów przechodzimy przez kontrolę bezpieczeństwa, na której musiałem pozbyć się nożyczek, nieopatrznie zostawionych w kieszeni po pakowaniu roweru. Przed boardingiem widzę przez szybę jak pudło z moim rowerem wesolutko podskakuje na szczycie wózka z bagażami. Ruskiej torby z sakwami nie widać. Lecimy nowiutkim A320, który jeszcze pachnie nowością. Lot mija szybko, po drodze z lotu ptaka możemy podziwiać m.in. Wysokie Taury z Grossglocknerem i Hochalpenstrasse. Po wysiadce chłopaki zajmują się przepakowaniem bagażu a ja montażem roweru. Po dokonaniu wszystkich czynności udajemy się do Orio Center na zakupy, głównie w poszukiwaniu gazu. Gazu nie znajdujemy, na dodatek okazuje się, że zostawiłem gdzieś bidon 1L. Bez tego też da się żyć. Karton po rowerze chowam do szpary pod wjazdem na parking przy lotnisku, z nadzieją, ze zastanę go tam za dwa tygodnie. Jemy obiad, żegnamy się, i ja udaję się na dworzec. Zakup biletów w automacie, i rzutem na taśmę zdążam na pociąg do Mediolanu. Rzut na taśmę okazuje się na tyle nieskuteczny, że zapominam skasować biletów. Na szczęście przez ponad godzinę jazdy nikt nie przychodzi ich sprawdzić. W Mediolanie dwie godziny czasu, więc jadę zerknąć na Duomo, pamiątkowa fotka, i znikam na dalszy pociąg. Tym razem kasuję bilety, rowerowy przedział i konduktor operujący językiem angielskim, to jest to co tygrysy lubią najbardziej. Wysiadam w Baveno, zjeżdżam na brzeg Lago Maggiore na camping. Początkowo właściciel twierdzi że nie ma żadnych wolnych miejsc, jednak po krótkiej rozmowie wydaje zgodę, i co więcej daje 2€ zniżki. W nocy okazuje się, że zająłem miejsce parkingowe. Chmury przynoszą dłuugą burzę. Co będzie jutro?
Do góry


Dzień 2 - 08.08.09
sobota
Baveno - Visp
Rano burzy już nie było, za to było deszczowo i nieprzyjemnie. Na początek krótka podróż pociągiem do Domodossoli. Mała stacyjka w Baveno, przedpotopowy automat do biletów, i niezwykle miły zawiadowca stacji, który na moja stropioną minę przed automatem od razu zareagował pytaniem, czy przypadkiem nie potrzebuję pomocy. Wysiadam w Domodossoli, zbieram się z dworca.... i niemal od razu zaczyna padać. Pada przez pierwsze 5 kilometrów, za to jak już przestanie rozpoczyna się krótki, ale bardzo ostry podjazd pod grzbiet oddzielający mnie od właściwej doliny, którą będę się wspinał w kierunku Simplon. Na zjeździe z grzbietu dziwnie zaczyna kołysać się stopa. Po zatrzymaniu okazuje się, że niedokładnie wkręciłem pedał, przez co gwint pedała zniszczył prawie połowę gwintu w korbie. Na szczęście udało mi się delikatnie wkręcić pedał od środka, co wyczyściło delikatnie zerwany gwint i pozwoliło na ostrożne właściwe wkręcenie pedału. Jadę dalej zerkając co chwilę na felerny pedał. Pierwsze kilkanaście kilometrów są w miarę proste, a droga równomiernie pnie się do góry. Droga staje dęba dopiero po przekroczeniu wjazdu do tunelu kolejowego Simplon. w jednej z przygranicznych miejscowości nabieram wody. Po przejechaniu jednego z tuneli zatrzymuję się i ciężko oddycham. Czy naprawdę jestem dobrze przygotowany? Czekolada, i humor na jakiś czas się poprawia. Ruszam dalej. Droga jest poprowadzona dość klaustrofobicznie niemal cały czas w półtunelu. Jest to dość męczące, a to dopiero połowa drogi. W pewnym miejscu droga się wypłaszcza, i wielką serpentyną zakręca ku północy. Wzmaga się też nachylenie, Teraz dopiero zaczyna się rzeźnia. Po kilku kilometrach opadam z sił, opada również zapał. Próby doładowania kalorii nic nie dają, w końcu nie da się czekoladą zastąpić braku przygotowania kondycyjnego. Niezbyt rozsądną decyzją był wybór przełęczy z 1700 metrów różnicy poziomów na pierwszy rzut. No ale cóż, robi się coraz później, a nie będę się wracał. Przez najdłuższy tunel udaję się pieszo poboczem, i jako tako posuwam się do przodu. Tuż przed szczytem ze stabilnej pogody wchodzę w mleko, z którego na dodatek zaczyna padać. Niemal w biegu pamiątkowa fotka, i zmykam w dół. Zjazd jest tragiczny. Woda chlupie mi zewsząd, jedynie w tunelach nieco wytchnienia od przejmującego chłodu. Na szczęście przestaje padać pod koniec zjazdu, i odsłania się widok na dolinę Rodanu i okolice Brig. Po zjeździe w dolinę jeszcze 10 km płasko aż do Campingu Muhleye w Visp. Tam wita mnie bardzo przyjemna obsługa. Rozbijam namiot i obserwuję słońce, które na koniec dnia wreszcie przebija się przez chmury. Robię krótki spacer na bahnhof na zakupy na jutrzejsze śniadanie. Po powrocie na campingu spotykam grupę rowerzystów z Polski. Po ciężkim dniu bardzo to dodaje otuchy. Umawiamy się na jutro na Mszę. Teraz tylko gorący prysznic, i sen.
Do góry


