Dzień 11 11.07.2006
Aime – Sassenage
142,81 kmslonce

Od rana cały czas w dół, aż do Moitiers. Stamtąd udaje nam się wyjechać po pół godzinie, bo główna droga zamienia się nagle w ekspresówkę. Pytając trzech Francuzów, klucząc i klnąc dojeżdżamy do olimpijskiego Albertville. Tam drugie śniadanie, a potem dalej płasko bocznymi drogami, a potem główną do Grenoble. 062 Nocleg w cieniu masywu VercorsPo drodze upał staje się tak nieznośny, że w Montmelian decydujemy się na pierwszą sjestę. Jemy lody pod Intermarche (jeszcze nie wiem że stanie się to małą świecką tradycją). W Grenoble jesteśmy o 19. Gdyby nie zapytany o drogę młody człowiek, który nas wyprowadził na rowerze z miasta, to byłoby ciężko nam wydostać się w miarę szybko. Na jednym ze skrzyżowań podjeżdża samochód . Pada pytanie: Are you from Finland? Odwracam się – w samochodzie 4 murzynów w dreadach, w głośnikach na full Bob Marley 🙂 Skąd im ta Finlandia…Where are you going? -To Spain, Barcelona, – O, beautiful city. Maybe you’ll visit Andalucia? Maybe… Przedmieścia Grenoble, w których planowaliśmy nocleg to w zasadzie miasto, ale udaje nam się znaleźć kawałek łąki i zezwolenie od gospodarza. Zasypiamy w cieniu masywu Vercors….

Dzień 12 12.07.2006
Sassenage – Montelimar
144.57 kmslonce

Po upalnej niemal nocy wyjeżdżamy o 8.00, żeby jechać jak najdłużej, zanim zacznie się upał. Droga główna i raczej nudna. Urozmaicamy ją skrętem do miasta w poszukiwaniu sklepu, ale za pierwszym razem w Vinay nie znajdujemy. 064 Dopiero w następnej miejscowości znajdujemy niezawodny Intermarche i strategiczną dla nas markę Top prix 🙂 Jedziemy przez miejscowość o wdzięcznej nazwie Romans :-), gdzie jemy lody, a następnie kierujemy się w stronę Valence. Tam czeka nas przebicie się przez miasto pocięte robotami drogowymi, ale odbijamy sobie półtoragodzinną drzemką bardzo ładnym parku. Co dziwne znajdujemy bardzo szybko drogę wyjazdową i ruszamy do wyznaczonego celu gonieni przez burzę. Nocleg znaleziony chyba za 15 razem, w ostatniej chwili bo już lało. Śpimy w nieużywanej przyczepie campingowej służącej za magazyn i sypialnię kotów (futro z ubrań będziemy wyciągać jeszcze przez dwa dni).

Dzień 13, 13.07.2006
Montelimar – Vers du Pont du Gard
126.15 kmslonce

Po nocy pełnej kociego włosia wstaje piękny poranek. Zbieramy się i wyjeżdżamy w kierunku Avignon. Poranek wydaje się chłodny, ale to tylko złudzenie. Śniadanie jemy po drodze gdyż rano nie kupiliśmy mleka. Na Rondzie plakaty wskazują, iż za dwa dni zawita tutaj słynny Tour de France. Szkoda że musimy już jechać… 070 Kolejny rzymski zabytek - Pont du Gard, który znajduje się na liście UNESCOCały czas jedziemy doliną Rodanu, a drogi są na przemian zatłoczone i puste. Generalnie dużo ciężarówek. W Orange jemy lody i szukając poczty i antycznego teatru z listy światowego dziedzictwa UNESCO wjeżdżamy w uliczki starego miasta. Akurat dzień targowy więc miejsca za dużo nie było. Sprawnie przeciskamy się między ludźmi, straganami i odnajdujemy rzymski amfiteatr. Wstęp drogi więc decydujemy się na obejrzenie tylko od zewnątrz. W Avignonie od razu znajdujemy pocztę i kupujemy telecarte, potem oglądamy plac przed pałacem papieskim, gdzie akurat wystawiano spektakl w ramach festiwalu teatralnego trwającego tu cały lipiec. Po obejrzeniu spektaklu po francusku oglądamy katedrę, potem odpoczywamy przy moście św. Benezeta spożywając melona. Po odpoczynku orientujemy się, że znowu idzie burza… Jedziemy w stronę Millau, zahaczamy o Centre Commercial E. Leclerc i wjeżdżamy we wsie. Oglądamy akwedukt rzymski na rzece Gard z listy UNESCO i znajdujemy nocleg u pana, który upierał się że burza przejdzie bokiem. Dopiero kiedy zaczęło lać, pozwolił nam spać w domku letniskowym (niestety namiot już był przemoczony). Takiej burzy to chyba tutejsi najstarsi górale nizinni dawno nie widzieli. Potem przyszła pani domu i zaprosiła nas na pyszną kolację, gdzie poznaliśmy jej córki i 2 Amerykanki z wymiany. Na poprawę kolacji gotujemy tajemnicze kiełbaski… okazało się że z baraniny… i idziemy spać.

