Dzień 1, 28.04.2012
Przemyśl – Horyniec Zdrój. 85 kmslonce

Wycieczka rozpoczęła się o 2:06 na dworcu PKP w Katowicach. Już sam początek okazał się niezłym wyzwaniem, gdyż pierwsza „Mission Impossible” brzmiała: dostać się do środka pociągu do Przemyśla! Podjeżdża pociąg w którym oprócz wagonów sypialnych jedzie jeszcze tylko 5 wagonów 2 klasy. Oczywiście w ostatnim przedsionku stoją już dwa rowery. Na szczęście z całej grupy chętnych to my stanęliśmy najbliżej wejścia do wagonu. Po dłuższych perturbacjach udaje nam się po skręceniu kierownicy ustawić rowery w korytarzyku między przedziałami. I tak mieliśmy dużo szczęścia, bo wsiadający w Krakowie musieli układać swoje rowery poziomo. Niestety, aż do samego Przemyśla końcówka składu wraz z toaletą jest niedostępna dla zwykłych śmiertelników.

Po wyjściu z pociągu jest już niezwykle gorąco. Montujemy sakwy, w międzyczasie rozmawiając z rowerzystami wybierającymi się do Odessy. Po wyjściu przed dworzec spotykamy jeszcze Grzegorza z Grupy rowerowej „Glob” i gawędzimy chwilę. Ruszamy. O 11:00 jest już zupełnie gorąco. Pierwsze kilometry to prosta główna droga do Medyki i jest nużąca. Dopiero w Medyce zmieniamy kierunek na północny. Jedziemy przez mniejsze miejscowości, a za Chotyńcem skręcamy znów na główną drogę numer 4. Po przeczytaniu kilku relacji w Internecie nie skierowaliśmy się na słynny nieczynny most na rzece Szkło, tylko w towarzystwie tirów jedziemy w stronę Korczowej. Tuż przed przejściem granicznym skręcamy w lewo, i jesteśmy nagrodzeni całkiem miłym fragmentem w dół. Przekraczamy „most na Szkle”, i zaintrygowani skrótem na mapie GPS postanawiamy skrócić drogę w stronę Wielkich Oczu. Jak można się domyślić, skrót kończy się po kilkuset metrach, i kolejne trzysta metrów pchamy rowery przez łąkę i zarośla. Po wyjeździe z lasu szeroka droga wiedzie nas wśród pól już do samych Wielkich Oczu. Tutaj spotykamy grupę rowerzystów z forum podrozerowerowe.info, a następnie robimy popas pod sklepem. Podczas gdy zastanawiamy się którą drogę wybrać, przyłącza się do nas zaintrygowany tubylec, który stwierdza, że przez Żmijowiska to „droga jest ch*owa, proszę Pana”. 014 A oto i onePomimo tych rad decydujemy się jednak jechać tamtędy, i jest to strzał w dziesiątkę, bo droga okazuje się całkiem niezłym asfaltem, później szutrem. Tuż przed Krowicą Samą spotykamy kolejnego rowerzystę, który pociesza nas, że na odcinku między Budomierzem a Horyńcem w lesie czekają na nas nowe drogi asfaltowe. W Budomierzu okazuje się, że nasza droga wcale nie jest asfaltowa, jednak po kilkuset metrach asfalt rozpoczyna się nagle przy leśniczówce. Przed nami 4 km po nowiutkim dywaniku z asfaltu w samym środku lasu. Niestety nowy asfalt tak jak się nagle zaczął, tak się kończy. Kolejne kilka kilometrów do Wólki Horynieckiej to znów wertepy, a później piaszczysta polna droga. Po dojeździe do Horyńca dłuższy czas szukamy wolnych miejsc noclegowych, gdyż chcemy nadrobić nieprzespaną noc w pociągu. Niestety jest sobota, do tego długi weekend, wiec kilka prób spełza na niczym, koniec końców trafiamy do całkiem przyjemnego zajazdu „Flis”.

