Dzień 1 - 29.07.2007
niedziela
Dąbrowa Górnicza - Branky
Dzień wstaje przyjemny, a my rozpoczęliśmy naszą wyprawę od Mszy Św. Następnie przejechaliśmy na dworzec PKP, gdzie dojechały do nas bagaże i ruszyliśmy w stronę granicy. Z pociągu wysiedliśmy w Zebrzydowicach około 11, rozsiedliśmy się wygodnie w siodełkach i do boju. Zawziętość była nam bardzo potrzebna, ponieważ pierwsze 30-40 km jechaliśmy przez industrialny okręg w okolicach Ostrawy. Puste, dwupasmowe drogi, widok przestarzałych zakładów.. Na szczęście przetrwaliśmy to i wyjechaliśmy z tego Mordoru. We Frydku-Mistku zrobiliśmy pierwszy postój, a poziom naszego entuzjazmu kluczył gdzieś w szczelinach pomiędzy kostkami brukowymi na rynku głównym. Kilka ustaleń i modyfikujemy trasę tak, by była jak najprzyjemniejsza (czyt. nie wjeżdżamy w góry głębiej niż to konieczne). No i pomknęliśmy dalej. Po drodze minęliśmy bardzo ładną wioskę Hukvaldy, które wyglądało na mały kurort, z górującym nad okolicą zamkiem Im dłużej pedałowaliśmy (mimo, iż często pod górę) tym humory nam się poprawiały. No i dostaliśmy nagrodę. Znaleźliśmy na gospodarza nocleg u przemiłych Czechów i nawet dostaliśmy ciasto. Po takim spotkaniu każda wyprawa nabiera rumieńców. A z zachodu nadciągają chmury...
Do góry
Dzień 2 - 30.07.2007
poniedziałek
Branky - Reintal
W nocy pada i wieje w ilościach hurtowych, na szczęście nie było burzy. Rano wstajemy i opóźniamy wyjazd, mając nadzieje że przestanie. No i przestało.. trochę. Zebraliśmy się, wyjechaliśmy ze wsi i znów zaczęło padać. Na szczęście jechaliśmy w stronę lepszej pogody i to nastrajało nas naprawdę pozytywnie. Na początku jechaliśmy skrajem gór, aż dotarliśmy do doliny Morawy, którą mieliśmy nadzieje pomknąć w kierunku Austrii. Dolina okazała się raczej łaskawa, choć musieliśmy częściowo jechać głównymi drogami. Odpoczywamy w całkiem ładnym Hodoninie. Szukając na mpaie alternatywnej drogi do głównej w kierunku granicy trafiamy na gruntową ścieżkę. Okazała się ona strzałem w dziesiątkę, ponieważ po kilkudziesięciu metrach przekształciła się w ładną, asfaltową ścieżkę dla rowerów i rolkarzy. Odpoczęliśmy tym samym od samochodów i aż do granicy jechaliśmy bocznymi, równoległymi do głównej drogami. Około 18.00 dotarliśmy w końcu do granicy czesko-austriackiej i prawie ze łzami w oczach powitaliśmy niemieckie napisy :). Krótkie przypomnienie z niemieckiego i już w pierwszej wsi szukamy noclegu. Okazuje się że nasz pobyt w tym mieście wymagał interwencji i zgody Mera. Dostaliśmy miejscówkę za jego domem, gdzie byliśmy bezpieczni. Największe wrażenie zrobiła jednak ok 60-letnia kobieta, która nam pomogła. Powalała ona nas obu na raz na łopatki w znajomości języka angielskiego. A Merowi swojego miasteczka triumfalnie rzekła: "Widzisz.. Warto się było uczyć Angielskiego!"
