Szybko, bo w 7 miesięcy po pierwszym wyjeździe do Izraela pojawiła się okazja by zjawić się tam po raz drugi. W czerwcu 2013 roku nie było jeszcze bezpośrednich lotów z Katowic Wizzairem, za to znalazły się bardzo tanie bilety z Budapesztu. A że Budapeszt jest w sumie tylko 100 kilometrów dalej z Zagłębia niż Modlin, bilety możemy opłacić z konta Wizz a samochód jest na LPG, nie było potrzebne nam dużo czasu na decyzję. Tym razem w wycieczce towarzyszył mi kolega Paweł.

Dzień 1 – 19.06.2013 r.
Dąbrowa Górnicza – Budapeszt – Tel Aviv – Jerozolima

Pierwszy dzień w zasadzie poświęcamy na dojazd. samolot startuje o 15:00. Wybieramy opcję „bezwinietkową”, czyli bez płatnych fragmentów dróg, więc czeka nas kilka godzin jazdy. Już po pierwszej godzinie pożałowaliśmy swojej decyzji, gdy utknęliśmy w pierwszym korku w Třincu. Potem był jeszcze drugi korek, i trzeci MEGA korek koło Martina. Na szczęście natchnęło nas, żeby wyjechać bardzo wcześnie. Na deser jeszcze małe błądzenie w poszukiwaniu zamówionego parkingu, i o 14:00 meldujemy się na lotnisku. Tutaj już bez większych problemów, lot również bardzo spokojny. Dolatujemy do Tel Avivu. Teraz czeka nas kolejka do kontroli paszportowej, standardowy zestaw pytań od pani pogranicznik. Tym razem niepytani dostajemy zamiast pieczątki osobny druczek. Jako opcję dojazdu z lotniska wybieram Neshera. Może i jest trochę drogi, ale gwarantuje bezstresowe dostanie się pod wskazany adres w Jerozolimie. Po prostu podajemy kierowcy ulicę na którą chcemy się dostać. Czekamy chwilę aż bus się zapełni, i ruszamy. Dojeżdżamy pod zapisany adres. Kierowca wypuszcza nas z busa, i… odjeżdża. Chwila, a nasze bagaże? Zostały z tyłu! Na szczęście kierowca zawracał na rondzie więc szybki sprint załatwił sprawę. Teraz okazuje się, że czeka nas jeszcze jedna mission impossible. Dookoła bloku do którego mamy dotrzeć rozciąga się zagrodzony teren na którym trwa jakaś impreza techno. Metodą prób i błędów znajdujemy wejście do właściwego bloku. Na górze czeka na nas Sasha, nasza gospodyni z Airbnb. Jest starszą, ale bardzo żywiołową osobą i od razu wzbudza sympatię. Niestety z pójściem spać musimy poczekać jeszcze na zakończenie imprezy, ale po pełnym emocji dniu niewiele nam potrzeba, aby usnąć.

