Rzym
0 km

Wśród szumu morza wstaliśmy sobie przed 8, budząc się po 7. Mieliśmy w planach śniadanie jak najwcześniej, czyli o 8 i jak najszybsze wyjście w miasto. Działanie to było spowodowane tym że mieliśmy dziś zwiedzić … [długi, niski dźwięk zwiastujący niebezpieczeństwo] … Muzea Watykańskie … [koniec dźwięku]. Chcieliśmy tam wejść jak najwcześniej żeby wyjść jeszcze przed zmierzchem. Wsiedliśmy więc w autobus, potem metro i dojechaliśmy do stacji Ottaviano, skądinąd już nam znanej. Z daleka ujrzeliśmy potok ludzi płynący chodnikiem wiec już wiedzieliśmy w jakim kierunku należy iść. Wpłynęliśmy w główny nurt rzeki która chwilę później rozbiła się o przełom drzwi wejściowych, w którym kręta tworzyła malowniczy krajobraz. Jako że nieźle pływamy więc przesuwaliśmy się szybciej niż główny nurt. Bezpośrednio przed wejściem znajdowały się groźne śluzy i odbywała się kontrola poziomu widoczności kolan i ramion. Jako że nasze kolana i ramiona nie są interesujące szybko wbiliśmy się w Muzea Watykańskie niczym potok z Jury Krakowsko-Częstochowskiej w wapienną skałę. Porównanie ludzi zwiedzających Muzea Watykańskie do rzeki jest jak najbardziej trafne, z kilku powodów: Ludzie wypełniali korytarze „po brzegi” i poruszali się powoli – ale stale w jednym kierunku, byli mokrzy przez co w korytarzach można było zaobserwować mikroklimat równikowy. No i najważniejszy powód: Jakby ktoś przez zupełny przypadek chciał iść w przeciwną stronę … to utonąłby powalony nurtem… dosłownie. Zatrzymanie się w miejscu na minute wymagało dobrze wytrenowanej umiejętności stania na nogach. Na szczęście nie było śmiałków co by chcieli płynąć pod prąd. Generalnie Zwiedzanie (podkreślam: Zwiedzanie, myśmy tylko zwiedzali) Muzeów Watykańskich wymagałoby słuchawek na uszach a w nich dźwięku wiatru w polu lub odgłosów lasu no i 5 gości z ochrony bezpośredniej w promieniu 2 m. A że my biedne chłopaki więc musieliśmy sobie radzić sami. I jeszcze trzeba było się skupić, uważać na ludzi, niektórzy musieli robić zdjęcia lub filmy, a jeszcze trzeba było robić to w tempie płynącej rzeki. Muzea Watykańskie są przepiękne, bogate … ale Zwiedzać je polecam po północy, gdy już jest nieczynne (pal licho że światła są pogaszone). A na pewno szczerze odradzam ostatnie niedziele miesiąca kiedy wstęp jest wolny i ludzie chyba chodzą piętrami, z partnerem na barana. Górny opowiada dolnemu co widzi, bo tamten musi się skupić na „iściu”. Obawiam się że w te dni zwiedzać są w stanie tylko kobiety i dzieci. Mimo wszystko spróbuje opisać to zwiedzanie (tak jakby nie było żadnych innych turystów). Zaczęliśmy od kupienia biletów (co pewnie niektórych czytających zwaliło z krzeseł). W każdym razie kupiliśmy je ze zniżką na polskie legitymacje! Ave Ten Facet z Budki! a potem rozpoczęliśmy drogę do Kaplicy Sykstyńskiej przez połowę muzeów zwiedzając między innymi Stanze Rafaela, kolekcję starych map namalowanych na ścianach w formacie 20x A0, oraz kolekcję sztuki współczesnej. Miłym akcentem był także obraz Jana Matejki – „Sobieski pod Wiedniem”. Kaplica Sykstyńska była piękna i jednocześnie przytłaczająca z racji funkcji którą pełni. Okazała się stosunkowo mała więc zastanawialiśmy się jak kardynałowie się w niej mieszczą. Oglądaliśmy długo i namiętnie Sąd Ostateczny i Pierwsze Tchnienie Adama. Muszę wrócić na moment do motywu rzeki. Ludzi w kaplicy było tylu że uświadomiliśmy sobie że pomieszczenie wszystkich kardynałów świata w ich pięknych fotelach jest pestką. Niestety, co zrozumiałe, było też głośno choć zasady panujące w kaplicy są przejrzyste dla wszystkich. Co chwila słychać więc było okrzyk ochroniarza Silence!! szszszszsz!! Wiem co może zobrazować zwiedzanie Muzeów Watykańskich i wejście do Kaplicy Sykstyńskiej. Graliście kiedyś może w taką starą grę Pipemania lub jej pochodne? układało się w niej rurociąg uciekając przed płynącą w nim wodą. Więc ludzie zwiedzający to ta woda a Kaplica Sykstyńska to taki owalny zbiornik, mieszczący sporo wody… To tyle anegdot. Wracamy do Rzymu. Po obejrzeniu Kaplicy Sykstyńskiej odnaleźliśmy jeszcze kilka innych ważnych zabytków. Budynek opuściliśmy pięknymi okrągłymi schodami wysokimi na kilka pięter. Po wyjściu ruszyliśmy do Koloseum. Niestety tu odkryliśmy uroki zwiedzania Rzymu w sjestę. W Koloseum byliśmy ok 12 i dało się to odczuć. Budowla robiła wrażenie, ale też czuć było że jest tak jakby trochę mniej porywająca niż zabytki Watykanu (wiem, wiem… ale to moja opinia). Z Koloseum przeszliśmy do Palatynu gdzie na trawce przespaliśmy jakiś czas. Potem w największym słońcu (koło 14-15) zwiedzaliśmy Forum Romanum. Następnie pojechaliśmy do kilku mniejszych acz bardzo ważnych kościołów Św. Piotra w Okowach, Św. Klemensa, Św. Krzyża, El Gesu i Św. Marka. W międzyczasie zwiedziliśmy Baptysterium na Lateranie i modliliśmy się na Świętych Schodach. Dzień zakończyliśmy w De Sparze, kupując warzywa na wyczekiwaną z dawna ucztę. Niestety do drugiego marketu nie zdążyliśmy mimo iż Marek targany emocjami rzucił się w jego kierunku i od stacji metra biegł co tchu by zdążyć przed zamknięciem. Jeszcze tylko pyszny obiad i rozmowa z Loganem – naszym sympatycznym kanadyjskim znajomym. (był w Krakowie).