Najwyższy szczyt Hiszpanii (który jednak nie zalicza się do Korony Europy, gdyż geograficznie leży w Afryce) najlepiej podziwiać jeszcze przed pierwszym krokiem na Teneryfie. Gdy samolot zbliża się do lotniska, a siedzimy po odpowiedniej stronie, już z daleka widać szczyt wysoko wznoszący się powyżej plaż i zabudowań. Takiego widoku nie zobaczymy spędzając czas w turystycznych miejscowościach na wybrzeżu, gdyż często szczyt jest spowity chmurami, a nawet gdy go widać, nie sprawia takiego wrażenia zasłonięty innymi szczytami wulkanicznej kaldery.

Wycieczka na szczyt jest dość łatwa – wystarczy wykupić bilet na kolejkę linową, której górna stacja znajduje się o pół godziny marszu od szczytu. Trzeba pamiętać jednak o dwóch rzeczach. Po pierwsze -wysokość. Jadąc na wycieczkę na Teide zaczynamy ją z poziomu morza. Po paru godzinach znajdujemy się na wysokości około 2000 metrów na dnie kaldery, a po wjeździe kolejką niemal w momencie przedostajemy się na wysokość 3500 m n.p.m. Dla części organizmów tak szybka zmiana wysokości może być bardzo trudna o udźwignięcia, i mogą pojawić się objawy choroby wysokościowej. Po drugie – wejście na szczyt jest ściśle limitowane, i chcąc zdobyć szczyt należy zdobyć pozwolenie, które obowiązuje w konkretnym dniu, o konkretnej godzinie. Jest jeden wyjątek. Pozwoleń na szczyt nie potrzebują osoby nocujące w schronisku Altavista, położonym przy szlaku na szczyt. I z tego sposobu postanowiliśmy skorzystać…

Samochód mozolnie pokonuje kolejne serpentyny wśród rzednącego lasu. Wysokość na GPS wzrasta, temperatura się obniża. Wreszcie droga przestaje się wznosić, i wjeżdżamy do ogromnej kaldery wulkanu. Wreszcie pojawia się i On, szczyt, wznoszący się niemal półtora kilometra w pionie.

Droga wiedzie już dalej płasko przez księżycowy krajobraz. Mijamy kolejne punkty widokowe, przy których są tablice informacyjne parku narodowego. Na chwilę zatrzymujemy się przy skałach Roques de Garcia, tłumy jednak skutecznie nas przeganiają, kierujemy się zatem do parkingu o nazwie Montana Blanca, biorącym nazwę od leżącej po sąsiedzku góry. Tutaj zaczyna się szlak, który docelowo zaprowadzi nas na szczyt Teide. Parking jest niewielki, musimy więc chwilę poczekać aż zwolni się miejsce – nie chcemy zostawiać samochodu na całą dobę na poboczu.

Pierwsze kroki na szlaku

Droga początkowo jest bardzo wygodna. Szeroka szutrówka wiedzie dookoła góry wznosząc się powoli. Dopiero po kilku kilometrach nachylenie nieco się powiększa, a szlak zakosami wspina się na przełęcz oddzielającą Montana Blanca od grzbietu Teide. Po drodze możemy podziwiać olbrzymie skały, które kiedyś zostały tutaj rzucone w czasie wybuchu wulkanu. Mają one ciekawą nazwę – „jajka Teide”, jak można się domyślić pochodzącą od ich kształtu. Po dojściu pod Montana Blanca nasz szlak zmienia się.

Jaja Teide

Z szerokiej drogi wchodzimy na wąską ścieżkę, która mikro zakosami mozolnie wspina się w górę. Celu nie widać, podłoże jest mocno sypkie, i dopiero wyżej prowadzi po bardziej stabilnej skale. Na dodatek ściemnia się, ale braliśmy to pod uwagę chcąc nocować w schronisku. Zakosy wiodą w poprzek bardzo stromego zbocza, i światła schroniska zauważamy dopiero niemal dochodząc do niego.

Schronisko Altavista w dziennej odsłonie

W środku rozgardiasz – całe schronisko okupuje zgraja hiszpańskich nastolatków. Jest też kilkoro Polaków, którzy nie mają wykupionego miejsca i liczą na cud. Tutaj ważna uwaga: miejsce w schronisku rezerwuje się wcześniej przez internet, i jest ściśle określona liczba miejsc, a schronisko nie przyjmuje na nocleg „na glebę”!

Jemy nasze zapasy we wspólnej kuchni i udajemy się na nasz nocleg mieszczący się w budynku na zewnątrz. Gdy wstajemy, większa część turystów już jest w trasie. Dalsza część szlaku jest bardzo podobna. Wędrujemy dość ostro w górę wyraźną ścieżką wyżłobioną w wulkanicznej skale. Po około pół godzinie ciemność zaczyna się rozpraszać, a nachylenie ścieżki łagodnieje. Po kolejnej chwili dochodzimy do górnej stacji kolejki położonej na wysokości 3555 m n.p.m. Stąd już widać wyraźnie ostatni odcinek szlaku. Niestety, uświadamiam też sobie, że nie ma raczej szans na dobre widoki, gdy dużą część horyzontu zakrywają chmury.

Jakieś 10 minut przed samym szczytem widać wschód słońca, który przebija się zza chmur. Im wyżej, tym bardziej czuć tez zapach siarki, która wydobywa się z widocznych fumaroli. Wreszcie jest – niewielka kaldera zajmująca obszar szczytu, i skały piętrzące się w szczytowy stożek.

Wzdłuż szlaku w paru miejscach ze skał wyziewają gazy o dość wysokiej temperaturze, tworząc miły dla ciała naturalny kaloryferek. 30 sekund – i zgrabiałe ręce wracają do formy 😉 Czekamy aż stado licealistów pójdzie sobie i wdrapujemy się na szczyt. Niestety pogoda nie jest przyjemna. Dokoła roztacza się mgła wymieszana z oparami wulkanicznymi Widoków nie ma, dlatego po paru minutach zbieramy się z powrotem. Droga w dół zajmuje nam już zdecydowanie mniej czasu, przyspieszamy, zwłaszcza, że pogoda zaczyna się psuć zdecydowanie. Na pół kilometra przed parkingiem dosięgają nas pierwsze krople deszczu. Do samochodu wsiadamy lekko zmoknięci. Do Santa Cruz dojeżdżamy w strugach deszczu….