Dzień 2, 29.04.2012 r., 102 km
Horyniec Zdrój – Kosmówslonce

Pokrzepieni hotelowym śniadaniem ruszamy żwawo w trasę. Oczywiście pogoda rewelacyjna, trasa do Werchraty też. Po drodze kilka niewielkich 053 Cmentarz prawosławny w Gołębiu /Hołubiu/wzniesień, jednak szosa wiedzie cały czas przez las. W nagrodę za przejechane kilkanaście pierwszych kilometrów do samej Werchraty czeka nas miły zjazd. W Werchracie oglądamy z zewnątrz majestatyczny kościół, po czym kierujemy się w stronę wsi Prusie. Od tejże, aż do Hrebennego (jak już wiemy skądinąd) droga wojewódzka istnieje tylko na mapie. Sprawnie typujemy więc miejsce, gdzie należy zapuścić się w las, i startujemy w teren. Start to chyba jednak za dużo powiedziane, gdyż pierwsze kilkaset metrów to piasek, który nie pozwala wsiąść na siodełko, z kolei później czekają nas duże „wertepy”. Dopiero po zmianie kierunku na wschodni droga jest już dużo szersza. Powoli dojeżdżamy do Hrebennego. Tam kierujemy się na Machnów i Ulhówek. Droga w porównaniu z pierwszym dniem jest zdecydowanie bardziej pofałdowana. Tereny są bardziej rolnicze, za Hrebennem prawie nie ma już lasów. Pierwsze kilka kilometrów do Machnowa prowadzi po asfalcie, albo raczej pozostałościach asfaltu sprzed 20 lat. Później już jest dużo lepiej, ale droga, aż do Nowosiółek jest wybitnie monotonna, wiodąc przez stare zabudowania PGR-ów i pola. Pod koniec dnia decydujemy się wrócić bliżej granicy. W Dołhobyczowie robimy przerwę na lody. Po chwili obserwujemy, że tutejsza lodziarnia stanowi chyba centrum życia wiejskiego, bo w ciągu naszego krótkiego odpoczynku przewija się tutaj chyba połowa mieszkańców miejscowości. Z Dołhobyczowa jedziemy w stronę wsi Gołębie, a dalej Kryłowa. jest już dość późno, więc w Kryłowie rzucamy niemal w biegu okiem na zamek nad Bugiem i jedziemy dalej szukać noclegu. Znajdujemy go w następnej wsi, gdzie śpimy w Gościńcu nad Bugiem, w sadzie pod namiotem, jakieś dwieście metrów od granicy państwa, skąd przez dłuższą część nocy rozlega się żabi koncert.

Dzień 3, 30.04.2012 r., 130 km
Kosmów – Sobibór
slonce

Rano ruszamy wcześnie, chcąc więcej kilometrów zrobić rano, zanim zaczną się upały. Ale oczywiście nic z tego nam nie wychodzi, gdyż po kilku kilometrach musimy zatrzymać się w Hrubieszowie, aby wymienić oponę, która stwierdziła 063 Wsi spokojna... że dalej z nami nie pojedzie. Zanim uporaliśmy się ze wszystkim był już solidny upał. Wyjeżdżamy z Hrubieszowa, kierując się początkowo dość ruchliwą drogą na Zosin. Decydujemy się nadrobić kilkanaście kilometrów, aby dotrzeć na najdalej na wschód wysunięte miejsce w Polsce (takie geograficzne zboczenie 😉 ). Na szczęście droga po kilku kilometrach jest już mniej ruchliwa. Dojeżdżamy do Zosina, w którym oczywiście nic nie ma. Stąd skręcamy ponownie na północ, kierując się drogą wojewódzką numer 816, popularnie zwaną „Nadbużanką”, która będzie nam towarzyszyła aż do Terespola. Już po kilku kilometrach, w historycznej miejscowości Horodło robimy popas na zacienionym rynku. Jako pamiątka historycznego znaczenia miejsca na rynku mogliśmy zobaczyć lwy, które pozostały z „wyposażenia” okolicznego zamku. Energii z odpoczynku starczyło nam na jakieś dwie godziny. W Dubience z powodu lejącego się z nieba skwaru musieliśmy znów dłuższą chwilę odpoczywać w cieniu. Droga wzdłuż Bugu jest bardzo ładna spokojna, jednak upał robił swoje, i w Dorohusku znowu zmęczeni zalegliśmy przed sklepem. Na szczęście przed nami najlepsze godziny dnia. Po 16:00 słońce było już dużo bardziej znośne, a że droga w stronę Woli Uhruskiej była niedawno odnawiana, średnia prędkość podwyższyła nam się znacząco. Jechało nam się tak dobrze, że decydujemy się przedłuży trasę aż do Sobiboru. Okolica jest cudowna – lasy, jeziora, na trasie dosłownie tłumy rowerzystów. W Sobiborze pytamy o miejsce pod namiot, decydujemy się jednak na nocleg u gospodarzy z Włodawy w wiejskiej chacie, którą wynajmują „letnikom” 😉