Dzień 14 14.07.2006
Vers du Pont du Gard – st Jean
134,97 kmslonce

Rano zbieramy się szybko, ale i tak od 8.00 jest straszny upał. Cały dzień jedziemy bocznymi dróżkami i jest trochę pod górkę, w końcu dzisiaj mamy wjechać w opisywane w przewodniku jako dzikie góry – Sewenny. 071 W zapomnianych górach - SewennachGóry już wyglądają „południowo”: nagie stoki pokryte karłowatymi krzewami. Droga prowadzi wśród sawanny "umilana" odgłosami cykad. W południe sjesta + standardowy zestaw Intermarche: lody 1 litr + melon + 3 litry picia Top prix. Hymnem Intermarche powinna być chyba pieśń “you never walk alone” market jest w każdym mieście – taka tutejsza Biedronka. Po przejeździe przez egzotycznie brzmiącą miejscowość Ganges wjeżdżamy w góry i doliną rzeki pniemy się na przełęcz 804 m npm. Po drodze oczywiście zakupy, gdzie spotykamy gburowatych Polaków motocyklistów. Na samej górze wita nas kilkusetmetrowy nieoświetlony tunel. Faktycznie góry sprawiają wrażenie opuszczonych. Pod wieczór wjeżdżamy do Parku Narodowego Grand Causess. Gospodarze w St Jean sami nas ściągają wzrokiem. Sympatyczne starsze małżeństwo z Montpellier pozwala nam rozbić namiot w ogródku. Mamy dostęp do prysznica, a na kolację puree z parówkami i fasolką. Aha, dzisiaj była rocznica zburzenia Bastylii.

Dzień 15 15.07.2006
St Jean – Lacaune
122,38 kmslonce

Rano morze pysznej kawy, doskonałe pieczywko z czekoladą plus nutella i dżem i przesympatyczni gospodarze, oto recepta na doskonały poranek. W świetnych humorach ruszamy w dół 40 km zjazdem do Millau, głównie wąwozami rzeki Dourbie. Przepiękne dolinki, widoczki, miasteczka, lasy, rzeczki, mgła, skały… jak w bajce. Dojeżdżamy do Millau, kłaniamy się wiaduktowi,w jego cieniu jemy śniadanie, oglądamy małą wystawę o nim i ruszamy dalej w góry. Droga nużąca, zatrzymujemy się w mieście Św. Afryka :). W drugiej części dnia widoki jak z Beskidów, puste drogi. Planujemy przejechać 140 km, ale musimy szukać noclegu wcześniej bo goni nas burza…. Znajdujemy nocleg w Laucane u przemiłej rodziny i dostajemy kawę w termosie i drożdżówki na rano…

Dzień 16 16.07.2006
Lacaune – Rouffiac
122,16 kmslonce

Musimy wstać bardzo wcześnie, żeby zdążyć do Brassac na mszę i nie tracić zbyt wiele czasu. Po drodze mijamy przełęcz, a właściwie lekki podjazd po którym następuje wieelki zjazd. Znajdujemy kościół z mszą dopiero o 11.00, zatem ruszamy w drogę. W jednej z malutkich wiosek słychać dzwony – zjeżdżamy, i okazuje się że wjeżdżamy akurat na początek mszy. Hmmm, to nie jest zbieg okoliczności. Po wyjściu z kościoła oczywiście stanowimy wioskową atrakcję. Dostajemy jao pielgrzymi do Fatimy specjalne błogosławieństwo od księdza. Potem znów podjazd zjazd aż do Mazamet. Tam pod marketem spotykamy sympatycznych Ślązaków z Wodzisławia. Stamtąd cholernie długi podjazd w kierunku Carcassonne przez pasmo górskie Montagne Noire w niesamowitym upale. Podjeżdżamy chyba z dwie godziny, po czy jest płasko lub lekko w dół, ale za to pod wiatr. Po wyjeździe z gór ukazuje się nam olśniewający widok – szeroka równina z widokiem na majaczące w oddali Pireneje. Zjazd jest ciężki bo cały czas pod wiatr. Po drodze obserwujemy przepływające jachty na Canal du Midi (zabytek UNESCO). Dojeżdżamy do Carcassonne. Zdobywamy Cite, ale z racji niedzieli są tam miliony turystów. W połączeniu z upałem powoduje to, iż faktycznie ładnie zachowane miasteczko nie wywołuje pozytywnego wrażenia. Totalna komercha i tyle. No, ale fakt że mury mogłyby służyć do kręcenia ekranizacji Krzyżaków,pieśni o Rolandzie i Robin Hooda na raz. Wyjeżdżamy lekko zdegustowani tłumami, na szczęście potem znajdujemy market po czym reklamujemy ciekawej Francuzce sakwy Crosso. Po 15 km od Carcassonne znajdujemy nocleg w Rouffiac, zostajemy przyjęci jak rodzina – pełnym stołem, siedzimy przy kolacji do 22 i rozmawiamy niemal na migi, robimy zdjęcia, i dostajemy prezenty w postaci t-shirtów, dostajemy poduszki do spania w hamakach…. dzisiejszy wieczór jest lekko niewiarygodny….