Dzień 3 - 09.08.09
niedziela
Visp - Zermatt
Rano z rodakami wybieram się na Mszę Św. Niestety Msza jest godzinę później niż myśleliśmy, więc spędzamy ten czas na spacerze po starówce i zakupach na bahnhofie. Po Mszy żegnamy się - moi znajomi również udają się do Zermatt, ale pociagiem, ja natomiast wracam na camping, aby przygotować się do wyjazdu. Trasa wydaje się być płaska, każdy odcinek na mapie ma nachylenie średnio 2,6%. tyle że okazuje się, że najpierw jest dłuuugo płasko, po czym parę km ostrego podjazdu i tak w koło Macieju. Po drodze omijam jeden z tuneli, drogą dla rowerów, jednak gdy pojawiają się roboty drogowe, i objazd rowerowy kieruje mnie 200 m w dół doliny, decyduję się na ryzyko, i oczywiście okazuje się, że da się przejechać wzdłuż robót. Znów płasko do St Niklaus, potem podjazd i tak na zmianę, aż do Randy, przed którą jest krótki odcinek z serpentynami. potem już długa prosta wzdłuż pola golfowego, aż w Täsch pojawia się zakaz jazdy pojazdów silnikowych. Droga się również zwęża i dojeżdżam do kurortu, który zaczyna się kilkoma budowami. Camping w Zermatt jest, i to jest jego jedyna zaleta. Obskurne łazienki, podpity recepcjonista, ale za to jak tanio!. Krótki spacer po kurorcie, podziwianie szejków i Azjatów, i sen.
Do góry


