19 października 2011 r.

Z samego rana zwiedzam okolice meczetu Kutubijja. Jego charakterystyczny, wysoki na 70 metrów minaret jest najważniejszym z punktów orientacyjnych Marrakeszu. Oczywiście do środka niewiernym wchodzić nie wolno, ale meczet i z zewnątrz robi wrażenie. W tym samym czasie Andrzej odbiera z lotniska Mikołaja. Gdy jesteśmy już w komplecie pakujemy się, i piechotą udajemy się na dworzec.

biletUNESCOZnajduje się on z drugiej strony starego miasta. Jedziemy do Essaouiry. Oczywiście łatwiej powiedzieć niż zrobić 🙂 Jeszcze przed wejściem na dworzec dopada nas samozwańczy przewodnik po dworcu. Oferuje swoją usługę zakupu biletu. Rzeczywiście, samodzielnie byłby ciężko coś kupić, dworzec ma kilkadziesiąt okienek, i w żadnym nie ma napisów w europejskim języku. Ustalamy cenę biletu, i nasz guide prowadzi nas do jednego z autobusów, po czym wpycha nas do środka. Po wejściu pobiera od nas kasę, i wydaje świstek, który ma oznaczać bilet. W sumie nie jesteśmy pewni, czy za chwilę kierowca nie zażąda od nas kolejnej opłaty, ale jakie mamy inne wyjście? Na szczęście nic takiego nie ma miejsca. Siadamy na fotelach. Czekamy kilkadziesiąt minut, aż autobus się napełni. Oprócz podróżnych wsiada też mnóstwo osób sprzedających wszystko. Nasz podziw wzbudził starszy człowiek sprzedający tajemniczy środek, który zaczarował wszystkich. Reklamował go jako sposób na wszelkie dolegliwości, za pomocą gestykulacji i choreografii 😉 Mimo braku znajomości arabskiego ni w ząb sami byliśmy skłonni go kupić 😉

W końcu ruszamy. Autobus toczy się wolno, zadziwiająco dobrej jakości drogą. W połowie drogi czeka nas dłuższy postój, podczas którego miejscowi robią zakupy na przydrożnym targu, można tu również zjeść lokalne przekąski. Pod koniec trasy zmienia się krajobraz – miejsce płaskiej pustyni zajmują pagórki porośnięte dębami korkowymi i innymi drzewami. Dojeżdżamy na miejsce. Mijamy chmarę taksówkarzy, chcąc się dostać piechotą do centrum. Dla odróżnienia od innych miast tutaj grand taxi maja kolor niebieski. Może to przez bliskość Atlantyku?
maroko3_09 Główna ulica przez medynę
Spacerem przez przedmieścia docieramy do centrum. Essaouira sprawia specyficzne wrażenie. Tak naprawdę składa się z kilku części, które są zupełnie odmienne. Obok nowego arabskiego miasta, nad samym brzegiem sterczą mury portugalskiej twierdzy Mogador. Wewnątrz murów znajduje się medyna. Jest ona jednak inna niż te, które znamy z innych marokańskich miast. Bliżej bastionów, które znajdują się nad brzegiem uliczki są uporządkowane, mniej zatłoczone, niemal europejskie. Mniejszy chaos sugeruje, że budowa nie była spontaniczna, lecz wyszła spod ręki architekta. Jednak im bliżej głównej ulicy przecinającej na pół stare miasto wkraczamy z powrotem w marokański świat suków, handlarzy, tłoku i zapachów. Wchodząc przez bramę przeciskamy się przez tłum Marokańczyków sprzedających miętę, chleb, mięso, i tysiące innych rzeczy. maroko3_05 A może jednak nie pensjonat tylko statek?Jest głośno i tłoczno. Wystarczy jednak po chwili skręcić w prawo, by znaleźć się w wąskich uliczkach dawnej twierdzy. Kamienice są wysokie, uliczki wąskie, straganów mniej. Kierujemy się do pierwszego hotelu z przewodnika, licząc na jakiś ładny pokój z widokiem na ocean. Miejsc jak można się spodziewać nie ma, jednak zamiast pokoju dostajemy „przewodnika”, który po chwili wprowadza nas do jednej z kamienic. Z tobołkami wtaczamy się na ostatnie piętro, wychodzimy na taras, i dostajemy klucze do pokoju. Jesteśmy sporo powyżej murów Mogadoru, a zza barierek słychać szum oceanu. Pokój bardziej przypomina kajutę na statku niż pokój hotelowy ale przez to klimat jest przefantastyczny. W takim miejscu jeszcze nie spałem. Na sam koniec dnia udajemy się jeszcze na tadżin do jednej z knajpek, oczywiście miejsce mięsa w tadżinie zajmuje ryba. Po kolacji spacerujemy jeszcze chwilę, po czym wracamy na nasz statek 😉

20 października 2011 r.

Z samego rana ruszamy na zwiedzanie miasta. Naszym pierwszym celem jest port. Znajduje się ona zaraz nieopodal starego miasta. Do portu wiedzie zabytkowa brama Porte de la Marine. Tuż obok znajduje się jeden z bastionów dawnej twierdzy, który zapewne miał bronić wejścia do portu. Port jest zatłoczony, hałaśliwy i cuchnący. Rybacy prosto z łodzi sprzedają ryby, a niesprzedane resztki walają się za straganami. Dokoła mnóstwo mew, które czyhają na okazję. Dłuższą chwilę spacerujemy przyglądając się codziennemu zgiełkowi. Po wizycie w porcie czas na małą przekąskę. Atrakcją są stoiska z owocami morza, które przyrządzane są na miejscu z świeżych połowów, a część z nich … jeszcze się rusza. Jak dla mnie wątpliwa to przyjemność jeść coś, co jeszcze na moich oczach się ruszało, zatem decyduję się jedynie na rybę. Po obiedzie ruszamy w kierunku plaży. Plaża ciągnie się za portem na południe przez dobrych kilka kilometrów szerokim pasem. Co prawda jest październik, i woda w Atlantyku już zimna, ale nie powstrzymuje to części z nas do skorzystania z kąpieli. Na sam koniec wycieczki na plażę po krótkim targowaniu wracamy na grzbiecie wielbłądów 🙂 czujemy się „prawie” jak na Saharze 😉
maroko3_25

Późnym popołudniem wracamy na mury twierdzy. Wzdłuż ulicy przy której mieszkamy wznosi się Skala de la Ville, czyli potężny mur obronny, na którego szczycie znajduje się szeroka promenada zakończona bastionem. Wzdłuż murów groźnie prężą się armaty. Poniżej, wewnątrz murów można kupić pamiątki, wśród których prym wiodą wyroby z charakterystycznego dla tej okolicy drewna tui. Szachy, tacki, naczynia, rzeźby – co kto chce. Zazwyczaj zaraz koło straganu znajduje się mały warsztat, i można podejrzeć jak powstają pamiątki. Drewno to posiada bardzo ciekawą charakterystyczną fakturę i kolorystykę, przez co nawet niepozorne tacki wyglądają efektownie. Najbardziej „wypasione” rzeźby wymagają wielu godzin pracy przy ich wytworzeniu, zatem ceny potrafią być wysokie. Spacerujemy wybierając pamiątki aż do zachodu słońca. Bastion oddzielający miasto od oceanu jest doskonałym miejscem do jego podziwiania, dlatego w ruch idą aparaty fotograficzne, a do domu wygania nas zupełna ciemność.