Do góry
Dzień 3 - 31.07.2007
wtorek
Reintal - Kleinneusiedl
Rano wita nas piękne błękitne niebo. Aż czuć w powietrzu zapach wspaniałej wyprawy. W końcu wjechaliśmy do Austrii :). wyruszamy w drogę do Wiednia wzdłuż pól uprawnych i wiatraków. Żeby nie było tak cudownie dojeżdżamy do drogi głównej pełnej tirów. Na szczęście urozmaiceniem była budowa drugiego pasa, która sprawiła że jeden pas naszej drogi był wyłączony z ruchu. W ten sposób prze kilka ładnych kilometrów mieliśmy cały pas dla siebie. Tuż przed samym Wiedniem długi zjazd i piękny, rozległy widok na stolicę. Wjeżdżamy rozentuzjazmowani do miasta i próbujemy dostać się do centrum. Po pewnych przygodach i zwiedzeniu Donau City, wielkiego centrum handlowo-rozrywkowo-kulturowo-społeczno-mieszkaniowo-jakiegośtam. Takie miasto w mieście. Z tegoż Donau City, jadąc (pod) mostem przekraczamy Dunaj po raz pierwszy. Wjeżdżamy do centrum i kierujemy się w stronę starego miasta. Wiedeń mimo iż pełen ścieżek rowerowych okazał się przytłaczający. Tłumy ludzi, reklamy, hotele, samochody... to czego można się było spodziewać po Wiedniu. Trochę nam to uprzykrzyło zwiedzanie, ale najpiękniejsze zabytki zobaczyliśmy i nawet udało nam się odpocząć na placu przed pałacem cesarskim. Następnie zabraliśmy się za wyjeżdżanie z miasta, co bardzo ułatwił nam Dunaj. Po drodze jeszcze korzystamy z internetu i podziwiamy Prater. Chcieliśmy jechać ścieżką Donauradweg, ale ona nie chciała żebyśmy nią jechali. Tym samym niewielkim kluczeniu wyjechaliśmy z Wiednia i wjechaliśmy na drogę równoległą do rzeki. Bardzo miłym akcentem była rozmowa z właścicielem stacji benzynowej na przedmieściach Wiednia, który po krótkiej rozmowie daje nam w prezencie wodę mineralną :) Przejechaliśmy obok lotniska, a za lotniskiem postanowiliśmy szukać noclegu. Po odbiciu o kilka kilometrów z głównej trasy znajdujemy naszych gospodarzy. Starsze małżeństwo najpierw zgodziło się na rozbicie namiotu, a następnie (gdy już rozkładaliśmy go) zaprosili nas do wolnego pokoju na piętrze. W ten sposób wylądowaliśmy każdy w swoim ciepłym łóżku w świeżej pościeli. Nawet mieliśmy telewizor z 45 niemieckimi kanałami i BBC:). Taka noc potrafi skutecznie wyprzeć z głowy wszystkie troski.
Do góry
Dzień 4 - 01.08.2007
środa
Kleinneusiedl - Sulany
Noc w łóżku mija zdecydowanie za szybko. Rano dostajemy pyszne śniadanie, zbieramy się i żegnamy z właścicielami domu i ruszamy do Bratysławy. Dzień zapowiada sie niezwykle przyjemnie - droga wzdłuż Dunaju, stosunkowo mało kilometrów w planie no i Bratysława. Po drodze wpadamy na trop Donauradweg, osławionej ścieżki rowerowej biegnącej wałami Dunaju. Niestety ścieżka ta wyprowadza nas w pole gdyż biegnie promem. Jesteśmy zmuszeni by przejechać do następnej wsi wydeptaną ścieżką, którą momentami zastępowały kamienie wielkości arbuzów. Na