Madonna di Albero – Mercatino Conca
89,2 km

Dzień zaczął się normalnym pięknym wschodem słońca. Obudziliśmy się pogryzieni przez komary i pierwsze co zobaczyliśmy to ich najedzone brzuchy i zadowolone miny przy suficie sypialni. Zapowiadało się upalnie. I dobrze się zapowiadało bo cały dzień było bardzo gorąco. Jadąc, zahaczyliśmy o plaże, wykąpaliśmy się w Adriatyku i generalnie trochę czasu zleciało. Potem już ciągle go było mało. Dość ciężko się jechało mimo, że po płaskim. Słońce paliło nas w miejsca już opalone i do tego, nie pytając nas o zdanie podgrzewało nam picie w bidonach. W końcu nie wytrzymaliśmy i na rynku miasta Jakiegośtam zrobiliśmy sobie sjestę, w której zawarliśmy nawet krótką drzemkę. Czekało na nas San Marino, do którego prowadził podjazd, a raczej Podjazd. Na szczęście Opatrzność na czas podjeżdżania obdarzyła sklepienie nad nami obłokami, które skutecznie czyniły nam cień.:) Podjechaliśmy, choć podjazd był dość wymagający. San Marino, mimo, że wypełnione po brzegi konsumpcyjnymi stoiskami i sklepami z artykułami, które tak naprawdę nikomu do niczego się nie przydadzą (oprócz alkoholu, gdzie można było usłyszeć znajome dźwięki słowiańskiego języka znad Wisły), zrobiło bardzo pozytywne wrażenie. Z prawie-szczytu rozpościerały się bardzo ładne widoki. Zjazd z San Marino był tak dziwnie krótki, że nawet nie zdążyłem zmienić przerzutki a już zaczęliśmy dobijający i nikomu nie potrzebny podjazd pod następne wzgórze. Zjeżdżając już całkiem konkretnym zjazdem z tego wzgórza Tomek znalazł nocleg u bardzo sympatycznej włoskiej rodziny rolniczej, którzy za specjalnie dobrego miejsca na namiot to nie mieli.:) ale, że najpiękniej jest dzielić się czymś czego się ma mało więc zaprowadzono nas na miejsce gdzie mogliśmy dokonać czynności rozpakunku. Dostaliśmy wodę i szybko zebraliśmy się spać, gdyż było już ciemno. Nauczeni doświadczeniem posmarowaliśmy się jeszcze Autanem i przed snem urządziliśmy w namiocie rzeź niewiniątek.