Pomysł na wyjazd narodził się w mojej głowie, gdy zobaczyłem w swojej ręce ulotkę wręczoną przez niezwykle miłą pracowniczkę Informacji Turystycznej w Peje. Peaks of the Balkans – taki był tytuł ulotki, a na drugiej stronie czerwona kreska kreśliła szlak wiodący przez pogranicze Kosowa, Albanii i Czarnogóry. Pomysł sobie kiełkował, kiełkował, aż padła decyzja: trzeba to zrobić!

Po wielu godzinach rozmów i ustaleń wyłoniła się ekipa czteroosobowa. Cała trasa według przewodnika wynosi 190 km, my zdecydowaliśmy się na przebycie fragmentu wiodącego przez Czarnogórę i Albanię tylko miejscami wkraczając na teren Kosowa. Dla uniknięcia nudy ktoś w pewnym momencie rzucił hasło: a może by tak wziąć kajaki? Zupełnym przypadkiem mieliśmy w posiadaniu dwa dmuchane kajaki, zatem po uzupełnieniu samochodu o bagażnik dachowy 21 czerwca zapakowaliśmy Skodę po dach, (a nawet wyżej, bo powyżej dachu był box), i ruszyliśmy…

Jakby to wszystko spakować...

Jakby to wszystko spakować…

Trasa na południe miała być podobna do tej odbytej pół roku wcześniej. Tym razem ruszyliśmy nocą. Przejechaną już wielokrotnie drogą minęliśmy Zilinę, Bańską Bystrzycę. Gdy znów na horyzoncie pojawiło się słońce minęliśmy granicę węgierską. Jako że nie ma nic nudniejszego niż węgierskie autostrady drogę umililiśmy sobie cofaniem na zjeździe z autostrady. Przed południem minęliśmy Belgrad, i po jeszcze kilkudziesięciu kilometrach autostradą skierowaliśmy się na węższe drogi prowadzące w stronę Czarnogóry.

Oddając na moment głos Bydgoskiej Części Wyprawy… Mieszkańcy bydgoskich Wyżyn doskonale wiedzą gdzie jest ul. Bohaterów Kragujewca. Za to jedynie ambitni studenci geografii wiedzą gdzie leży sam Kragujewiec. A nawet historycy pewnie mają problem z określeniem kim byli Ci „bohaterowie”. Z pomocą przychodzi wujek google 😉 Sam Kragujewiec jednak jest brzydki jak Ostrowiec Świętokrzyski nocą. I właśnie w Kragujewcu dochodzimy do siebie do porannym kryzysie, i wszyscy włącznie z kierowca budzimy się z letargu. Tam też widzieliśmy kawalkadę pojazdów weselnych (ale bez kałasznikowów 😉 ) i to miejsce stało się symbolicznym miejscem opuszczenia głównych tras i poczucia klimatu Bałkanów.

W ramach odpoczynków na długiej, 1200 km trasie postanowiliśmy po drodze zwiedzić parę ciekawych miejsc. Na naszej trasie (a jak się okazało – „niedaleko” czyli 10 km w jedną stronę) leżały wpisane na listę UNESCO klasztory prawosławne w Studenicy i Durdevi Stupovi.

Studenica – monastyr z XII w., w którego skład wchodzi kilka cerkwi. Widać, że mimo, że to świątynia to pełnił też funkcję obronną. W końcu to Bałkany…

W monastyrze Studenica

W monastyrze Studenica

Cerkiew Bogurodzicy w Studenicy

Cerkiew Bogurodzicy w Studenicy

Durdevi Stupovi

Durdevi Stupovi

Durdevi Stupovi – piękny, choć niewielki też XII-wieczny kompleks położony wysoko i daleko od szosy. Dojazd wąską drogą obok jednostki wojskowej, ale asfaltem 😉 Oczywiście jak to Polacy mimo zakazu zdjęcia (bez flesza) w środku zrobione. Pamiętamy oczywiście o tym, że to miejsce kultu i z szacunkiem wchodzimy do środka. Zapach świec i półmrok w środku przypomina mi Gruzję… Jeden z nas bardzo chciał prosić do zdjęcia popa, który z młodzieżą przesiadywał na dziedzińcu. Ten oczywiście z sympatią, ale stanowczo odmówił.

