Dzień 1 - 17.08.2005
środa
DG - Kedzierzyn Koźle - Głogówek - Nysa - Ziębice - Henryków
TRP 120,7 km AVG 16,3 MAX 36,8
Pierwszy dzień postanawiamy zacząć podjeżdżając pociągiem do Kędzierzyna, ponieważ droga przez cały GOP nas średnio fascynowała. Po wyjściu z pociągu czekało nas od razu 30 km główną drogą w kierunku Głogówka, więc nie jest najciekawiej. Do tego pogoda jest nieprzyjemna, a nawet w Głogówku przez moment zaczyna kropić. Za Głogówkiem lepie się już wygodniej, ponieważ skręcamy na tzw. "wiochy":-) ale za to pojawia się wmordewind, więc znów mamy powód do narzekań. W pewnym momencie na dodatek Tomek łapie gumę, więc jak można się domyślać nasze humory wcale się nie poprawiają. Po zmianie dętki i założeniu koła i sakw zauważamy, że opona jest tez przedarta. Po raz pierwszy przydaje się nam wtedy opona zwijana, którą wozimy ze sobą. A zatem znów trzeba zdejmować sakwy, koło... w sumie spędzamy tam około godziny. Po przymusowym postoju staramy się jak najszybciej dojechać do Nysy. Tam robimy zakupy i zwiedzamy stary Kościół przy Rynku. Z Nysy już mało ciekawymi drogami dojeżdżamy do Ziębic, które zaczynają się bardzo ciekawie, ale niestety nie ma czasu żeby je poznać bliżej. Nocleg znajdujemy za 1 podejściem u starszego pana, który jak się okazuje jest weteranem II wojny światowej, i opowiada nam o tym jak szedł z armią pieszo z Rzeszowa do Berlina....
Do góry
Dzień 2 - 18.08.2005
czwartek
Trasa: Henryków - Łagiewniki - Sulistrowice - Przeł. Tąpadła - Świdnica - Świebodzice - Bogaczowice - Domanów
102,4 km avg 15,7 , max 52,8
Rano od gospodarza słyszymy dalszy ciąg opowieści. Niestety musimy ruszać, bo kilometrów dużo przed nami.... na samym początku zwiedzamy opactwo w Henrykowie (tak, tak to stąd się wzięło "daj ać ja pobrusze a ty poczywaj" - pozdrowienia dla nauczycielek języka polskiego:-). Samo opactwo jest bardzo ładne. Przy okazji mała lekcja zoologii - hodowane są tutaj strusie i dziki. Po wyjechaniu z Henrykowa ruszamy przez jakieś tragicznie zaniedbane wsie. Jedziemy w kierunku Ślęży. Na samą górę oczywiście z sakwami nie wjeżdżamy, ale z przełęczy Tąpadła (384 m n.p.m.) za to jest całkiem przyjemny kawałek zjazdu. Kierujemy się w stronę Świdnicy. W Świdnicy dokonujemy zakupu nowej opony, a potem przez pół godziny szukamy Kościoła Pokoju.... 3 mieszkańców podaje nam trzy różne kierunki :-D na miejscu oczywiście więcej Niemców, ale cóż. Po zwiedzaniu robimy zakupy w Tesco, gdzie musimy przeprowadzić konferencję prasową - z jakimiś trzema dzieciakami i jednym dziadkiem, którzy wypytują nas chyba przez 10 minut brrr... ze Świdnicy do Świebodzic droga jest wręcz obrzydliwa, bo zbyt główna. Na szczęście za Świebodzicami skręcamy na boczne drogi. Ale coś za coś - za to jest przez 10 km pod górę.... na samym końcu droga, która jest oznaczona jako główna, okazuje się być terenową... wesoło.... Nocleg za drugim podejściem, za pierwszym razem kobieta bawi nas do łez tłumaczeniem, mamy łąkę, ale przecież dalej tez są domy...... Za drugim razem jest już ok, podwórko całkiem całkiem, ale pies szczeka..... jemy.... pies szczeka..... myjemy menażki... pies szczeka......idziemy się myć....... pies szczeka....... pijemy herbatę.... pies szczeka..... śpimy.... pies szczeka.....