Dzień 17 17.07.2006
Rouffiac – Belcaire
74.89 kmslonce

Rano po pysznym śniadaniu i całusach od gospodyni ruszamy w drogę. Dzień ustalamy na odpoczynkowy. Jedziemy do Quillan, gdzie szukamy internetu i robimy odpoczynek. Dojeżdżamy do miasta w czasie sjesty i wszystko jest zamknięte… 081 Turystyczny Ford transitodpoczywamy dwie godziny. O 14 w informacji turystycznej dowiadujemy się że kafejka jest w barze 50 m obok.. oczywiście bary są otwarte w czasie sjesty….:). Radzimy sobie z internetem i ruszamy dalej przez góry. Po 10 km wjeżdżamy na Plateau de Sault czyli płaskowyż, którego nie opuścimy do końca dnia. Od 16 straszy nas burza, potem dwie burze, a na wieczór już burze są wszędzie dookoła. Po długich poszukiwaniach znajdujemy gospodarza, leśnika mówiącego po niemiecku, za to jego żona po angielsku. Zanim wymyśliliśmy suche miejsce gdzie będziemy spać, to zrobiło się ciemno i burze się rozeszły :). Ostatecznie spaliśmy w Transicie wersja kampingowa. Gospodarz raczy nas pyszną sałatką z orzechami i sosem vinaigrette.

Dzień 18 18.07.2006
Belcaire – Anserall
122.54 kmslonce

Po nocy spędzonej pod szyber dachem i 30 cm przestrzeni nad głową dostajemy śniadanie – świeże bagietki z musem z moreli. Podjazd bardzo przyjemny – wjeżdżamy na kolejny poziom płaskowyżu i zdobywamy kolejno 3 przełęcze około 1200 – 1400 m npm.(ktoś się drze “dzień dobry” z samochodu). Na oznaczonej przełęczy okazuje się że musimy podjechać jeszcze 2 km w górę na przełęcz której nie ma na mapie. Na przełęczy Tomek stwierdza, że coś mu stuka w tylnym kole. Cóż, takie stukające stukanie nie stuka bez powodu jak mówił Kubuś P. Zjeżdżamy do Ax-Les-Thermes. Po zdjęciu sakw okazuje się że zaczyna pękać lekko sfatygowana obręcz. Po krótkich konsultacjach w informacji turystycznej okazuje się, że najbliższy sklep rowerowy jest w stacji narciarskiej, do której jest 8 km i 700 m pod górę, lub też wjazd kolejką…. To jedziemy kolejką…. na górze okazuje się, że sklep, to trochę zbyt szumna nazwa na to “coś” 2 rowery na krzyż i trochę części typu trąbka i koszyk na bidon… a zatem: najbliższy sklep albo 70km w zupełnie przeciwnym kierunku, albo w Andorze… 50 km dalej pokonując przełęcz 2407 m… Ale cóż wracać się nie będziemy, więc jedziemy do Andory. Pierwsze kilometry są w miarę płaskie. Potem zmagając się z wiatrem podjeżdżamy serpentynami i długą prostą do Pas de la Casa. W międzyczasie zaczyna nas gonić burza, i ostatni kilometr przed Pas de la Casa przejeżdżamy w deszczu. Na szczęście w Pas de la Casa zaczyna się nieco przejaśniać. Samo Pas de la Casa robi piorunujące wrażenie: olbrzymie centrum handlowo rozrywkowe na tle trzytysięczników… stamtąd jeszcze 3-4 km do samej góry. Nagle za plecami niemal zupełnie ciemno, burza nadchodzi powoli, ale z racji że jest późno decydujemy się przyspieszyć i ruszamy w szybkim tempie do góry. Gdy zatrzymuję się żeby złapać oddech, z jasnej chmury nad nami 10 metrów przed nami strzela piorun w przydrożny słupek. Nie trzeba pisać jak się poczuliśmy. W te pędy resztkami sił ruszyliśmy do widocznej przed nami stacji benzynowej. Tam czekaliśmy niemal godzinę aż burza minie, jeszcze kilkaset metrów podjazdu i znajdujemy się na najwyższej drogowej przełęczy Pirenejów. Po drodze jeszcze mijamy kilka stacji benzynowych – podobno tutaj benzyna jest tańsza o kilkanaście procent niż we Francji. Teraz czeka nas długi zjazd niemal przez całą Andorę, a w zasadzie przez Centrum Handlowe Andora 🙂 wszędzie masa sklepów, a na dodatek gdy dojeżdżamy do stolicy kilometrowe korki, z regulowanym na każdym skrzyżowaniu ruchem przez policję. Jedynym sposobem na przedostanie się jest jazda środkiem ulicy pomiędzy pasami ruchu niemal ocierając się o samochody. Żeby nie nocować w Andorze decydujemy szukać sklepu rowerowego w La Seu de Urgell w Hiszpanii. Nocleg w pierwszej wsi koło romańskiego kościółka, gdzie niemal się nie rozbijamy na starym cmentarzu…