Jeszcze jeden postój nad przełomem Ibaru. Szosa prowadziła piękną doliną, a w dole płynęła rwąca rzeka. A że nie na darmo wieźliśmy dmuchane kajaki to postój wykorzystaliśmy na zejście nad rzekę. W miejscu, gdzie przerzucona była wisząca kładka zatrzymaliśmy się i widok brunatnej, rwącej rzeki popsuł nam humory.

Gdy wyjechaliśmy z drugiego monastyru, pogoda zaczęła się pogarszać. Wjechaliśmy w solidne góry zbliżając się do granicy z Czarnogórą. Nasze oczekiwanie na wjazd na przejściu granicznym urozmaiciło nam oglądanie komicznej stłuczki dwóch czekających na wyjazd z przeciwnej strony samochodów. Czarnogóra powitała nas solidnym deszczem, i dopiero na kilkanaście kilometrów przed naszym celem pogoda znów zaczęła się poprawiać. Mijamy Berane, i jadąc już szeroką doliną rzeki Lim dojeżdżamy do Plavu.

Jeszcze przed wjazdem do miasta trafiamy na pierwszy pensjonat. Jest obiecujący, ładnie wykończony, jednak jak twierdzi właściciel, nie ma w nim miejsc. Jedziemy zatem do centrum.

Meczety Plavu

Meczety Plavu (foto Bartek T.)

W Plavie (foto by Andrzej S. )

W Plavie (foto Andrzej S.)

„Centrum”. Dużo powiedziane. Centralną część miasteczka stanowi właściwie jedna ulica, przy której z charakterystycznym dla Bałkanów chaosem rozmieszczone są sklepy i urzędy. Jedno co przykuwa mój wzrok, to duża ilość kawiarni, w której przesiadują miejscowi. Łowimy wzrokiem pierwszy szyld „rooms”, i już po chwili pakujemy się do środka. Oczywiście część budynku wygląda na lekko niewykończoną, ale pokoje są całkiem przyjemne. Większym minusem okazał się parking. Działka była wąska, z przodu od ulicy kawiarnia, więc samochody parkowały na wąskim wjeździe na podwórko. Przez to, gdy tylko ktoś kto miał samochód ustawiony jako drugi i chciał wyjechać musiał poszukać tego co stał pierwszy… Ponieważ idąc w góry chcieliśmy by wóz przez tydzień stał bezpieczny, na drugą noc postanowiliśmy poszukać innego noclegu.

Trafiamy do wspomnianego wcześniej pensjonatu, który ma również część restauracyjną. Przy okazji negocjujemy jutrzejszy nocleg. Właściciel cały czas upiera się, że ma full, mimo że oprócz nas w restauracji nie było nikogo,a w całym budynku w oknach panuje ciemność. Dopiero po dłuższej chwili wpada na pomysł, że może nam oddać stojący osobno budynek, któy wygląda jak prywatne mieszkanie właścicieli. Zapytany o parking na tydzień oferuje, że jako że będziemy gośćmi, będziemy go mieli za free! Usatysfakcjonowani wracamy na kwaterę. Wyczerpani długa podróżą nawet nie wiemy kiedy zasypiamy.

