Sta. Maria in Munstertal – Stava
Dystans – 79,84 km

Budzi nas raz po raz deszcz. O 5.00 już nie śpimy, obydwoje nie możemy przestać myśleć, że już dzisiaj wjedziemy na Stelvio – zaczynamy się zbierać. Dziwi nas sąsiad gospodarza, który przynosi nam do namiotu kawę, a potem proponuje wysłanie maila. W efekcie wyjeżdżamy dopiero o 10:00. Od pierwszych metrów zaczyna się podjazd pod Umbrail. Jedzie się rewelacyjnie, mimo iż podjazd jest ciężki. Pierwsze 4 km to serpentyny, które bardzo kręto wspinają się po zboczu. Potem okazało się, że jest fragment bardziej płaski, ale za to droga była nieasfaltowa na odcinku 2-3 km. Na 6 km zaczęły się solidne serpentyny, które zaprowadziły nas powoli i mozolnie na Umbrail. Z przełęczy widać już Passo Dello Stelvio – cel naszej wyprawy. Chwila zjazdu do punktu granicznego, gdzie zaskakuje nas brak jakiegokolwiek celnika i zabite dechami budynki celne. Ostatnie 3 km podjazdu są dość męczące, mimo wszystko podjazd pod Umbrail dał się we znaki. Ale za to pojawia się „dziura w niebie” – widać kawałek błękitnego nieba. Jeszcze ostatnie metry i jesteśmy. Na szczycie atmosfera piknikowa a la nasze Krupówki i troszkę źle się tam czujemy. Jakiś Niemiec pyta, czy może sobie zrobić zdjęcie z naszymi rowerami. Ktoś stwierdza, że nie wie czy na wierzyć, że sami tu wjechaliśmy, ale i tak nam gratuluje. Małe zakupy pamiątek i jazda w dół. Tymczasem zaczyna padać śnieg. No cóż w końcu jesteśmy na 2758 m n.p.m. Zjazd zapowiada się imponująco, tymczasem… bardzo ostre serpentyny, fatalny asfalt, przenikliwe zimno powodują że zjazd nie należy do najprzyjemniejszych. Pod koniec zakrętów marzną mi (Łukasz) dłonie że trzeba je rozmasować. Dopiero pod koniec serpentyn (48 tornanti) pokazuje się lepszy zjazd – dojeżdżamy aż do Prato Di Stelvio. Tam okazuje się, że do Merano nie dojedziemy tego dnia, bo jest 41 km od nas, a jest już 17:00. Robimy zakupy, pierwsze we Włoszech i jedziemy w stronę Merano wzdłuż sadów z milionami jabłek. Aha, po tej stronie Stelvio jest świetna pogoda i świeci słońce… Nocleg (Tomek jak zwykle miał nosa) znajdujemy u sympatycznych Włochów, mówiących po niemiecku. Dostajemy pole, wannę i zaproszenie na kawę rano. Łukasz bawi się z psem gospodarzy – Fuxi, a Tomek próbuje nauczyć paru słów po polsku ich syna, bez skutku. Noc jest rewelacyjna – śpi się dobrze i wreszcie namiot jest suchy.