Dzień 2 – 20.06.2013 r.
Jerozolima

Pierwszy cel zwiedzania jest jasny – Wzgórze Świątynne. Podobnie jak w listopadzie nasz pobyt w Jerozolimie ułożył się nieco mało korzystnie jeśli chodzi o dni tygodnia, więc dzisiaj jest jedyny dzień, w którym możemy zobaczyć słynne meczety (oczywiście z zewnątrz) 😉 Wyruszamy więc wcześnie. Od naszego noclegu do Starego miasta czeka nas podróż nowoczesnym tramwajem. Wysiadamy przy bramie Damasceńskiej. Na szczęście staromiejskie drogi są już mi znane, więc bez błądzenia docieramy pod Zachodni Mur. Podczas oczekiwania w kolejce do kontroli bezpieczeństwa mija nas kilka rozśpiewanych pochodów rodzin obchodzących uroczystość Bar Micwy. Krótkie sprawdzenie plecaków, i już jesteśmy na podeście, który prowadzi do jedynej dostępnej dla niemuzułmanów bramy. 006 Meczet Kopuła na SkaleOkoło godziny czasu chodzimy po wzgórzu. Mimo, ze jest czerwiec, turystów nie ma zbyt wielu. Duża szkoda, że nie ma możliwości zwiedzenia meczetów od środka. Kolejnym celem na dzisiaj jest bazylika Grobu. Ku mojemu zdziwieniu gdy docieramy tam przed południem – okazuje się, że kolejka do wejścia do Grobu wynosi tylko kilkanaście osób! Ustawiamy się w niej czym prędzej, bo ta okazja może się nie powtórzyć 😉 Przed bazyliką kupujemy pamiątki, po czym przechodzimy do położonego tuż obok luterańskiego kościoła Zbawiciela. Po wpłacie kilku szekli możemy wdrapać się wąskimi schodami na wysoką wieżę, skąd rozlega się piękny widok na całe stare miasto i Górę Oliwną. Po nasyceniu się widokami ruszamy dalej.

013 Mniej typowa perspektywa widoku Kopuły na Skale (w tle góra Oliwna)

Teraz naszym celem jest Góra Syjon i jej zabytki. W odróżnieniu od listopadowej wizyty tym razem jest możliwość dotarcia do grobu Króla Dawida. Z góry Syjon kolejny spacer, i docieramy do ogrodu Getsemani. Udaje nam się wejść do Cerkwi Marii Magdaleny, i tuż przed południowym zamknięciem zwiedzamy jeszcze podziemne prawosławne sanktuarium grobu Matki Bożej. W wolnym tempie przemieszczamy się na drugi koniec miasta i docieramy do Yad Vashem. Tutaj spędzamy dużą część popołudnia, wędrując trochę czasu po parku, który z racji ulewy musieliśmy pominąć w listopadzie. Docieramy również do pomnika Janusza Korczaka, i memoriału poświęconego dzieciom. Po powrocie do miasta odwiedzamy jeszcze rynek Mahane Yehuda i okolice Yafo Road. Na sam koniec wizytujemy jeszcze konkurencyjny protestancki grób Pana Jezusa i udajemy się z powrotem na nasz nocleg.

Dzień 3 – 21.06.2013 r.
Jerozolima

Z racji, że ominęła nas poranna wycieczka do bazyliki Grobu, możemy trochę dłużej spać. Dzisiejszą trasę rozpoczynamy od Góry Oliwnej. Na szczyt dojeżdżamy busem, i standardową rasą zwiedzamy wszystko po kolei 😉 Dzisiaj pogoda jest dość upalna, więc po powrocie na Stare Miasto decydujemy, że jednak trzeba będzie zrobić sjestę. Po południu wracamy pod Ścianę Płaczu. Stamtąd idziemy w okolice Via Dolorosa, aby wziąć udział w drodze krzyżowej z franciszkanami. Na miejscu okazuje się, że w sezonie letnim piątkowa droga jest o godzinie 16:00. Wykorzystujemy więc czas na posiłek.
022 Pod Ścianą Płaczu

Tym razem początek drogi odbywa się na dziedzińcu muzułmańskiej szkoły. wraz z duża grupą pielgrzymów wędrujemy aż do Bazyliki Grobu. Po wyjściu z bazyliki dłuższy czas spędzamy na negocjowaniu cen pamiątek, i na tym kończy się ten leniwy dzień 😉

