Querceta – Manarola – Genova
59,86 km

Rano na terenie festiwalu tańca nie ma nikogo, ruszamy więc, i jedziemy dalej wzdłuż plaży. Około 30 km jest płasko wzdłuż linii brzegowej, a potem zaczynamy się wspinać na coraz większe wzgórza otaczające zatokę. Zjeżdżamy do La Spezii, która okazuje się niezbyt ładnym portowym ruchliwym miastem. Spotykamy tam mieszkającą tam Polkę, która zdaje nam bardzo obszerną relację z życia miasta i okolic. Z La Spezii droga staje dęba, aby przebić się na drugą stronę łańcucha wzgórz, który chroni od cywilizacji 5 rybackich wiosek czyli Cinque Terre. Po przejechaniu tunelu na końcu podjazdu naszym oczom ukazuje się przepiękny widok – lazurowe morze, skaliste wybrzeże, i bajecznie kolorowe rybackie wioski na dole. Zjeżdżamy do jednej z nich – Manaroli, gdzie przez dłuższą chwilę odpoczywamy podziwiając okolicę, Po wyjeździe do góry, do głównej drogi i chwilowej kontemplacji dalszej trasy, która znów staje dęba decydujemy przyspieszyć tempa i przejechać przez dalszą część Cinque Terre pociągiem, zjeżdżamy więc na dworzec w Manaroli, który znajduje się wykuty między skałami, rozmawiamy z kolejnymi polakami, i ruszamy na spotkanie nieuniknionemu. Nieuniknione nadchodzi na stacji na dworcu w Sestri Levante. Gdy podaję (Łukasz) rower Tomkowi wypada on z moich rąk w drzwiach pociągu zbyt wcześnie , i niekontrolowany upada na łydkę Tomka, dokładnie trafiając zębatką korby w jego łydkę. Tworzy się kilkucentymetrowa rana, która nie wygląda dobrze. Po prowizorycznym zabandażowaniu udajemy się do szpitala. Żeby nie było zbyt łatwo okazuje się, ze dyżur jest w oddalonej o 5 km miejscowości Lavagna, do której Tomek jedzie karetką, uspokajany przez pielęgniarza, ze nie będą jechać na sygnale przez miasto. Pocieszeniem jest to, że bez żadnych zastrzeżeń akceptowana jest karta wydana przez NFZ. Reszta wyprawy do Lavagny dojeżdża pociągiem, a ja udaję się do szpitala, tam spotykam się z Tomkiem, który jest już opatrzony, i następnie czeka na szycie rany CZTERY godziny. Decyzja lekarza jest nieodwołalna – zakaz jazdy na rowerze przez dziesięć dni. Oznacza to zatem koniec wyprawy. Decydujemy się w ciemno jechać do Genui, licząc że tam znajdziemy jakieś połączenie w kierunku granicy austriackiej. Zdążamy na ostatni pociąg do Genui, gdzie znajdujemy się o 23.00 Otuchy dodaje nam spotkany Włoch, który oczywiście ma znajomych w Polsce, pomaga nam przy rowerach, i żegna nas swojskim „dobranoc” Na peronie rozbijamy nasz mały cygański obóz, i czekamy na pociąg który odjedzie do Mediolanu o 5 rano.