Podczas weekendowej wizyty u rodziny na pograniczu Mazowsza i Mazur postanowiliśmy zorganizować jednodniowy spływ bardzo malowniczą rzeką Wel. Niepozornie wyglądający Wel jest lewym dopływem Drwęcy, a szlak kajakowy to niemal 100 km od jeziora Dąbrówno aż do ujścia w okolicy miejscowości Bratian.

Górny odcinek spływalny jest jedynie przy wyższych stanach wody, natomiast najbardziej popularna część zaczyna się od jeziora Rumian. Stąd Wel wijąc się płynie przez Koty i Cibórz, a następnie zmieniając kierunek z południowego na północno-zachodni dopływa do Lidzbarka, zwanego również od nazwy rzeki Lidzbarkiem Welskim.

Tutaj właśnie zaplanowaliśmy początek naszego rodzinnego spływu. Kajaki zostały dostarczone na plażę miejską w Lidzbarku, i po krótkim pakowaniu wsiedliśmy na kajaki. Pierwszym etapem spływu było przepłynięcie przez jezioro Lidzbarskie. Osobom płynącym pierwszy raz może sprawiać trudność znalezienie właściwego kierunku płynięcia, gdyż wypływ rzeki z jeziora jest niemal zupełnie niewidoczny z brzegu i zasłonięty przybrzeżnymi szuwarami. Już po przepłynięciu jeziora dostrzegamy, że za nami niebo zaczyna się robić ciemno szare. Gdy wpływamy na leżące nieco dalej mniejsze jeziorko Markowe dosięgają nas pierwsze krople deszczu. Na nasze nieszczęście deszcz przeistoczył się w niedługim czasie w burzę. Z racji, że w naszej dużej grupie sporą część stanowiły dzieci postanawiamy przeczekać na brzegu. Przy brzegu znajdował się co prawda teren prywatny, jednak obszar 1,5 metra od wody stanowi własność publiczną, do której każdy ma dostęp. Niestety musieliśmy tłumaczyć się z naszego postoju właścicielowi pobliskiej posesji, który nie chciał zrozumieć powodów naszego postoju na brzegu. Po godzinie stania pod drzewami skapitulowaliśmy, i zadzwoniliśmy po naszego kierowcę.

Oczywiście tuż po naszym wyjeździe z Lidzbarka niebo zaczęło się rozjaśniać, więc po powrocie do domu, wysuszeniu się i posiłku, grupa pięciorga śmiałków postanowiła zrealizować plan B, czyli spływ krótkim, najbardziej malowniczym odcinkiem Welu przez rezerwat Piekiełko. Aby dostać się na rzekę, z samochodu wysiadamy w miejscowości Chełsty. Mała wieś wygląda jak koniec świata. Przy moście nieczynny młyn, kilka rozsypujących się domów. Wodujemy kajaki, i już na dobry początek musimy pokonać szumiące bystrze. Rzeka jednak po chwili się uspokaja. Liczne meandry powodują, że trzeba cały czas zachowywać uwagę, ale powiem szczerze – nie da się zachowywać uwagi i zwracać uwagi jedynie na wiosła. Przyroda niemal nas pochłania. Po deszczu wszystko paruje, jest dziko i zielono.

Ruszamy!

wel02

wel03

Nad nami latają ważki i inne owady. Po chwili zaczynają się trudności w postaci pierwszych przewalonych drzew. Aby pokonać niektóre z nich musimy wysiąść z kajaka.

Pierwsze przeszkody

wel05

wel06

wel07

Po chwili krajobraz zaczyna się zmieniać. Brzegi zaczynają być wysokie, a rzeka wkracza w las. To znak, że dotarliśmy do rezerwatu Piekiełko. Rzeka zaczyna przyspieszać, a szum słychać już z daleka.

wel08

Drzewa coraz częściej przegradzają nurt, i trzeba nieźle manewrować, aby nie zatrzymać się na jednym z nich. Takie stanięcie w poprzek rzeki to niemal pewna wywrotka. Nas przed pewną kąpielą ratuje tylko niski stan wody.
Nie wiem jak opisać ten fragment trasy. Jest przepięknie. Wysokie brzegi doliny porośnięte lasem bukowym sprawiają wrażenie, jakbyśmy znajdowali się gdzieś w górach. Przeszkód jest na tyle dużo, że w niektórych miejscach łatwiej jest iść obok kajaka, przeciągając kajak przez kolejne kłody. Śmiechu przy tym co niemiara, zwłaszcza gdy trzeba butem wylewać wodę z grodzi, gdzie mieliśmy suche rzeczy na zmianę.

wel15

wel13

wel12

wel11

wel10

wel09

wel16

Ale wszystko co dobre szybko się kończy. Po paru kilometrach nurt znów się uspokaja, pojawia się zieleń łąk. Co prawda rzeka nadal meandruje, jednak płynie się dużo spokojniej. Gdy w pewnym momencie nurt niemal zupełnie ustaje, jest to znak, że dopływamy do młyna w miejscowości Trzcin. Tutaj czeka nas krótka przenoska a za nią most, przy którym kończymy wycieczkę. To tylko 6 kilometrów, a zajęło nam aż trzy godziny! Czas minął jak z bicza strzelił, a my już nie możemy się doczekać kolejnego spływu Welem.

Kajaki na rzekę Wel wypożyczyliśmy (już nie pierwszy raz) od pana Ludwika Romanowskiego z miejscowości Jeleń.