Dzień 4 – 22.06.2013 r.
Betlejem – Hebron – Herodion

Żegnaj Jerozolimo! U Sashy zostawiamy część rzeczy, i z samego rana ruszamy do Betlejem. Tu chcemy zwiedzić miasto po czym jesteśmy umówieni na pół dniową przejażdżkę z Yusufem, poznanym w listopadzie nauczycielem i kierowcą taksówki. Wsiadamy w autobus numer 21. W czasie podróży zagaduje nas młoda Palestynka. Niby z ciekawości, ale po pewnym czasie okazuje się, że zaczyna wypytywać, czy mamy już przewodnika po Palestynie itp. No pech chce, że my już faktycznie mamy 😉 Nasz plan dnia bierze w łeb, gdy dojeżdżając do ostatniego przystanku…. przez okno widzę naszego kierowcę! Serdeczne powitanie, ustalamy cenę i plan działania, i już po chwili ruszamy w stronę Hebronu. Do miasta nie jest daleko, stąd po pół godzinie jesteśmy na miejscu. Na początek czeka nas stary arabski numer, czyli wizyta w zakładzie pracy 😛 Zakład ten to jedna z fabryczek, z których słynie Hebron – czyli wytwórnia ceramiki. Oglądamy sobie chwilę proces wytwarzania kubków i talerzyków, po czym kupujemy drobne pamiątki. W końcu każdy chce zarobić 😉
Teraz jedziemy już na stare miasto. Parkujemy w okolicy meczetu Ibrahima, i tutaj zaczyna się problem. Co prawda niewiele rozumiemy, ale Yusuf tłumaczy nam na bieżąco przebieg zdarzeń. Otóż do naszego kierowcy po wyjściu z samochodu podszedł jakiś wyrostek, chcąc wyłudzić kilka szekli za „ochronę” samochodu. Yusuf się zdenerwował, gdyż przyjeżdża tutaj z wieloma turystami, i taka sytuacja zdarzyła się mu po raz pierwszy. Spacer po mieście przeplatany jest więc rozmowami przez telefon z policją. Przechodzimy przez miasto, widząc na własne oczy jak brutalnie rozdzielone jest ono na dwie połowy. Na dużej części ulic siatki oddzielają Palestyńczyków od mieszkających wyżej żydowskich osadników, którzy rzucają odpadki na leżącą niżej palestyńską ulicę. Po przejściu przez stare miasto dochodzimy do nowszej części. Yusuf załatwia sprawę z policjantem, do nas podchodzi za to inny palestyński młody policjant. Jesteśmy nieco zdziwieni, gdy bezbłędnym angielskim pyta nas o naszą wycieczkę, czy podoba nam się w Palestynie itp. Jestem naprawdę mile zaskoczony. Musimy jednak wracać. W drodze powrotnej towarzyszy nam gość o wyglądzie Dona Johnsona z „Policjantów z Miami”. Okazuje się po chwili, że jest to faktycznie policjant w cywilu, który idzie „zbadać sprawę”. Dochodzimy do samochodu. Nie mija minuta, gdy po krótkiej wymianie zdań samozwańczy ochroniarz zostaje zwinięty do radiowozu. Na zwiedzanie musimy jednak poczekać. Kolega Yusufa zabiera nas na herbatę, podczas gdy on musi złożyć zeznania. Mniej więcej po pół godzinie udajemy się dopiero do meczetu. Z racji że jest sobota część żydowska jest znów zamknięta, jednak możemy wejść do części muzułmańskiej. 026 Hebron - grobowce PatriarchówPo przejściu ciężkich bramek i kontroli wojskowego wchodzimy do środka. W pierwszym pomieszczeniu widzimy widoczny tylko przez kratę cenotaf Abrahama i Sary. Pomieszczenie, w którym znajdują się grobowce jest jakby „wspólne” dla obydwu części, i dostępne jedynie przez kratę. W głównej części muzułmańskiego meczetu znajdują się kolejne grobowce – Izaaka i Rebeki. Po dłuższym zwiedzaniu wracamy do samochodu. Teraz czas na posiłek. W jednej z restauracji w Hebronie mamy do dyspozycji kilka typowych dla Palestyny potraw, opartych głównie na humusie i grillowanym mięsie. Z Hebronu jedziemy jeszcze do Herodionu.