Dzień 4 - 10.08.09
poniedziałek
Zermatt - Sunnega Paradise - Zermatt
Rano Matterhorn jest nadal zachmurzony. Pogoda wydaje się być obiecująca, zmieniam więc opony i ruszam w trasę. W informacji turystycznej dostaję zestaw mapek z trasami rowerowymi, i wybieram jedną z nich w kierunku Sunnega Paradise. Początkowo wzdłuż zabudowań po asfalcie, potem szutrówką szerokimi zakosami lasem. wspinam się na 2288 metrów. Niestety pogoda się psuje, więc zmieszany nieco decyduję się zjechać na dół. Robię pranie, i resztę dnia się byczę.
Do góry
Dzień 5 - 11.08.09
wtorek
Zermatt - Gornergrat - Zermatt
Z samiutkiego ranka decyduję się na dzień bez roweru, i udaję się, by zakupić bilet na kolejkę na Gornergrat. W pociągu sami skośnoocy. Widoki z kolejki faktycznie zapierają dechę w piersiach ;) Na szczycie spędzam godzinę na podziwianiu widoków i robieniu panoram, widoki są nieziemskie, obejmują całą grupę Monte Rosy, jak i Weisshorn po drugiej stronie, no i oczywiście Matterhorn. Decyduję się na zejście dość okrężną trasą, najpierw do jeziorka, a następnie do doliny potoku wypływającego z lodowca Gorner. Po drodze próba niewielkiej pogawędki z niemiecką babcią fotografującą kwiatki. Na sam koniec zwiedzam Gletscher Garten,czyli ścieżkę dydaktyczną prezentująca działalność lodowców. Schodzę do Zermatt, gdzie zakupy i pakowanie.
Do góry


Dzień 6 - 12.08.09
środa
Zermatt - Ulrichen
Z samego rana postanawiam podjechać na Schwarzsee. Trasa ciągnie się pod górę jest bardzo przyjemna, aż nie czuje się podjazdu. Niestety na wysokości 1900 metrów szlak okazuje się być zamknięty. Stojąc na zaporze gawędzimy chwilę z rowerzystami z Niemiec, i ruszamy z powrotem. Jestem szybciej niż myślałem, dlatego też postanawiam wyjechać dzisiaj. Zmiana opon, i zjaaazd aż do samego Visp. Po drodze łamię przepisy, przejeżdżając opisywany wyżej tunel. W Visp pytam o gaz, ale niestety nigdzie nie ma butli nakręcanych. Cały czas płasko w stronę Brig, później równie przyjemnie ścieżką nad Rodanem. Za serią kolejek na Aletsch zaczyna się seria mocnych podjazdów. Pierwszy zatacza duży łuk, i rozpoczyna przejście w górną część doliny. Dopiero po kilku kilometrach wyjeżdżam z lasu, aby podziwiać szeroką dolinę kończącą się pięknym widokiem Furkapass. Teraz już raz z górki raz pod górkę mijając malownicze wioski. Po drodze zakupy, i chwila rozmowy z Francuzem jadącym w drugą stronę.. Dojeżdżam do Ulrichen, gdzie za standardowy camping bez ciepłej wody płacę 19,60 CHF.
Do góry


