Hronska Dubrava – Kremnica – Dąbrowa Górnicza
26,29 km

Rano budzimy sie przed 6 i jednomyślnie postanawiamy zmienić plany. Zamiast pociągiem postanawiamy jechać rowerem do Kremnicy (kolejnego pięknego miasta) i tam wsiąść w następny pociąg. Pomysł okazał się trafiony. Zebraliśmy się sprawnie i ruszyliśmy. Droga wiodła przez góry i okazała się bardzo piękna i opuszczona. Dużo zieleni i małe wioski z samego rana tworzyły niepowtarzalny klimat. Ostatnia wioska umiejscowiona była na przełęczy i poprzedzona solidnym podjazdem, ale i to nam się podobało. Okazało się bowiem że zjazd z tej przełęczy do Kremnicy był tego wart. Zjechaliśmy do miasta i napotkaliśmy pierwszą niemiłą niespodziankę. Dworzec kolejowy był przynajmniej 100 m wyżej niż samo miasto, na zboczu góry. My mieliśmy dwie godziny do pociągu więc zjechaliśmy szybko na stare miasto, obejrzeliśmy co się dało (niestety był to poniedziałek więc muzea i zabytki nieczynne) i wróciliśmy na górę. Czekaliśmy jeszcze trochę na pociąg i nawiązaliśmy przyjemną znajomość z wycieczką dzieciaków :). Podróż koleją słowacką to piękna sprawa, szczególnie na jednej z najbardziej widokowych tras w tym kraju. Jechaliśmy w ostatnim wagonie, niestety jakiś facet zajął przed nami tylne okno. Bez większych przeszkód dojechaliśmy do Ziliny. Jako że mieliśmy ponad godzinę do pociągu w kierunku Zwardonia zrobiliśmy parę kółek po mieście za jedzeniem, ale w końcu musieliśmy zadowolić się czymś co miało czelność zwać się hamburgerem. Dojechaliśmy do ostatniej stacji po słowackiej stronie, przekroczyliśmy granicę polską i zjechaliśmy na dworzec w Zwardoniu (1 km). Tu musieliśmy się zderzyć boleśnie z polską kolejową rzeczywistością. Pociąg do Katowic odjechał kilkanaście minut temu, a następny jest dopiero za dwie godziny (w sumie zawsze mógł być za 5 godzin). Skomunikowania to taka trudna sprawa. No ale nic to. Kasjerka zapewnia że pociąg którym mamy jechać będzie miał miejsce na rowery. Podjechał skład z przedziałami, a zatem miejsca na rowery 0 (słownie zero). W ostatnim wagonie 1 klasa, zatem zgodnie z logiką udaliśmy się w kierunku pierwszego wagonu. Tamże powitał nas niezwykle uprzejmy kierownik pociągu słowami: “Gdzie z tymi rowerami, Nie będę się przeciskał”. Na zwróconą uwagę że z tyłu jest pierwsza klasa wzruszył ramionami. Mieliśmy zatem przed sobą godzinę drogi do Żywca w cudownym przedsionku ostatniego wagonu. Na pytanie czy istnieje możliwość umieszczenia sakw w jednym z 15 pustych przedziałów 1 klasy usłyszeliśmy odpowiedź:. „Przecież ktoś wsiądzie”. W sumie między Zwardoniem a Żywcem może jest jakaś metropolia, o której nie wiemy i której mieszkańcy jeżdżą do pracy 1 klasą. A jako że konduktor czuł się odpowiedzialny za swoją pracę, w ciągu godziny sprawdził przynajmniej trzy razy czy przypadkiem nie przyszło nam do głowy usiąść na jednym z zakazanych siedzeń. Stare powiedzenie brzmi: „Przejechałem całą Europę żeby w Polsce trafić na buraka”. I znów się sprawdziło 🙂 W Żywcu na szczęście przesiedliśmy się do odrestaurowanego pociągu z przedziałem dla podróżnych z większym bagażem. Nawet zdążyliśmy kupić hamburgery. Tym samym nasza wyprawa pokonała ostatnią przeszkodę, gdyż w Katowicach czekał na nas zaprzyjaźniony Transit 🙂
stolice9