Ulrichen – Nufenenpass- Airolo – Gotthardpass – Andermatt
63.09 km, 11.9 km/h avg, 59 km/h max

Podjazd z rana jak śmietana. Z tym hasłem na ustach ruszam na podbój najtrudniejszej jak się okaże przełęczy Nufenen. Prowadzi ona bezpośredni o z kantonu Vallis do Ticino omijając przełęcze Furka i Gotthard. Już za pierwszy zakrętem zaczyna się ostry podjazd. kilka serpentyn, ostatnie widoki na Ulrichen, i wjeżdżamy w las. Po 4 km droga się nieco wypłaszcza, i pokazuje się widok na zasadniczą część doliny, którą będę się wspinał. Droga wiedzie bez zakosów po prawej stronie doliny ostro pod górę. Widać cały ciąg dalszy trasy. Najpierw droga przerzuca się na drugą stronę mostkiem nad potokiem, potem jeszcze długa prosta, aż na końcu ” drabinka” serpentyn na sam szczyt przełęczy. jest bardzo wcześnie, więc słońce dopiero przebija się przez okoliczne szczyty, i cała dolina skryta jest w cieniu, jedynie sama końcówka błyszczy w słońcu. Mały odpoczynek na wspomnianym mostku, gdzie dogania mnie Szwajcar, który jest w wyraźnie lepszej kondycji, jednak jak się okazuje nie ma ze sobą picia. Rozmowa jest wesoła, ponieważ nie zna on ani w ząb angielskiego, więc bazujemy na mojej znajomości niemieckiego, zakończonej jakieś 11 lat temu. Dziele się częścią zawartości moich bidonów, po czym on rusza żwawo w górę, a ja powoli gramolę się dalej. Mozolnie zbieram serpentynę za serpentyną. Droga wspina się w bardzo ostro nachylonym zboczu, nachylenie trasy też jest niczego sobie. Im wyżej, i bliżej południa tym więcej rowerzystów na trasie, zaciekawienie wzbudza m.in para jadąca na tandemie. Na górze jak zwykle na przełęczy gwarno, tysiące motocyklistów itp. Jako że przede mną dzisiaj ambitnie jeszcze jedna przełęcz szybko zbieram się na dół. Zjazd jest długi i przyjemny, w ostatnim odcinku można już podziwiać po lewej stronie część nowej trasy na przełęcz Gottharda. W Airolo okazuje się, że jest tutaj całkiem niezły upał. Robię zakupy, chwilka zastanowienia, i ruszam dalej. Podjazd rusza żwawo w górę, i co jakiś czas pojawiają się małe fragmenty tego, z czego słynie, czyli kostki brukowej. Im wyżej, tym niestety wzmaga się wiatr. Droga ciągle przeplata się z drogą ekspresową wiodącą na szczyt. Na 6 km przed szczytem kostka pojawia się na stałe, wiatr niestety też nie odpuszcza. Niestety moje zmęczenie w połączeniu z wiatrem w twarz powoduje że decyduję się po raz kolejny na mały spacer. Jazda przy jednej przełęczy w nogach przy wietrze który usiłuje mnie wywrócić nie ma sensu. Mam za to czas na dogłębne podziwianie doliny i cudu inżynierii. Droga wycięta jest w skałach bardzo malowniczo – króciutkimi serpentynami. Jedna po drugiej i jestem coraz bliżej szczytu. Od połowy drogi zerkam, że jakiś kilometr za mną ktoś również idzie na rowerze. Po dotarciu na samą górę spotykamy się, rowerzysta okazuje się być Niemcem, który po raz pierwszy jest w podróży rowerowej, a trasę wybrał według przewodnika rowerowego po Europie. Pogoda jest coraz gorsza, więc szybko się zwijam, podczas gdy mój rozmówca decyduje się zostać w hostelu na przełęczy. Pierwsze kilka km zjazdu dalej wiedzie po kostce, po czym drogi się łączą, i aż do Hospental zjeżdżam główną drogą. W Hospental odbicie w prawo, i już za dwa km jestem w Andermatt. Tam tuż przy wjeździe skręcam na camping. Camping jest wielki, a nocuje na nim jakieś dwadzieścia osób, więc jest luźno. Oczywiście na campingu spotykam polaków, którzy jadą rowerami w międzynarodowym towarzystwie aż do Paryża.