Dzień 7 - 13.08.09
czwartek
Ulrichen - Andermatt
Podjazd z rana jak śmietana. Z tym hasłem na ustach ruszam na podbój najtrudniejszej jak się okaże przełęczy Nufenen. Prowadzi ona bezpośredni o z kantonu Vallis do Ticino omijając przełęcze Furka i Gotthard. Już za pierwszy zakrętem zaczyna się ostry podjazd. kilka serpentyn, ostatnie widoki na Ulrichen, i wjeżdżamy w las. Po 4 km droga się nieco wypłaszcza, i pokazuje się widok na zasadniczą część doliny, którą będę się wspinał. Droga wiedzie bez zakosów po prawej stronie doliny ostro pod górę. Widać cały ciąg dalszy trasy. Najpierw droga przerzuca się na drugą stronę mostkiem nad potokiem, potem jeszcze długa prosta, aż na końcu " drabinka" serpentyn na sam szczyt przełęczy. jest bardzo wcześnie, więc słońce dopiero przebija się przez okoliczne szczyty, i cała dolina skryta jest w cieniu, jedynie sama końcówka błyszczy w słońcu. Mały odpoczynek na wspomnianym mostku, gdzie dogania mnie Szwajcar, który jest w wyraźnie lepszej kondycji, jednak jak się okazuje nie ma ze sobą picia. Rozmowa jest wesoła, ponieważ nie zna On ani w ząb angielskiego, więc bazujemy na mojej znajomości niemieckiego, zakończonej jakieś 11 lat temu. Dziele się częścią zawartości moich bidonów, po czym on rusza żwawo w górę, a ja powoli gramolę się dalej. Mozolnie zbieram serpentynę za serpentyną. Droga wspina się w bardzo ostro nachylonym zboczu, nachylenie trasy też jest niczego sobie. Im wyżej, i bliżej południa tym więcej rowerzystów na trasie, zaciekawienie wzbudza m.in para jadąca na tandemie. Na górze jak zwykle na przełęczy gwarno, tysiące motocyklistów itp. Jako że przede mną dzisiaj ambitnie jeszcze jedna przełęcz szybko zbieram się na dół. Zjazd jest długi i przyjemny, w ostatnim odcinku można już podziwiać po lewej stronie część nowej trasy na przełęcz Gottharda. W Airolo okazuje się, że jest tutaj całkiem niezły upał. Robię zakupy, chwilka zastanowienia, i ruszam dalej. Podjazd rusza żwawo w górę, i co jakiś czas pojawiają się małe fragmenty tego, z czego słynie, czyli kostki brukowej. Im wyżej, tym niestety wzmaga się wiatr. Droga ciągle przeplata się z drogą ekspresową wiodącą na szczyt. Na 6 km przed szczytem kostka pojawia się na stałe, watra niestety też nie dopuszcza,. Niestety moje zmęczenie w połączeniu z wiatrem w twarz powoduje że decyduję się po raz kolejny na mały spacer. Jazda przy jednej przełęczy w nogach przy wietrze który usiłuje mnie wywrócić nie ma sensu. Mam za to czas na dogłębne podziwianie doliny, i cudu inżynierii. Droga wycięta jest w skałach bardzo malowniczo króciutkimi serpentynami. Jedna po drugiej i jestem coraz bliżej szczytu. Od połowy drogi zerkam, że jakiś kilometr za mną ktoś również idzie na rowerze. Po dotarciu na samą górę spotykamy się, rowerzysta okazuje się być Niemcem, który po raz pierwszy jest w podróży rowerowej, a trasę wybrał według przewodnika rowerowego po Europie. Pogoda jest coraz gorsza, więc szybko się zwijam, podczas gdy mój rozmówca decyduje się zostać w hostelu na przełęczy. Pierwsze kilka km zjazdu dalej wiedzie po kostce, po czym drogi się łączą, i aż do Hospental zjeżdżam główną drogą. W Hospental odbicie w prawo, i już za dwa km jestem w Andermatt. Tam tuż przy wjeździe skręcam na camping. Camping jest wielki, a nocuje na nim jakieś dwadzieścia osób, więc jest luźno. Oczywiście na campingu spotykam polaków, którzy jadą rowerami w międzynarodowym towarzystwie aż do Paryża.
Do góry


Dzień 8 - 14.08.09
piątek
Andermatt - Thusis
Dzisiejsza trasa niemal w całości pokrywa się z trasą sprzed 5 lat. Na początek Oberalppasss. Przełęcz jest łagodna, a kończy się nietypowo, bo czterema kilometrami niemal płaskiej drogi. Podróż jest więc miłą i przyjemna. Po drodze wyprzedza mnie(!!!!!!) idąca pieszo dziewczyna. Spotkam ją później jakieś 10 km dalej podczas zjazdu. Na szczycie znów motocykliści, i podobnie jak 5lat temu, na zjeździe kończy się dobra nawierzchnia. Zjeżdżam aż do Ilanz, gdzie tradycyjnie robię zakupy, i ruszam dalej doliną Renu. Przełom Renu nie różni się zbytnio, poza faktem, iż od naszej poprzedniej wizyty w tamtym miejscu został położony nowy asfalt. Podobnie jak ostatnim razem jestem zachwycony piękną doliną. Na jednym z punktów widokowych spotykam.... kogo innego jak Polaka, rowerzystę udającego się do Maroka. Chwila rozmowy, i każdy rusza w swoja stronę. Dojeżdżam do Bonaduz, droga doskonale znana. Droga teraz skręca w górę doliny , na południe, kończy się jednak całkiem miłym zjazdem. Na przedmieściach Thusis skręcam na ścieżkę rowerową, która wiedzie mnie prosto na zalesiony camping Viamala.
Do góry