koniec zostaje nam podjazd do wsi, która leży kilkadziesiąt metrów nad lustrem rzeki. Wyjeżdżamy na drogę i skutecznie wybijamy sobie z głowy ścieżkę rowerową. Dojeżdżamy do ruin osady imperium Rzymskiego Petronell- Caruntum gdzie oglądamy amfiteatr i łaźnie. Niedługo później dojechaliśmy do Hainburga, kolejnego zabytkowego miasta, ostatniej austriackiej osady na wyprawie. Niedaleko za miastem naszym oczom ukazała się Bratysława położona na wzgórzach. Przekroczyliśmy granicę i wjechaliśmy na ścieżkę rowerową by bez problemów dojechać do centrum stolicy. Manewr się opłacił i niedługo stanęliśmy w granicach starówki Pressburga. Chwilę pojeździliśmy po starówce, zachwyceni jej spokojem i wyglądem. Potem odpoczęliśmy na deptaku przy Slovenskim Narodnym Divadle czyli Teatrze Narodowym, słuchając kojącego szumu wody z pobliskich fontann. Oprócz tego w zasięgu naszego wzroku stały ciekawe posągi: wisząca nasada czołgu, pomnik złożony ze starych modelów samochodów. Bo bardzo miłym spędzeniu przeszło godziny ruszyliśmy na zamek. Tradycyjnie zamek bratysławski, jak każdy szanujący się zamek leży na wzgórzu i trzeba do niego sporo podjechać. Korzystając z tramwajowego torowiska, jadąc pod prąd i chodnikiem dojeżdżamy do bramy i razem z wycieczką Niemców wchodzimy na teren zamku. Widoki są przepiękne a sam zamek świetnie utrzymany. Robimy kilka zdjęć z murów, lokalizujemy Budapeszt, którego absolutnie nie widać i schodzimy na dziedziniec w obawie o nasze cudeńka. Przeciskając się między ludźmi i czerwonymi kolejkami obchodzimy zamek i schodzimy na wschodnie mury, gdzie znów robimy zdjęcia - tym razem na stare miasto. Przy okazji mamy okazję podziwiać słowacką myśl artystyczną, gdyż na murach stoi grupka posągów nagich mężczyzn w rzędzie i na baczność. Jedyne co można było powiedzieć o nich to to że nie były artystycznym mistrzostwem świata i odzwierciedlały naturalne męskie rozmiary. Zjeżdżamy chodnikiem z murów i próbujemy dojechać do katedry, co wcale nie było proste. Okazuje się ze wstęp do katedry jest płatny, a opłaty pobiera dwóch niezwykle sarkastycznych młodych ludzi. W końcu kończymy zwiedzanie Bratysławy i z niekłamanym żalem wyjeżdżamy z jej granic, przy pomocy wskazówek przewodnika (papierowego). trafiamy na ścieżkę która znajduje się na północnym wale Dunaju i tą ścieżką pokonujemy jeszcze sporo kilometrów. Trasa była monotonna, i każdy kto kiedykolwiek jechał prostą drogą wzdłuż rzeki wie jak bardzo. W końcu postanowiliśmy zacząć szukać noclegu, który znaleźliśmy zupełnym przypadkiem po ponad godzinie poszukiwań i zapytaniu tuzina gospodarzy. Nocleg był na gospodarza i to była najważniejsza jego zaleta. Namiot rozbijamy w cieniu wału zbiornika na Dunaju, i śpimy prawie “pod wodą” gdyż lustro niedalekiego zbiornika znajduje się jakieś 10 metrów wyżej niż nasz namiot.