031 Widok na pustynię Judzką spod Herodionu

Nie mamy planów wchodzić do środka (sam Herodion jest pod kontrolą izraelską i jest udostępniony jako park narodowy). Już z daleka widzimy charakterystyczny kształt ściętego stożka. Wzgórze góruje nad okolica, dlatego tez widoki są wspaniałe. Widać duży obszar Pustyni Judzkiej, a w oddali błękitne Morze Martwe. Następnie zostajemy zaproszeni na kilka minut do domu naszego taksówkarza. podczas gdy my pijemy herbatę i rozmawiamy z jednym z jego synów, nasz miły kierowca udaje się na górę aby się pomodlić. Dowiadujemy się sporo o trudnych warunkach palestyńskich studentów, i o tym jak trudno zdobyć środki na płatne tutaj studia. W dalszą drogę udaje się z nami żona Yusufa, która planuje się wybrać na zakupy „do miasta”. Dojeżdżamy wreszcie do Betlejem. Zwiedzamy Pole Pasterzy, Grotę Mleczną i na samym końcu bazylikę. Co ciekawe, również tutaj – nie ma żadnej kolejki do wejścia do Groty! Cud! Ostatnim już etapem przejażdżki jest droga do Bayt Sahour, gdzie czeka nas nocleg w guesthousie znanym już z poprzedniej wycieczki.

Dzień 5 – 23.06.2013 r.
Betlejem – Jerozolima – Morze Martwe – Tyberiada

Rano bierzemy taksówkę, i dojeżdżamy na Manger Square. Po Mszy w kościele św. Katarzyny jedziemy również taksówką do checkpointu, a następnie autobusem w okolice Starego Miasta. Musimy teraz dojść do biura Sixta na King David Street, gdyż tam czeka na nas zamówiony samochód. Niestety z racji niedzieli czynne jest tylko jedno stanowisko, więc wszystko trwa chwilę. W końcu dostajemy kluczyki do wyczekanej Kijanki, i ruszamy na parking. Z parkingu jedziemy do Sashy odebrać resztę rzeczy. Na szczęście spod domu naszej gospodyni szeroka droga wiedzie nas wprost w stronę Morza Martwego. Zjazd jest imponujący – w ciągu kilkunastu minut dostajemy się z położonej w górach Jerozolimy do najniższego miejsca na ziemi! Pierwsze kroki kierujemy na plaże – Kalia beach, żeby trochę posmażyć się w słońcu. Niestety plaża ta w odróżnieniu od Ein Gedi jest – jakkolwiek trafnie to brzmi w tym miejscu – słono płatna 😉

Po dłuższym wypoczynku ruszamy na północ. Po drodze zwiedzamy jeszcze Qasr-el-Yahoud, czyli miejsce chrztu Jezusa. Jedziemy dalej. Dojeżdżamy do checkpointu przed Beit Shean, uchylam dla formalności okno, i… miły pan każe nam zjechać na wyznaczone miejsce. Musimy wypakować wszystkie bagaże, zostawić otwarte drzwi do samochodu i wejść z bagażem do budynku checkpointu. A to niespodzianka. na szczęście kontrola nie jest zbyt dokładna. Atmosferę rozładowuje reklamówka z pamiątkami, z której strażniczka wyciąga… krzyż zawinięty w jarmułkę. Ze śmiechem pyta: Czy to przypadkiem nie powinno być przechowywane osobno? Po jakichś dwudziestu minutach możemy jechać dalej.

036 Widok z hotelu - to już "morze" Galilejskie

Powoli docieramy nad Jezioro Galilejskie. Nasz hotel ****, w którym udało nam się zarezerwować pokój w bardzo korzystnej cenie położony jest tuż nad brzegiem jeziora. Na nieszczęście basen, na który miałem wielką ochotę zamykany jest w 15 minut po naszym przybyciu 🙁 Wieczór umilamy sobie spacerem główną promenadą w kurorcie.