Do góry
Dzień 3 - 18.08.2005
piątek
Domanów - Marciszów - Jelenia Góra - Pilchowice - Lubomierz - Gryfów Sląski - Lesna - Zawidów - Wilka
119,4 km 16,9 avg, 57,2 max
Jemy śniadanie... pies szczeka..... składamy namiot.... pies szczeka...... wyjeżdżamy....... ufff..... Na początku się zapowiada odpoczynek - do Jeleniej Góry jedziemy doliną Bobru. Nikt nas na mapie nie uprzedza, że droga wiedzie _ponad_ doliną. Efekt - góry są takie, ze jak się później okazuje pada tam rekord prędkości wyprawy. No, ale w miarę wcześnie jesteśmy w Jeleniej Górze. Zakupy w Carrefourze, i niesieni chęcią odpoczynku nad wodą jedziemy do Pilchowic. Tam oczywiście zapora, ładna nie powiem, więc miejsca nad wodą 0. Jedziemy dalej olbrzymim podjazdem, i tak dalej - podjazd, zjazd i w koło. Pod drodze jeszcze dwa jeziora, ale nad żadnym oczywiście nie ma kąpieliska... a upał jest.... W sumie atmosfera dnia jest dobijająca. Dodatkowo wsie sprawiają wrażenie pogranicza zapuszczone i w ogóle tzw. "bida z nędzą". Dojeżdżamy do Zawidowa, gdzie widzimy bloki mieszkalne, a także duże ilości osób "w stanie wskazującym na spożycie", jakiś koleś chciał mnie rozjechać pod sklepem - ogólnie bardzo nieprzyjemnie. Z radością opuszczamy to miasteczko. Za pierwszym podejściem jakiś kolo pijany zresztą chce nas naciągnąć na flaszkę za nocleg, i nie chce się odczepić. W końcu decydujemy się szukać dalej. Po chyba 5 próbach dostajemy miejsce pod namiot u niezmiernie miłej gospodyni w super utrzymanym ogrodzie - niemal z bajek:-).
Do góry
Dzień 4 - 20.08.2005
sobota
Wilka - Sieniawka - Bogatynia (PL/CZ)- Frydlant - (CZ/PL) Swieradów Zdrój - Szklarska Poręba - Piechowice - Przesieka
115,8 km 15,2 avg, 51,6 max
Rano atmosfera dzięki mgiełce jest równie bajkowa. Wyjeżdżamy na drogę, która jest zamknięta dla ruchu i czeka na niej na nas dywanik z świeżego asfaltu. Na szczęście Wielki Brat, który robił mapę nie znał drogi dookoła jeziorka, w ten sposób skróciliśmy sobie drogę, i już byliśmy w worku Turoszowskim. Oglądamy wieeelką dziurę w ziemi, przy okazji objeżdżając cały Worek, i dojeżdżając do wioski Jasna Góra:-). Od tej pory mieliśmy jechać szlakiem rowerowym Liczyrzepy, ale pozostał on w teorii i może dobrze....Przejeżdżamy przez Czechy, podziwiając widoki na Góry Izerskie. Zjeżdżamy do Świeradowa Zdr., by zacząć podjazd pomiędzy Świeradowem i Szklarską Porębą. Po drodze przejeżdżamy przez Zakręt Śmierci, no i dojeżdżamy do Szklarskiej Poręby. Tam oczywiście tłumy ludzi, więc robimy zakupy na kolację i w dół.... bardzo szybkim zjazdem. Po drodze zatrzymujemy się żeby zwiedzić wodospad Szklarki, po czym zjeżdżamy dalej. W tym czasie zaczyna padać, więc decydujemy się zanocować w pensjonacie w Przesiece. Mamy łóżka, prysznic- jest wypas.
Do góry
Dzień 5 - 21.08.2005
niedziela
Przesieka - Karpacz - Kowary - Lubawka - Chełmsko Śl. - Ardspach - Broumov - Tłumaczów (CZ/PL) - Ścinawka Grn.