Dzień 19 19.07.2006
Anserall – Termens
128.11 kmslonce

Rano wstajemy i walcząc z lekko zachmurzonym niebem dojeżdżamy do La Seu. Nawet chwilę pada… Przez dwie godziny szukamy czegoś otwartego, potem supermarketu i sklepu rowerowego. Znajdujemy dwa sklepy rowerowe, ale oba zamknięte i do tego nie bardzo wiadomo kiedy je otworzą. W końcu pojawia się sprzedawca (10:10), ogląda Tomka rower, obręcz i stwierdza „new wheel” oraz „it’s too much work”. Po wypowiedzeniu kilku niecenzuralnych słów w języku polskim , oddajemy uśmiechniętemu Hiszpanowi mój rower. Serwisant obiecuje że wydobędzie ze starego koła piastę. 089 juz nikt nigdy przez tę obręcz życia nie zostanie pozbawiony!Jak powiedział tak zrobił, szprychy ze starego koła wykręcaliśmy sobie sami… W końcu ruszamy z ogromną stratą…. Łukasz gdzieś przeczytał jak reklamuje Hiszpanię biuro podróży… „UŚMIECHNIJ SIĘ , JESTEŚ W HISZPANII”… od tamtego momentu było to najczęściej przez nasz powtarzane zdanie… i dowiedzieliśmy się że „manana” to po hiszpańsku również „zaraz skończę” 😉 … W świetnych humorach ruszyliśmy dalej, zastanawiając się skąd wytrzasnąć bombę neutronową albo chociaż karabin maszynowy… a to dopiero pierwszy dzień w Hiszpanii. Później bombę zrzucaliśmy średnio co 4 godziny. No ale wyprawa trwa… Jedziemy dalej, humor tragiczny, pełno tuneli i wiosek których nie ma na mapie… POZDRAWIAMY WYDAWNICTWO MARCO POLO… na 120 km jedziemy doliną, a właściwie przełomem jakiejś rzeki, fanatastyczne widoki. Nocleg znajdujemy pod tarasem u hiszpanki,bo idzie burza – o przepraszam, tempestad… jedyna sprawiedliwa w sodomie… viva espana…

Dzień 20 20.07.2006
Termens – Quinto
146,72 kmslonce

Rano nie niepokojeni przez nikogo zbieramy się z wiaty i wyjeżdżamy. Po 16 km jesteśmy w Lleidzie. 090 Na drodze NIITam wyciągamy pieniądze z bankomatu DB, znajdujemy pocztę i robimy zakupy. Droga którą wybraliśmy na dzisiaj(N II) biegnie cały czas wśród autostrady, zatem wywnioskowaliśmy że będzie mniej uczęszczana. Taaa. Przez 70 km jechaliśmy wzdłuż milionów tirów które jechały niemal jeden za drugim. Jeszcze na dodatek droga kluczy wzdłuż autostrady, i czasem nie wiemy gdzie jechać, gdyż wszystkie drogi prowadzą na Autovię. Jeszcze nie wiemy że akurat tym znakiem drogowym to w Hiszpanii mamy się najmniej przejmować. Na pociechę znajdujemy Intermarche, i jedyne w swoim rodzaju lody Banana Split Adelie. Skręcamy w boczne drogi Aragonii, przejeżdżamy przez Ebro, i szukamy noclegu w Quinto, które jest znane z ciężkich walk z udziałem Polaków w czasie hiszpańskiej wojny domowej. Miejscem które zostaje nam polecone jest klub strzelecki, gdzie znów śpimy pod wiatą, mamy do dyspozycji kran z wodą do mycia oraz 8 litrowy baniak wody mineralnej.