Do góry
Dzień 5 - 02.08.2007
czwartek
Sulany - Tatabanya
Rano zebraliśmy się w niezłym tempie i wdrapaliśmy się na wał. Rozpoczęliśmy sprint wzdłuż rzeki. Po drodze zwiedziliśmy ogromną tamę w Gabcikovie i oglądaliśmy jak działa jej imponująca śluza. Kilkanaście kilometrów za tama kończy się asfalt na ścieżce, według przewodnika wydawnictwa Bezdroża wylany do miejsca, gdzie bratysławianie mogą dojechać na rolkach. Zdolnych mają tych rolkarzy :D W końcu po mało spektakularnym etapie jazdy dojechaliśmy do Komarna, miasta w którym mieliśmy przekroczyć granicę i stanąć na ziemi węgierskiej. Zrobiliśmy postój i trochę pojeździliśmy po Komarnie, które miało bardzo ładną starówkę i swoisty wodny plan miasta. Następnie rozpoczęliśmy najbardziej ekscytujący etap wyprawy, wjechaliśmy do Magyarorszagu. Zaraz na początku spróbowaliśmy znaleźć informacje turystyczną w Komaromie - mieście granicznym po stronie węgierskiej ( należy podkreślić że informacja turystyczna na Węgrzech stoi na bardzo wysokim poziomie). Mieliśmy szczęście (o naiwności ludzka) bo znaleźliśmy niemal od razu drogowskaz na informację turystyczną. Mimo to nie znaleźliśmy jej na wskazanej ulicy. Tak to jest jak dwóch żółtodziobów co się zupełnie nie orientują w terenie próbuje coś znaleźć w obcym mieście. Pełni skruchy postanowiliśmy wiec zapytać na poczcie. Na poczcie jeden Węgier, który - Tak! Tak! - jest europejczykiem, mówił po angielsku. Wytłumaczyłem mu więc że tu na tej ulicy według ich oznakowania powinna być informacja turystyczna, następnie powtórzyłem to chyba z trzy razy. Nasza przemiła rozmowa zaczęła się raptownie kończyć po tym jak ona zapytał "what is tourist information?". W tym momencie poczułem się jak w przedszkolu i wytłumaczyłem temu panu o co pytam. No i oni wysłali nas na drugi koniec miasta pod kamping. Przejechaliśmy kilka razy całe miasto, podczas wymiany waluty jeszcze raz podjęliśmy rozpaczliwą próbę znalezienia informacji. Nie będę opisywał jej skutków. W końcu, dosyć podirytowani pojechaliśmy w stronę Taty (takiego miasta), drogą krajową nr 1 prowadzącą do Budapesztu. Droga ta była alternatywą równoległą dla autostrady, toteż jakie było nasze zdziwienie gdy za miastem ujrzeliśmy znak, którego nie życzymy żadnemu rowerzyście na swojej drodze. Wielce znienawidzony znak Ten Którego Znaczenia Nie Wolno Wymawiać, w bezczelnym czerwonym kółku. Jako że nie bardzo mieliśmy inną możliwość w stylu hiszpańskim pojechaliśmy dalej, łamiąc po drodze ten sam przepis chyba ze sto razy. W końcu dojechaliśmy do Taty, i znaleźliśmy zamknięte drzwi informacji turystycznej. Jak każda szanująca się instytucja państwowa w dzień powszedni o 17:15 juz jest zamknięta. Spóźniliśmy się o kwadrans. Pojechaliśmy dalej zahaczając po drodze o camping, gdzie dostaliśmy zapewnienie że w następnym dużym mieście również znajdziemy camping. Pojechaliśmy więc dalej uśmiechając sie szyderczo to co chwila stojących znaków o wiadomej treści. Dojechaliśmy do campingu Nomad, który został na zdjęciach uwieczniony, campingu który swoją świetność i ostatni remont przeżył w latach 70 XX wieku, a poziomem swoich usług zadowoliłby na pewno nomadów :) Mieliśmy basen pod nosem, szkoda że bez wody i jakichkolwiek certyfikatów. Mimo wszystko tanio zapłaciliśmy i byliśmy zadowoleni że nie musimy z żadnym z gospodarzy rozmawiać dłużej niż parę minut. Pani w recepcji Inglisz niet! ale Łukasz dogadał się z nią za pomocą swojego osobistego uroku, gestów i magicznego słowa Sator (czyt. Namiot).
Do góry
Dzień 6 - 03.08.2007
piatek
Tatbanya - Budapest
Dzień kulminacyjny, finałowy, z dawna wyczekiwany ... Budapeszt przyćmiewa całą wyprawę swoim blaskiem, więc nawet nie ma sensu rozpisywać sie o drodze do jego granic. Generalnie notoryczne łamanie tego samego przepisu ruchu drogowego i zabawa w czytaniu węgierskich wyrazów. To co istotne rozpoczęło się po przekroczeniu granic miasta. Po kilku kilometrach jazdy przez przedmieścia dojechaliśmy bliżej centrum do informacji turystycznej. Jak wiadomo wszędzie się znajdą czarne owce i każda reguła ma swoje wyjątki, nie róży bez kolców itd itd.. Informacja chwaliła się tym że oferowała Free City Map, dla niewtajemniczonych i pań z tejże informacji - darmowy PLAN miasta nazywany dalej "planem"."Plan - rysunek będący odwzorowaniem małego obszaru na płaszczyźnie zawierający wszystkie szczegóły w skali na ogół większej niż 1:10000". Dostaliśmy "plan" i, na szczęście na zewnątrz, wybuchnęliśmy śmiechem.