Dzień 9 - 15.08.09
sobota
Thusis - Punt Muragl
Rano ścieżka rowerowa wyprowadza mnie sprawnie w kierunku Tiefencastel. Jadę z przyjemnością, jednak dojeżdżając do Tiefencastel skręcam na dworzec, aby dowiedzieć się coś na temat wpisanej niedawno na listę UNESCO kolei przez przełęcz Albula. Oczywiście koleje szwajcarskie nie zawodzą, na dworcu! otrzymuję komplet ulotek dotyczących tej trasy. Szybka zmiana planów, i za 35 CHF staję się posiadaczem biletu na przejazd na drugą stronę doliny. Po przyjeździe pociągu rower wędruje do wagonu bagażowego, aj zaś udaję się do przedsionka, gdzie przez szeroko otwarte okno oddaję się podziwianiem widoków. Trasa jest niesamowita, na długim odcinku wiedzie z tunelu na wiadukt i na odwrót, na dodatek tunele kręcą bączki, zwiększając naszą wysokość. Po wyjeździe z takiego tunelu często można oglądać w dole miejsce w którym byliśmy jeszcze przed chwilą. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy, wiec po godzinie dojeżdżam do Samedan. Czuć atmosferę kurortu. St. Moritz odległe jest o 3 km. kieruję się na pięcio gwiazdkowy camping, skąd po rozpakowaniu udaję się na zwiedzanie St. Moritz. W drodze powrotnej z okazji święta zaczepiam jeszcze o mszę św. w języku włoskim.
Do góry


Dzień 10 - 16.08.09
niedziela
Punt Muragl - Cima Piazzi
Wg wykresów ściągniętych z internetu, na podjeździe pod Berninę nie powinienem się przemęczyć, jednak miała to być tylko jedna z czterech przełęczy w tym dniu. Droga faktycznie jest cudna, pogoda jest wyśmienita, więc szybko osiągam przełęcz. Teoretycznie stad mógłbym zjechać wprost do Włoch, jednak byłoby to za proste ;) Po krótkim zjeździe skręcam więc na wschód, by zaatakować Forcolę di Livigno. Podjazd jest króciutki, 4km, jednak wyciska resztki potu. NA szczycie pamiątkowa fotka, i zjeżdżam do wolnocłowego raju. Tuż przed centrum miejscowości postanawiam je ominąć, kierując się wprost na drogę prowadzącą do Bormio. Po kolejnych kilku kilometrach dojeżdżam do głównej drogi. Droga na trzeci w tym dniu podjazd prowadzi łagodnie dwoma wielkim łukami aż na sam szczyt,. Niestety im bliżej szczytu, tym chmury wyglądają coraz groźniej. Po dojeździe do Passo Aira krótki zjazd, i rozpoczyna się ostatnie w tym dniu 3 km podjazdu pod Passo di Foscagno. Podjazd nie jest trudny, a na szczycie spotykam ponownie większości samochodów, które minęły mnie po drodze. Okazuje się, że na szczycie przełęczy Guardia di Finanza zorganizowała wyrywkową kontrolę kierowców wyjeżdżających ze strefy wolnocłowej. Chmury są coraz czarniejsze, więc nie zastanawiając się wiele ruszam w dół. Tuż za Bormio dosięgają mnie pierwsze krople deszczu. Na szczęście niedaleko już jest miły camping Cima Piazzi, więc pomruki burzy słucham już wewnątrz namiotu.
Do góry


