Stava – Pozza di Fassa
Dystans – 98,8 km

Wstajemy o 6.00 i bijemy rekord zbierania się rano – 29 minut. Pijemy kawę u gospodarza i ruszamy na mszę. Początkowo do wsi obok, ale tam spóźniamy się 50 min (Włoszka dała nam złe namiary). Jedziemy do Merano gdzie trafiamy akurat na początek mszy. Po mszy postój na Bahnhofie i jazda do Bolzano, tam postój i dosyć długie szukanie drogi. Trafiamy w końcu na Val d’Ega, która zaczyna się tunelem (1100 m pod górę!!!), 107 Polskie akcentyby przez równie wąską (śliczną) dolinę przerodzić się w podjazd pod przełęcz Costalunga (wszystko było by super gdyby nie tragicznie gęsty ruch). Dolina jest prześliczna. Wąska na szerokość drogi i potoku a po bokach urwiska skał do góry na jakieś 100 metrów…Podjazd nas nieco zaskakuje, ale wjeżdżamy. Na przełęczy jemy lody za ok. 13 zł. Zjeżdżamy, a podczas zjazdu jeden Carabinieri omal nie przejeżdża Łukasza. Po zjeździe wpada mi (Tomek) w oko jeden dom. Nie widać do niego dojazdu ale uparcie twierdzę, że dzisiaj tam będziemy spać. Znajdujemy dojazd, po pewnych perturbacjach językowych, najpierw gospodarze nas odsyłają na pole namiotowe, a po chwili wołają z powrotem. Dość zdziwieni wracamy, na podwórze wychodzi do nas „głowa rodziny” w postaci 70-letniej kobiety która z dostojnym „Polonia” na ustach wręcza nam klucze do domku ogrodowego. Potem dostajemy zaproszenie na kawę (mooocne espresso). Siedzimy przy stole z tłumem Włochów, z których tylko jedna kobieta mówi trochę po angielsku, a cała reszta chce z nami koniecznie porozmawiać :-). Przemiła, rodzinna atmosfera, wszyscy się śmieją i przekrzykują nawzajem. Italia.