ZOBACZYĆ KONIECZNIE!!! Plan który spełniał wymagania najprostszego planu miasta kosztował 3 euro. Ale, że mądrej głowie dość dwie słowie więc Łukasz dojechał na "planie" do centrum, co moim zdaniem jest nieoficjalnym mistrzostwem świata w tej konkurencji i do dziś nie mogę wyjść z podziwu jak on to zrobił. Doprowadził nas tak umiejętnie że po drodze znaleźliśmy Plus i zrobiliśmy niezbędne zakupy. W centrum postanowiliśmy znaleźć informację turystyczną z prawdziwego zdarzenia i szukaliśmy jej długo.. stanowczo za długo, nie mówiąc o tym że jej nie znaleźliśmy (Przypominam że dysponujemy tylko "planem" miasta). Przygnębieni zwiedziliśmy przy okazji pół starego Pesztu i pół starej Budy co daje w sumie połowę centrum Budapesztu. Zobaczyliśmy Targ, Akademię Naukową, Most Elżbiety, Most Wolności, Most Łańcuchowy, Parlament. Ta trasa zaprowadziła nas w pewne miejsce, gdzie Łukasz po raz już nie wiem który wykazał się geniuszem. Zszedł na przystanek metra i zrobił zdjęcie tamtejszemu Planowi Miasta. Był to oczywiście strzał w dziesiątkę. Szybko zlokalizowaliśmy najbliższą informację i pomknęliśmy w jej kierunku. Zwiedziliśmy budziańską starówkę, aż wreszcie stanęliśmy u bram niebios... patrz zdjęcie :). Weszliśmy do informacji (Inglisz Da!): "słyszałem że macie darmowy plan miasta... cyk ..., słyszałem że macie darmowy plan Węgier z campingami... cyk ..." jeszcze sprzątnąłem gadżet i przewodnik po mieście i wyszedłem ze świecącymi oczami. Było to koło godziny 14 ... i Budapeszt wypiękniał w jednej chwili. W życiu nie czytałem żadnego przewodnika z taką ochotą, choć tego do końca nie rozumiałem. Zwiedziliśmy Basztę Rybacką, Zamek, obejrzeliśmy Peszt z punktu widokowego obok Zamku. Zjechaliśmy do Pesztu i odnaleźliśmy Informację której wcześniej szukaliśmy. Jak się okazało minęliśmy ją wcześniej o 50 metrów i nie zauważyliśmy na nią znaku co jest moją osobistą klęską, gdyż narzekałem że nigdzie nie ma drogowskazu. W tejże informacji znaleźliśmy przewodnik po polsku, zaopatrzyliśmy się w kolejny zapas darmowych map i musieliśmy odeprzeć ataki FONN - nieoficjalnej budapesztańskiej bojówki - Facetów Oferujących Natrętnie Nocleg. W tej walce przodował nam Lord Łukasz Gromowładny, który odstraszał wrogów samym wzrokiem. W świetnych humorach pojechaliśmy na spotkanie Bazyliki Świętego Stefana ale nie byliśmy, oj nie byliśmy świadomie tego co się stanie. Bazylika owa wg opinii dwóch biegłych ekspertów została uznana najpiękniejszym kościołem jak w życiu widzieliśmy. Jak ktoś chce użyć złota w swoim kościele to niech się najpierw przejedzie do Bazyliki Świętego Stefana w Budapeszcie, mogę podać adres.