Dzień 6 – 24.06.2013 r.
Tyberiada – Tabgha – Tabor – Nazaret – Netanya – Tel Aviv

Ostatni dzień! Z samego rana po obfitym hotelowym śniadaniu ruszamy na podbój chrześcijańskich zabytków nad Jeziorem. Nie będę się o nich rozpisywał, gdyż trasa była dokładnie taka sama jak w poprzedniej relacji. Znad jeziora jedziemy w stronę Nazaretu. Mijamy górę Tabor, i poświęcamy chwilę,żeby tam wjechać. niestety Kia Picanto to nie Mazda 3, i trzeba było sporo wysiłku i benzyny, żeby dostać się na szczyt. Z Góry Tabor jedziemy do Nazaretu. Zwiedzamy bazylikę Zwiastowania, grotę, kupujemy kilka pamiątek i jedziemy dalej! Teraz przed nami dłuższy fragment trasy. Co prawda samolot jest po 18:00, ale chcemy jeszcze spędzić kilka chwil na plaży. Zjeżdżamy więc z autostrady w Netanyi, z której do Tel Avivu jest „rzut beretem”. Plaże są tu naprawdę ładne. spędzamy więc dłuższą chwilę na odpoczynku w słońcu.

039 Tel Aviv

Ostatni odcinek trasy jest jak zwykle nerwowy, gdyż nawigacja błądzi zamiast zaprowadzić nas do wypożyczalni. Udaje nam się w końcu pozbyć samochodu, i udać w stronę dworca kolejowego. Tutaj czeka nas pierwsza kontrola bezpieczeństwa. Potem czeka nas chwila konsternacji, bo wszystkie rozkłady są po hebrajsku, a nasz pociąg nie jedzie do „airport” tylko gdzieś dalej. Na szczęście pani w informacji oprócz jidisz zna inglisz, więc po chwili wiemy jaki to peron i godzina. Pociąg jest super (wifi!), i po pół godzinie jesteśmy w Ben Gurion Airport. Tutaj okazuje się, że Wizz odlatuje z dziwnego terminalu trzeciego. Uwaga: proszę czytać z uwagą! Czekamy 20 minut na autobus, który 10 minut wiezie nas na drugi koniec lotniska. Udajemy się do kontroli paszportowej i bezpieczeństwa. Tym razem tak dobrze nie poszło jak poprzednio. Pani zauważyła wraże pieczątki z arabskimi robakami. Zaczęło się. A kiedy Pan był w Maroku, a po co pan był w Maroku, a z kim Pan był w Maroku, a ile razy był Pan w Maroku, A co pan robił w Maroku, a zna pan kogoś w Maroku, a co pan widział w Maroku, a utrzymuje pan kontakt z kimś z Maroka? Po chwili przychodzi jeszcze milszy kolega Pani, i powtarza zestaw pytań. Po dłuższej chwili puszczają nas dalej, jednak naklejka na paszporcie sugeruje, że to nie koniec. Dość dokładnie przeglądane są nasze bagaże, włącznie z posypywaniem dziwnym proszkiem. Nareszcie koniec. Przechodzimy w stronę gate, i tam okazuje się, że gate jest jeden, i UWAGA! czeka przy nim autobus, który z powrotem zawozi nas do Terminala 1. wysiadamy prosto do airside, gdzie grzecznie możemy udać się do właściwego gate. Za ostatnie szekle zjadamy kolację, i czekamy na landrynkowego potwora. Tym razem zjawia się on punktualnie, i po 23:00 meldujemy się na węgierskiej ziemi. Po dojeździe na parking okazuje się jeszcze, że magicznie rozładował się nam akumulator (w czerwcu!), ale miły pan z parkingu ma kable. Teraz tylko 7 godzin w samochodzie, na szczęście w nocy nie ma korków. O 7 rano dojeżdżamy szczęśliwie do domu.