102,6 km, 16,9 avg 55,4 max
Rano pogoda jest już dużo lepsza. Zjeżdżamy na mszę, po czym ruszamy w drogę do Karpacza. Musimy w końcu dostać się do kantoru, żeby nie mieć problemu ze zwiedzeniem Skalnego Mesta Ardspach. Podjazd do Karpacza jest, i owszem, no a potem z górki pod górkę - czyli jak zwykle. Podjeżdżamy pod przełęcz Kowarską, by ruszyć jeszcze trochę do góry w kierunku przełęczy Okraj, a następnie super zjazdem zjeżdżamy do Lubawki. Stamtąd chcemy dostać się do Chełmska Śl. na turystyczne przejście graniczne. Po drodze w Chełmsku mijamy jakiś festyn na rynku, no a potem musimy dokładnie dopytywać miejscowych o to, gdzie to przejście faktycznie się znajduje (oczywiście nie ma tam żadnego drogowskazu). Po błądzeniu znajdujemy przejście, i po czeskiej stronie zjeżdżamy wreszcie do Ardspachu. Skalne Mesto... kto nie był niech w tym momencie jedzie je zobaczyć! Nie będę dużo pisał, bo to nie da się za bardzo opisać. Jedynym miejscem tam, które można z czystym sumieniem sobie darować jest jeziorko, i przejażdżka łódką - jeziorko jest małe, sztuczne, i na dodatek czeski przewodnik stara się być dowcipny. No, a na dodatek kosztuje to dodatkowe 20 koron. Po zwiedzeniu (tak w ogóle dla rowerzystów jest tam również parking strzeżony w cenie 10 koron), zjeżdżamy do Teplic, gdzie jemy na rynku jakieś strasznie tanie lody na gałki, no i dalej w dół do granicy, skąd już niedaleko znajdujemy za pierwszym podejściem nocleg. W nocy zaczyna trochę straszyć burzą, więc zostajemy ugoszczeni w remontowanym pokoju na podłodze.
Do góry
Dzień 6 - 22.08.2005
poniedziałek
Ścinawka Grn - Wambierzyce - Radków - Karłów - Kudowa ZDrój - ...PKP... - Gliwice - ...ford transit... - DG
41,7 km, 14,4 avg, 45,6 max
Pogoda zrobiła z nas oczywiście idiotów, bo żadnej burzy nie było. Rano niebo wita nas nieco zamglone, ale ogólnie jest ciepło. Zwiedzamy po drodze bazylikę w Wambierzycach - mimo, że jest to mała wioska to "kościółek" robi wrażenie. Potem dalej do Radkowa, a stamtąd zaczynamy się wspinać w Góry Stołowe szosą 100 zakrętów (nie liczymy). Po długim podjeździe jesteśmy w Karłowie, gdzie zostawiamy rowery pod opieką bardzo sympatycznego Ducha Gór lat 13 - pozdrowienia nr 1!!!, i wdrapujemy się po schodach na Szczeliniec. Na górze oczywiście ciekawe skałki - znów jeśli ktoś nie był to najwyższy czas to zmienić :-). Po zejściu ze Szczelińca zaczyna znów grzmieć, więc w te pędy ruszamy w dół do Kudowy, żeby zdążyć przed burzą. Zjazd jest fantastyczny......... Dość szybki, łagodne zakręty, ale też dużo dziur. No i stało się. W jedną z dziur wjechałem tak nieszczęśliwie, że zgiąłem obręcz w tylnim kole. Po zjeździe do Kudowy decydujemy się przerwać wyprawę, i wrócić pociągiem. Trasa z Kudowy do Kłodzka pociągiem jest bardzo klimatyczna. W Dusznikach dosiada się do nas małżeństwo w wieku średnim z rowerami (pozdrowienia nr 2!), okazuje się, że nasz towarzysz podróży był zawodowym kolarzem. Okazuje się że spadli nam niemal z nieba, ponieważ w Kamieńcu Ząbkowickim sami mielibyśmy problemy z wysiadaniem, bo nagle zrobił się tłok. Stamtąd już wygodnym szynobusikiem do Kędzierzyna, pustym pociągiem do Gliwic, gdzie czekał na nas już tata Tomka z Transitem. Koniec Wyprawy!!!
Do góry



