Rzym – Tuscania
110,25 km

Jak mówią łotewscy górale: „ciężki dzień po przerwie w Rzymie, ale się nie martw- zmęczenie minie.” Pierwszą godzinę, po zjedzeniu śniadania i wyruszeniu w drogę, święcimy na wyjazd z miasta Rzym:). Mimo, że tłoku dużego nie było na drogach:) staramy się zrobić w miarę tanie zakupy i rozpoczynamy tworzyć listę RKZzPP, czyli „rzeczy, które zapomnieliśmy z Piotrusia Pana”. Zaczęliśmy od bolesnej prawdy, że ukochane przez mamę noże zostały ślicznie umyte, ale leżą kolo zlewu w kuchni hostelu, potem szybko dopisujemy Łukasza chustę, choć tylko ołówkiem, bo to jeszcze nic pewnego. Podejmujemy decyzję, że jedziemy dalej i nie wracamy do hostelu po rzeczy. Jedziemy, jedziemy, do góry, na dół itd. Na szczęście dziś zbyt gorąco nie było (jak na centralne Włochy), bo na niebie pojawiły się chmurki. Świadomi opóźnienia robimy krótkie jedzeniowe przerwy między jedną górką a drugą i ostatecznie robimy 110 km. Dojeżdżamy do miasta docelowego i okazuje się, że nie dość, że zalatuje turystyką to jeszcze do tego w centrum jest jakiś festyn, który na pewno wywlókł większość potencjalnych dawców noclegu ze swoich domów. Szukanie noclegu trwa godzinę. Otrzymujemy fragment pola od mieszkańca, na szczęście mieliśmy ze sobą trzy butelki wody, bo okazało się ze takowej nie dostaniemy. Jemy, myjemy się i spać. A to wszystko po ciemku:)