Sporo czasu już minęło od kolejnego wyjazdu do Izraela, i wypadałoby go w kilku słowach podsumować.

Naszą podróż rozpoczęliśmy tym razem od niewielkiej miejscowości Ramla, leżącej kilka kilometrów od lotniska Ben Guriona. Po kilku odmowach gospodarzy z Airbnb, którzy najwyraźniej nie mieli ochoty na pobyt gości na jedną noc, i dziwnym przypadkiem mieli w tym momencie delegacje, wyjazdy służbowe i inne obowiązki 😉 Tym sposobem wylądowaliśmy na jednym z ostatnich pięter widocznych z daleka nowoczesnych wieżowców. Chyba nie muszę dodawać, że przywitał nas piękny widok na całą okolicę. Gospodarza widzieliśmy może pięć minut w ciągu naszej całej wizyty w tym miejscu, za to mieliśmy okazję porozmawiać przez chwilę z reinkarnacją (a przynajmniej miałem takie wrażenie) Steve’a Jobsa, który przywitał nas leżąc na kanapie z Macbookiem na kolanach.

DSC_0042

Rano opuściliśmy gościnne progi Ido, i przez arabską dzielnicę Ramli powędrowaliśmy na pociąg. Pociągi w Izraelu to czysta przyjemność. Na każdej stacji i w każdym pociągu bezpłatne wi-fi. Po godzinie jazdy zameldowaliśmy się na „dworcu Zoo”, czyli stacji Jerusalem Biblical Zoo station. O miejscu tym można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest położone w centrum miasta. Trochę czasu zajęło nam ogarnięcie z którego przystanku i o której odjedzie nasz autobus.

Pierwszym punktem zwiedzania w Jerozolimie był instytut Yad Vashem. Z prozaicznego powodu – był piątek, godzina 11:00. Za kilka godzin w Jerozolimie zaczynał się szabat który akurat tym razem przedłużał się aż do niedzielnego wieczora świętem Szawuot. Trochę to komplikowało nasze plany, ale wszystko da się ominąć.

DSC_0094

Dopiero po zwiedzeniu Yad Vashem udaliśmy się w poszukiwaniu naszego noclegu, którym był tym razem pokój u Reyzl położony kilka minut piechotą od murów Starego Miasta. Resztę dnia zajęła nam tradycyjna ścieżka zwiedzania Jerozolimskich starożytności 😉

IMG_6930

Kolejny dzień przeznaczyliśmy na zwiedzanie Góry Oliwnej i wyjazd do Betlejem. Żeby atrakcji było więcej, schodząc ze schodów w cerkwi Marii Magdaleny przeciąłem sobie palec u stopy, co pod znakiem zapytania postawiło moją kąpiel w Morzu Martwym w kolejnych dniach. Po dojściu na szczyt Góry Oliwnej znaleźliśmy aptekę, której właściciel chyba odczytał w myślach, że dwa lata temu przeklinaliśmy miejscowych złodziei, który opróżnili portfel mojej mamy, i postanowił podarować za zupełną darmochę komplet plastra i bandaża potrzebny do ozdobnego opakowania mojego palucha.

Resztę dnia zajął nam wyjazd do Betlejem.

Kolejny dzień został opisany we wpisie o Wadi Qelt. Fantastyczne miejsce, w które kiedyś na pewno jeszcze wrócę. Dzięki zbiegowi przypadków znaleźliśmy nocleg na dzikiej plaży nad Morzem Martwym. Cudowne miejsce!

izrael

Kolejny dzień – męczący i wariacki. Ktoś może napisać, że głupotą jest pchać się w upale dwieście kilometrów na południe, by zaraz potem uciekać z powrotem do Tel Avivu ale… dla mnie samo podróżowanie jest na tyle atrakcyjne, że nie przeszkadzały mi te godziny spędzone w cieniu drzewka na drodze numer 90, czy w oczekiwaniu na autobus w Ein Bokek. No dobra, miałem chwilę kryzysu stojąc w ciasnym autobusie do Eilatu, ale wszystkie trudy wynagrodził nam nocleg na plaży, gdzie dzięki bezinteresowności naszego sąsiada mogliśmy za darmo podziwiać rafę koralową.

IMG_7285

Ostatni dzień – dla koneserów lotnictwa. Lot z Eilatu do Tel Avivu to zaledwie 45 minut, wykonywany za to pięknym Boeingiem 757. Po drodze widoki na Morze Martwe i Pustynię Judzką, a na lotnisku w Eilacie potraktowani zostaliśmy jak VIPy, mając osobistą eskortę przy każdym elemencie odprawy 😉 W Tel Avivie starczyło czasu na krótki wypad na plażę… i na tym kończy się nasza wycieczka.