Wczoraj przyjemność wieczoru w klasztorze została zmącona grupa hiszpańskich o zgrozo rowerzystów, którzy kompletnie pijani hałasowali i wymiotowali niemal do północy, a co najgorsze nie reagowali na próby uciszania. Dzisiaj rano okazało się ze każdy z nas miał ochotę wziąć nóż i poprzebijać im dętki… Także dziś wstawało się ciężko. Pobudka o 6, pierwsze 10 km samemu, potem zatrzymałem się w barze na kawę i śniadanie, a także żeby zobaczyć w TV wiadomości o wyborach w Polsce i wtedy dogonił mnie Joachim i dalsza część drogi pokonaliśmy razem. W sumie 22 km, na miejscu byliśmy o 12:30. Teraz największe wyzwanie- znaleźć nocleg w Arzua – mieście gdzie zbiegają się 3 główne szlaki Camino. Idziemy sobie ulica i zastanawiamy się.. Jak tu pusto gdzie te legendarne tłumy na Camino Frances? Minęliśmy zakręt i nagle widzimy… 1 osoba… Za nią w odległości 10 m następna… Za nią następna… Szaleństwo. Dotarliśmy do publicznego albergue, a tam już kolejka na 30 osób, otwierają o 13. Na szczęście łóżek jest 46. Budynek z kamienia, bardzo ładnie odrestaurowany. Co ciekawe średnia wieku na Camino Frances znacznie spadła, większość osób ma max 17 lat. Rozmawiałem z jednym z młodych Hiszpanów, dla niego moje 300 km w nogach to jakiś kosmos, oni robią tylko ostatnie 100 km aby dostać Compostelę. Jutro dłuższy etap, 30kilka km do Monte de Gozo.. Stamtąd już tylko 4,5 km do centrum Santiago. Jakoś trudno to sobie wyobrazić ze to prawie koniec…. Aha, wszyscy gratulowali mi wyniku wyborów 🙂