To tylko zaostrzyło apetyt, zapragnęliśmy zwiedzić parlament. Niestety nie zrobiliśmy tego z własnej winy. Przynajmniej zostawiliśmy sobie coś na tzw. Zaś. Kilka zdjęć przed parlamentem i kierujemy się w stronę noclegu. Postanawiamy jechać wzdłuż Dunaju do Esztergomu gdzie przekroczymy granicę. Wyjeżdżamy więc w tym kierunku, niestety nie udaje nam się wyjechać za granice Budapesztu i nocujemy w autocampingu za 19 Euro, gdzie nie ma w toalecie papieru toaletowego...
Do góry
Dzień 7 - 04.08.2007
sobota
Budapest - Levice Kalinciakovo
Rano przy bramie wyjazdowej z campingu zatrzymuje nas groźny osiłek. Odbiera nam wszystkie papiery jakie dostaliśmy poprzedniego dnia, łącznie z rachunkiem za nocleg. Sprawdza czy przypadkiem nie oszukaliśmy jego pracodawcy po czym puszcza nas wolno. Jak na złość okazuje się że przez następne kilkadziesiąt kilometrów co chwila mijamy campingi, oczywiście tańsze bo nie budapesztańskie. No cóż, gdybyśmy tylko mieli godzinę więcej poprzedniego dnia.. Droga jest bardzo fajna, choć w pewnym momencie musieliśmy znów złamać przepisy w znany skądinąd sposób. Wybraliśmy tą drogę ze względu na piękne miejscowości. Pierwszą z nich było Szentendre, mała miejscowość w której jest chyba z setka budynków sakralnych, i każdy innego wyznania. Objechaliśmy piękną starówkę z wąskimi uliczkami, obejrzeliśmy ważniejsze świątynie i pojechaliśmy dalej drogą wzdłuż Dunaju, która przestała nas irytować Znakiem Którego Znaczenia Nie Wolno Wymawiać. Jechaliśmy nawet ścieżką rowerową nad samą rzeką, która jednak nie grzeszyła standardami europejskimi. Na odcinku, który przemierzaliśmy Dunaj płynie niezwykle malowniczo przeciskając się przez góry, tworząc piękny krajobraz. Miejsce to robiło wrażenie, gdyż dolina była bardzo ciasna a na zboczach gór stały miasta, a w Visegradzie na szczycie góry znajduje się stara warownia i zamek. Rzeka razem z drogą wiła się między górami jak mała rzeka w środku Alp, z tym, że tą małą rzeczką był wielki Dunaj. Po drodze mijamy sporo rowerzystów sakwiarzy, jadących w przeciwną stronę. Droga ta jest naturalnym przedłużeniem naddunajskich ścieżek rowerowych Austrii i Słowacji. Nasze góry szybko się jednak skończyły i następne piękne miasto Esztergom - pierwsza stolica Węgier - znajdowało się już na wypłaszczeniu. Esztergom okazał się być pięknym miastem i nasza wycieczka po Węgrzech zakończyła się naprawdę mocnym akcentem. Wspaniałe wzgórze największą w kraju bazyliką, w której znajdował się największy na świecie obraz namalowany na jednym kawałku płótna. Bazylika okazała się niezwykle podobną do bazyliki Św. Stefana w Budapeszcie. Ze wzgórza katedralnego rozpościerał się fantastyczny widok na Dunaj, a na skraju zbocza stał piękny, biały pomnik Św. Stefana, patrona Węgier. Pojeździliśmy trochę po mieście, odwiedziliśmy Tesco, kupiliśmy zapasy chleba bez kminku i wjechaliśmy na most graniczny, by wrócić na ziemię przyjazną językowo. Pożegnaliśmy z mostu Węgry i to tylko umocniło nasze postanowienie o powrocie do Budapesztu w przyszłości. Wjechaliśmy na starą dobrą Słowacje i od razu właściwie ciepłe emocje z nas spłynęły. Ogarnęło nas nagle przygnębienie. Wioski były zaniedbane i brudne, na dodatek wiał nam prosto w oczy paskudnie mocny wiatr. A co najważniejsze, uświadomiliśmy sobie że wyprawa się kończy. Humor nam się lekko zepsuł i już do końca dnia było ciężko. Nawet Wielka Morda - szczyt leżący nieopodal, niewiele pomogła naszym humorom. Dojechaliśmy do jakiejś małej miejscowości i zaczęliśmy szukać noclegu, niestety bezskutecznie. Czarę goryczy przelał wzrok Słowaczki, pełen chytrości, który towarzyszył słowom "A macie pieniądze?". Postanowiliśmy zanocować na campingu, który niespodziewanie wyrósł nam nieopodal na mapie. Okazało sie że camping w Kalinciakovie był miejscem odpoczynku mieszkańców niedalekich Levic a przede wszystkim kąpieliskiem. Szliśmy spać przy akompaniamencie The Prodigy rozlegającego się z głośników młodzieżowej imprezy, która odbywała się nieopodal w domku.
