Pontebari – Rzym
155,49 km

„To był najtrudniejszy dzień wyprawy”. To zdanie wypowiada się nie jednego dnia wieczorem, gdy ze zmęczenia rozbija się namiot do góry nogami. Ale myślę, że dziś to zdanie jest zdecydowanie na miejscu, a na pewno po dodaniu „jak do tej pory”:). Od początku zapowiadało się ciężko. Pobudka o 4.45 niewiele dała, poza świadomością, że robimy cokolwiek w kierunku, by dojechać do Rzymu jeszcze dziś. Wyjechaliśmy z nadzieją, że zdążymy na zarezerwowany nocleg w miejscu, do którego nawet nie bardzo wiemy jak trafić. Podjeżdżamy na przełęcz o wysokości ponad 600 metrów, potem zjeżdżamy, i nagle okazuje się, że powietrzu w tylnym kole Łukasza nie jest dobrze i postanawia powoli je opuszczać. Początek kolejnego podjazdu Łukasz jedzie prawie na obręczy, na szczęście po jakimś czasie znajdujemy stację z bezpłatnym kompresorem, wiec wszyscy sobie dobijają opony. Na środku następnego podjazdu zauważamy, że koło Łukasza nie daje za wygraną. Szybka decyzja o zmianie dętki i jedziemy już do końca bez dętkowo-powietrznych problemów. Co jakiś czas jakiś postój w pośpiechu, jakieś zakupy, najczęściej napojów z powodów oczywistych. Przez 60 km, od zabytkowego Narni, wjeżdżaliśmy do Rzymu ”starą drogą” czyli Via Flaminia. Można to było poznać nie tylko po tym, że co chwilę zjeżdżaliśmy na 200, 300 metrów żeby zaraz bezsensownie zjechać na 100, ale też i po tym, że asfalt wyraźnie wskazywał na swoją długoletnią służbę Rzymianom i ich Gościom. Wyglądał nie tylko jakby był kładziony przed naszą erą, ale jakby jeszcze do tego robili to Polacy. Wyjątkowo dziś asfalt działał nam na nerwy. Nasze sakwy mogły by służyć śmiało jako przewoźne szejekry do drinków w ilości do 10 l. Generalnie do końca drogi towarzyszyło nam niekorzystne zestawienie: dużo kilometrów- mało godzin. Ostatnie 20 km to na szczęście w miarę zjazd, który w jednym z pierwszych momentów odsłania nam fragment panoramy Wiecznego Miasta. Pierwsze wrażenie – „jakie to wielkie”. No, ale trzeba jechać. Wjeżdżamy do Rzymu jakieś pół godziny:) po płaskim:) Łukasz prowadzi nas do placu św. Piotra, aby to właśnie tam zakończyć pierwszą część wyprawy i podziękować Temu, dzięki któremu dojechaliśmy. Rozmawiamy na placu z Amerykanami i Polakiem, z którym rozmowa była bardzo ciekawa. Mój ulubiony fragment to: skąd przyjechaliście? z Dąbrowy Górniczej no wiem, ale skąd przyjechaliście rowerami…? Bardzo to budujące. Potem zaczyna się mniej przyjemna część wieczoru czyli nocna eskapada po Rzymie by znaleźć Piotrusia Pana. Znajdujemy go po godzinie, ale dowiadujemy się, że coś nie gra. Jakaś pomyłka w rezerwacji, ktoś czegoś komuś nie przekazał, tamten myślał, że zrezygnowaliśmy i po godzinie dezorganizacji i dezorientacji dostajemy, nazwijmy to umownie, pokój:) w piwnicy. Zmęczeni i rozżaleni kładziemy się spać.