Dzień 11 - 17.08.09
poniedziałek
Cima Piazzi - Abbadia Lariana
Rano po burzy ani śladu. Niestety tuż po wyjeździe z campingu okazuje się, że główna droga wędruje do tunelu z zakazem wjazdu rowerzystom,, ja zaś korzystam z objazdu który wiezie przez sam wierzchołek jakiegoś wzniesienia. Na szczęście potem już objazdy dla rowerów prowadzone są bardziej rozsądnie. Droga wiedzie ostro w dół, więc dość szybko osiągam dno doliny. Zjeżdżam dalej, a upał się wzmaga. Jadę szybko, jednak ruch samochodów jest również coraz większy. Jedzie się coraz gorzej, dobrze chociaż ze cały czas lekko w dół. Ulga dopiero pojawia się po zjeździe na boczną trasę wiodącą brzegiem jeziora Como. Ta droga daje już dużo wytchnienia, prowadzi głównie w cieniu, samym brzegiem, z cudnymi widokami. Tym sposobem docieram do końca najdłuższego dnia, który kończy się na mega zatłoczonym campingu w Abbadia Lariana. Po rozpakowaniu się i krótkiej drzemce budzę się z reflektorem Volkswagena Transportera niemal o oku. właściciel namiotu obok nie zauważył mojego namiotu, i usiłował zaparkować w moim przedsionku ;) Na szczęście nieporozumienie zostało szybko wyjaśnione, a właściciel VW okazał się być niezwykle miłym Niemcem, z którym pogawędka płynęła długo w wieczór... :)
Do góry


Dzień 12 - 18.08.09
wtorek
Abbadia Lariana - Bergamo
Przede mna tylko 40 km do Bergamo, nie spieszę się więc z wyjazdem. Droga nie warta jest opisywania, cały czas z Lecco wiedzie głównymi drogami. Po dojeździe okazuje się, że karton jak leżał tak leży dalej, no może trochę był przybrudzony. Niepostrzeżenie więc wyjąłem go i dokonałem rozbioru roweru. Po udaniu się do okienka zajmującego się przechowywaniem bagażu kazano mi iść naprzeciw, aby prześwietlić bagaż. Oficer, o którym można by powiedzieć wszystko tylko nie to, że był uprzejmy, dopatrzył się w moim bagażu gazu, co oczywiście było bzdurą, ale nie obeszło się bez rozpakowywania torby. Po nadaniu bagażu ruszyłem na podbój naprawdę uroczego Citta Alta. Na lotnisko wróciłem późnym wieczorem, co prawda lot miał być dopiero następnego dnia o 12:40, jednak chciałem być odpowiednio wcześnie, a przy okazji zaoszczędzić na noclegu (niestety w okolicach miasta nie ma żadnego campingu). Około północy tradycyjne jak można się dowiedzieć z innych opisów przeganianie połowy śpiochów z jednej części lotniska w drugą, i zamknięcie do 4:00 części ze stanowiskami check-in.
Do góry

Dzień 13 - 19.08.09
środa
Bergamo - Pyrzowice - DG
Rano nadanie bagażu wygląda nieco inaczej niż w KTW, po zważeniu i oklejeniu pracowniczka lotniska każe mi zabrać pudło i torbę z powrotem na wózek i przewiezienie do wielkiego okna z napisem SKI POINT B. Tam podaję bagaż na taśmę, bezproblemowa kontrola bezpieczeństwa, po czym następuje oczekiwanie na samolot, który jednak spóźnia się niemal półtorej godziny. Wg późniejszych tłumaczeń spóźnienie spowodowane było wcześniejszymi opóźnieniami w siatce połączeń. Autobusem jedziemy prawie na sam koniec placu, mijając kilka samolotów FRancy, tym razem Airbus nieco starszy, szybki boarding i lecimy by zameldować się w KTW z prawie 1 godz i 40 min opóźnieniem. Na trasie znów piękne widoki na Dolomity i Wysokie Taury z największym w Austrii lodowcem Pasterze. Ostatnim ciekawym akcentem było oczekiwanie na bagaż. Wielkie rowerowe pudło zostało wypchnięte na taśmę, czym zablokowało cały ruch bagaży. W tym momencie z ust setki osób czekających na bagaż wydobyło się złowrogie uuuuuuuu Na szczęście z "dziury" wyłoniła się zaraz para rąk, która sprawnie odblokowała taśmę. Teraz tylko czekało mnie już złożenie ponowne roweru (jak się okazało ktoś celnym rzutem delikatnie skrzywił mi tarczę na korbie), 27 km jazdy do domu. i KONIEC!
Do góry