Do góry
Dzień 8 - 05.08.2007
niedziela
Kalinciakovo - Hronska Dubrava
Nadeszła Niedziela. Postanowiliśmy trochę użyć życia. Poszliśmy o godzinie 8 do kościoła, a po powrocie skorzystaliśmy z kompleksu basenów, gdyż wstęp mieliśmy za darmo. Niestety woda była zimna, co zmniejszyło przyjemność z pływania. Wyjechaliśmy ostatecznie o 11 i ruszyliśmy w kierunku Bańskiej Szczawnicy, kolejnego obowiązkowego punktu naszej wyprawy. Stare górnicze miasto wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa, leżące w górach, otoczone ze wszystkich stron szczytami od 900 do 1000 m n.p.m. zostało nam polecone przez znajomych. Jak łatwo się domyśleć droga wiła sie w górę i w górę, a my byliśmy parę razy mijani przez tych samych motocyklistów. Droga biegła przez Park Krajobrazowy, więc piękno przyrody otaczało nas zewsząd. Dostaliśmy również nagrodę za trud podjazdu. Natrafiliśmy na krzaki pełne wielkich jeżyn. Nie trudno się domyśleć co zrobiliśmy z tymi krzakami. Dalej były jeszcze śliwki i niedługo potem zjechaliśmy do miasta. Stare kopalnie do zwiedzania, stary i nowy zamek , przepiękna, choć stroma starówka. Stara część miasta okazała się warta tego by ją zachwalać. Po obejrzeniu zabytków postanowiliśmy zjeść pizzę, która okazała się równie pyszna jak całe miasto ;). W doskonałych humorach ruszyliśmy dalej, tym razem w dół. Podróż była niezwykle przyjemna bo prędkość nie spadała poniżej 20 bez pedałowania. W takiej sytuacji można w spokoju podziwiać widoki, a te były przednie. Zjechaliśmy do Doliny Autostrady, gdyż owa droga wiodła tą doliną. Niestety poza nią nie było za bardzo innej drogi. Dwie wioski leżące po przeciwnych stronach autostrady były połączone pieszym szlakiem. Dojechaliśmy do Hronskiej Dubravy, skąd mieliśmy następnego ranka wyjechać pociągiem. Na dworcu nie było warunków do nocowania, poza tym mamy z tym niemiłe (hiszpańskie) doświadczenia. Pojechaliśmy na ihrisko (boisko) nad rzeką gdzie obóz swój mieli kajakarze uczestniczący w spływie Hronem. Zapytaliśmy się ich grzecznie czy możemy sie tu rozbić, a oni grzecznie stwierdzili że skoro oni mogą to my też. Po tym jak rozbiliśmy namiot przyszli młodzi ludzie z Obecnego Uradu, czyli urzędu gminy, i zainkasowali po 30 koron od namiotu. Tym samym nasz pobyt w tym miejscu stał się zalegalizowany, oczywiście pod warunkiem ze poborcy rzeczywiście byli z urzędu :). Nasi kajakarze niestety dla nas rozpalili ognisko tuż obok nas i bawili się głośno do późnych godzin nocnych. Na szczęście udało nam sie w końcu zasnąć.