Dzień drugi, Plav

Pierwsze zadanie bojowe – załatwić pozwolenie na przekraczanie granicy poza przejściem. Jedziemy zatem do położonej na końcu miasteczka placówki Straży Granicznej. Wyobraźcie sobie piękne, nowoczesne radiowozy i samochody terenowe parkujące przed budynkiem wyglądającym jak szkoła w Biesłanie. Przed komisariatem stoją policjanci i się gapią kto przyjeżdża im truć. Przed wejściem są jeszcze ustawione 4 fotole kinowe i stolik… Przy okazji uważajcie na studzienkę kanalizacyjną bezpośrednio przed komisariatem. Naprzemiennie ktoś obluzowuje i montuje pokrywę, ale naprawić jej nie chce.

Dzień wcześniej nasz gospodarz pocieszył nas, że ktoś „powinien” mówić po angielsku. Jak można się domyślać, na pytanie o język angielski w odpowiedzi dostajemy…. szeroki uśmiech :D. Ale że polski jako-tako przypomina czarnogórską odmianę serbskiego, po chwili ustalamy, że przyjemność będzie nas kosztowała 10 euro, mamy zapłacić je w banku, i wrócić za godzinę.

U strażników (foto Andrzej s.)

U strażników (foto Andrzej S.)

Ja z Bartkiem jedziemy szukać banku, a Marek z Andrzejem zostają z policjantami. Gdy wróciliśmy okazało się, że koledzy przeszli już podstawowy kurs czarnogórskich wulgaryzmów oraz sposobów na werbalny, chamski podryw… Jeszcze kilka poprawek i trzymamy w ręce upragniony dokument.

Teraz najwyższy czas na kolejny element planu. Jedziemy do oddalonej o kilka kilometrów miejscowości Gusinje, skąd – jak udało nam się wyszukać można rozpocząć spływ niewielką rzeczka Ljuca, która wpływa później do jeziora Plavsko. ze znalezionych informacji wynika, że rzeka ta, w odróżnieniu od innych odcinków górskich rzek Czarnogóry nie sprawia żadnych trudności technicznych.

Startujemy na Ljucę.

Startujemy na Ljucę.

prokletije12

prokletije14

W Gusinje rozładowujemy bagaże, pompujemy kajaki, i wodujemy się. Nurt jest spokojny, rzeka jest bardzo płytka. Dopiero po kilkuset metrach mijamy duży dopływ, który podkręca nurt. Woda ma zaledwie kilka stopni, i już po chwili zaczynam zazdrościć Andrzejowi, który miał okazję ubrać piankę. Woda jest krystalicznie przejrzysta, widoki sielskie, i wszystko byłoby pięknie,gdyby nie…

ŚMIECI.

Już po drugim zakręcie poznaliśmy osobliwy czarnogórski zwyczaj jakim jest pozbywanie się domowych nieczystości do najbliższej odrobiny płynącej wody. Brzegi rzeki okazały się jednym wielkim wysypiskiem, do tego naliczyliśmy przynajmniej 6 wraków samochodów, ale czarę goryczy przelała lalka powieszona za włosy na jednym z drzew.

Poczułem się jak w horrorze. Na domiar złego początkowo żwawy nurt zaczął spowalniać, a miejsce krystalicznej zajęła miejsce brunatna mętna woda. Na szczęście po dwóch godzinach wypływamy wreszcie na jezioro i możemy się znów rozkoszować pięknymi widokami. dobijamy do brzegu przed samym pensjonatem, a na brzegu czeka na nas Bartek.

Na jeziorze Plavskim

Na jeziorze Plavskim

Resztę dnia poświęcamy na siedzenie i omawianie różnych rzeczy, gdy nagle słyszymy jakieś dziwne zamieszanie przy drodze. Już po chwili okazuje się, że skromne PL na tablicy rejestracyjnej zachęciło samotnego motocyklistę z Polski, Marcina do zatrzymania się i poproszenia o nocleg. Mimo wypełnionego na full ciemnego pensjonatu właściciel znajduje jeszcze jeden tajemniczy pokoik, by ugościć przybysza. W wesołych humorach spędzamy resztę wieczoru na opowieściach z różnych miejsc. A jutro… ruszamy!