Dzień 4 01.05.2012 r., 107 km
Sobibór – Terespol (Kobylany)slonce

Rano chcemy zwiedzić dwa miejsca, które znajdują się w okolicy. Pierwszym z nich jest pomnik znajdujący się na miejscu byłego obozu zagłady w Sobiborze. Droga prowadzi prosto z wsi w kierunku miejsca obozu, jednak droga jest bardzo piaszczysta, 093 Klasztor prawosławny w Jabłecznej i wiedzie przez las, nie obeszło się zatem bez pchania. Przy pomniku gawędzimy chwilę z miejscowym rowerzystą. Jedziemy w stronę Włodawy. Tzw. „stara droga” jest w opłakanym stanie, wygląda jakby przejechał po niej czołg. Po chwili okazuje się, że faktycznie, jedzie przed nami spychacz, który przegarnia zwały ziemi. Wyjeżdżamy na asfalt, decydując się jednak na odwiedzenie kolejnego miejsca, którym jest trójstyk polsko – białorusko – ukraiński. Nad Bug wiedzie dobrze oznaczona ścieżka rowerowa, niemniej jednak samo miejsce styku granic nie jest oznaczone zbyt dobrze. Miło jest pozwiedzać ciekawe miejsca, ale mamy już 11:00 i za sobą 20 km, ale jeszcze niemal nie ruszyliśmy się z punktu wyjścia! Przez Włodawę przejeżdżamy niemal bez zatrzymania. Niestety za miastem pojawiają się mikroskopijne wzniesienia, które w połączeniu z wiatrem są niezwykle irytujące. Wiatr wieje chyba z każdej strony, bo gdy spotykamy się z jadącą z naprzeciwka grupą rowerzystów (pozdrawiamy 😉 )okazuje się, że oni też jadą pod wiatr 😀 Dołącza się do tego wszystkiego moja alergia, która powoduje, że jedzie mi się koszmarnie. Do końca dnia jazda nie sprawia mi żadnej przyjemności. Po drodze zwiedzamy jeszcze Klasztor prawosławny w Jabłecznej oraz sanktuarium w Kodniu, przy którym spotykamy wycieczki autokarowe starszych pań, które żywo dyskutują o zaprezentowanych im chwilę temu odkurzaczach i naczyniach wszystkomogących 😀 Na sam koniec kierujemy się w stronę Terespola boczną drogą przez Kostomłoty, gdzie znajduje się ośrodek i sanktuarium neounickie. Do Terespola dojeżdżamy, ale niestety w mieście nie ma prawie żadnych miejsc, w których można się zatrzymać na nocleg. Jedyny znaleziony „bed&breakfast” oferuje noclegi za koszmarną cenę bez śniadania (sic!) Za radą jednego z mieszkańców kierujemy się do odległych o 5 km Kobylan, gdzie przy trzygwiazdkowym hotelu mamy do wyboru domki kempingowe lub miejsce pod namiot.

Dzień 5, 02.05.2012 r., 80 km
Kobylany – Sarnakislonce

Rano okazuje się, że właściciele domków tak bardzo chcą, żebyśmy zostali u nich dłużej, że nie chcą nas wypuścić ze środka. A tak zupełnie poważnie, drzwi są zatrzaśnięte, i nie ma możliwości wyjścia. 105 Wezwany pracownik techniczny musi wyważyć drzwi, i dopiero wtedy możemy ruszy dalej. Po otwarciu jeszcze z oburzeniem stwierdza: „było nie przekręcać na dwa razy!” W planach na dzisiaj mamy dostać się na drugą stronę Bugu. Do Hajnówki na pewno nie dojedziemy ze względu na straty kilometrów z dnia wczorajszego. Gdzie zatem dojedziemy? Czas pokaże. Bardzo sprawnie wyruszamy, najpierw do Koroszczyna, gdzie jedziemy 3 km wzdłuż ogrodzonej drogi wiodącej do przejścia granicznego. Potem przez Neple jedziemy najpierw do Pratulina, gdzie odwiedzamy sanktuarium ku czci męczenników unickich, a na dłuższy przystanek zatrzymujemy się w Janowie Podlaskim.Po odpoczynku w cieniu ruszamy, aby zobaczyć najsłynniejszą stadninę koni w Polsce. Miejsce robi naprawdę duże wrażenie. Obserwujemy przez chwilę piękne konie. Niestety czas goni, jedziemy więc w stronę Gnojna. Po drodze czeka nas kilka niewysokich, ale stromych podjazdów. W Gnojnie okazuje się… że prom jednak nie działa! Napotkani rowerzyści dzwonią jeszcze do jednego z mieszkańców, który dysponuje podobno łódką, ale my nie mamy niestety czasu czekać. Kierujemy się zatem wzdłuż Bugu na zachód. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów okazuje się, że drugi prom, pozwalający przepłynąć do Mielnika, również nie działa. W związku z tym jesteśmy zmuszeni kierować się w stronę stacji kolejowej znajdującej się jak najbliżej. Wybór pada na Sarnaki, gdzie dojeżdżamy godzinę przed odjazdem naszego pociągu. Tym razem podróż odbywa się niemal bez problemów – sprawnie dojeżdżamy szynobusami przez Siedlce do Warszawy Wschodniej. Na Wschodniej jakaś masakra, nie działają ani wyświetlacze, ani megafony, można tylko domyślać się kiedy przyjedzie pociąg. Ten dojeżdża z półgodzinnym opóźnieniem. Na szczęście w środku jest miejsce dla naszych rowerów, i w komfortowych warunkach dojeżdżamy do swoich domów.