Do góry
Dzień 9 - 06.08.2007
poniedziałek
Hronska Dubrava - Kremnica - Dąbrowa Górnicza
Rano budzimy sie przed 6 i jednomyślnie postanawiamy zmienić plany. Zamiast pociągiem postanawiamy jechać rowerem do Kremnicy (kolejnego pięknego miasta) i tam wsiąść w następny pociąg. Pomysł okazał się trafiony. Zebraliśmy się sprawnie i ruszyliśmy. Droga wiodła przez góry i okazała się bardzo piękna i opuszczona. Dużo zieleni i małe wioski z samego rana tworzyły niepowtarzalny klimat. Ostatnia wioska umiejscowiona była na przełęczy i poprzedzona solidnym podjazdem, ale i to nam się podobało. Okazało się bowiem że zjazd z tej przełęczy do Kremnicy był tego wart. Zjechaliśmy do miasta i napotkaliśmy pierwszą niemiłą niespodziankę. Dworzec kolejowy był przynajmniej 100 m wyżej niż samo miasto, na zboczu góry. My mieliśmy dwie godziny do pociągu więc zjechaliśmy szybko na stare miasto, obejrzeliśmy co się dało (niestety był to poniedziałek więc muzea i zabytki nieczynne) i wróciliśmy na górę. Czekaliśmy jeszcze trochę na pociąg i nawiązaliśmy przyjemną znajomość z wycieczką dzieciaków :). Podróż koleją słowacką to piękna sprawa, szczególnie na jednej z najbardziej widokowych tras w tym kraju. Jechaliśmy w ostatnim wagonie, niestety jakiś facet zajął przed nami tylne okno. Bez większych przeszkód dojechaliśmy do Ziliny. Jako że mieliśmy ponad godzinę do pociągu w kierunku Zwardonia zrobiliśmy parę kółek po mieście za jedzeniem, ale w końcu musieliśmy zadowolić się czymś co miało czelność zwać się hamburgerem. Dojechaliśmy do ostatniej stacji po słowackiej stronie, przekroczyliśmy granicę polską i zjechaliśmy na dworzec w Zwardoniu (1 km). Tu musieliśmy się zderzyć boleśnie z polską kolejową rzeczywistością. Pociąg do Katowic odjechał kilkanaście minut temu, a następny jest dopiero za dwie godziny (w sumie zawsze mógł być za 5 godzin). Skomunikowania to taka trudna sprawa. No ale nic to. Kasjerka zapewnia że pociąg którym mamy jechać będzie miał miejsce na rowery. Podjechał skład z przedziałami, a zatem miejsca na rowery 0 (słownie zero). W ostatnim wagonie 1 klasa, zatem zgodnie z logiką udaliśmy się w kierunku pierwszego wagonu. Tamże powitał nas niezwykle uprzejmy kierownik pociągu słowami: “Gdzie z tymi rowerami, Nie będę się przeciskał”. Na zwróconą uwagę że z tyłu jest pierwsza klasa wzruszył ramionami. Mieliśmy zatem przed sobą godzinę drogi do Żywca w cudownym przedsionku ostatniego wagonu. Na pytanie czy istnieje możliwość umieszczenia sakw w jednym z 15 pustych przedziałów 1 klasy usłyszeliśmy odpowiedź:. "Przecież ktoś wsiądzie". W sumie między Zwardoniem a Żywcem może jest jakaś metropolia, o której nie wiemy i której mieszkańcy jeżdżą do pracy 1 klasą. A jako że konduktor czuł się odpowiedzialny za swoją pracę, w ciągu godziny sprawdził przynajmniej trzy razy czy przypadkiem nie przyszło nam do głowy usiąść na jednym z zakazanych siedzeń. Stare powiedzenie brzmi: "Przejechałem całą Europę żeby w Polsce trafić na buraka". I znów się sprawdziło :) W Żywcu na szczęście przesiedliśmy się do odrestaurowanego pociągu z przedziałem dla podróżnych z większym bagażem. Nawet zdążyliśmy kupić hamburgery. Tym samym nasza wyprawa pokonała ostatnią przeszkodę, gdyż w Katowicach czekał na nas zaprzyjaźniony Transit :)
Do góry



