Cerencany – Koniaków
44,75 km

Rano gospodyni utwierdza nas w przekonaniu, że to był nasz najlepszy nocleg, otrzymujemy kukurydze gotowaną w kolbach, kolejne ogórki na drogę, i dużo wody. Jeszcze między czasie robimy sobie zdjęcie z Gospodynią, bierzemy adres i obiecujemy wysłać zdjęcia. Na koniec otrzymujemy błogosławieństwo, buziaki i uściski i z zaproszeniem na za rok ruszamy do Lucenca. Kilka przyjemnych zjazdów i podjazdów, atmosfera ze względu na upał i ukształtowanie terenu przypomina nieco Hiszpanię 🙂 W Lucencu na dworcu PKP, tfu, Slovenskiej Zeleznickiej Spolocnosti kasjerka dopiero za drugim podejściem decyduje się nam wypisać całodniowy bilet na rowery, który kosztuje nas dwukrotnie mniej niż jej pierwsza propozycja. Na peronie okazuje się, że rowery trzeba podnieść do wagonu bagażowego tak ponad metr, a że my jesteśmy na kukurydzy od Gospodyni, dajemy radę raz dwa. Potem już szło gładko. Przesiadamy się w Zwoleniu, gdzie postój umila nam najpierw solidny obiad w restauracji za śmieszną sumę 85 koron za osobę, a potem obserwacji godowych zwyczajów gołębi. W kolejnym pociągu z powodu braku wagonu bagażowego zmuszeni byliśmy ustawić rowery w przejściu, więc na każdej stacji byliśmy zmuszeni podnieść rowery, żeby umożliwić przejście. Na szczęście pociąg był bardzo pospieszny 🙂 to była najpiękniejsza trasa kolejowa jaką widziałem. Mnóstwo tuneli (w tym najdłuższy na Słowacji, bo prawie 5 kilometrowy), góry, góry i jeszcze raz góry. Tam trzeba się po prostu przejechać. W ostatnim pociągu z Ziliny bagażówka już jest, więc siedzimy sobie spokojnie:) dojeżdżamy do polskiej granicy, konduktor żartowniś, który powiedział, że nie ma żadnych rowerów w bagażówce, poprawia nam humor do końca dnia. Ten jego uśmiech po tym jak to powiedział zapamiętam do końca życia. Przechodzimy granicę w Zwardoniu i chwile potem zaczynają się znajome już widoki. Dojeżdżamy do Koniakowa, do naszego domku – nocleg bardzo przyjemny, w końcu u siebie. Rano mają nas obudzić Marta i Tomek ze znajomymi. Ciekawe czy im się uda.

mag4