Waidhofen – Tunzendorf

113,55 km

Dziś rano obudził nas gospodarz o 7 wchodząc i mówiąc „Boys, time to go to the mountains”. Potem zjedliśmy śniadanie i porozmawialiśmy z gospodarzami, którzy okazali się doświadczonymi rowerzystami. Wysłuchaliśmy opowieści o ich wrażeniach z wyprawy dookoła Austrii. Potem gospodarz sprezentował nam swoje, za małe na niego koszulki kolarskie. Akurat 3 więc podzieliliśmy się po równo i od razu założyliśmy. Potem już ruszyliśmy w drogę. Dzień pod znakiem deszczu i nadziei na przejaśnienie („we will be the Sun” by M. Kawczyk). Ubraliśmy, za radą pana Franza reklamówki na buty i oprócz tego nasze zwyczajowe żółte peleryny i ruszyliśmy w deszcz. Zaraz za miastem rozpoczęły się lekkie podjazdy, potem większe, potem całkiem duże, (przy okazji zmieniamy jedną parę klocków u Marka) a w środku dnia, oczywiście w deszczu, zjechaliśmy do doliny rzeki Enns, bardzo szerokiej i malowniczej. Po drodze trafiamy na roboty drogowe na odcinku kilkuset metrów, dzięki którym stajemy się posiadaczami miliona żółtych kropek z błota na ciele i ubraniu. Łukasz jednak nie dał za wygraną i postanowił zmyć je z siebie w miejscu nie do końca do tego przeznaczonym (ba, nawet w ogóle nie przeznaczonym, a oznaczonym napisem „achtung hochewasser”, którego biedak nie zauważył lądując po osie w wodzie). W górę doliny Enns jechaliśmy dalszą część dnia dnia, choć zdawało nam się że jest z górki. Nasza ścieżka trochę kluczyła ale i tak zdołaliśmy dojechać do celu, który sobie założyliśmy. Nie dotarliśmy do końca doliny zostawiając sobie coś na następny dzień. Nocleg dostaliśmy po czesku. W namiocie i ze źródłem wody, w pewnej (dużej) odległości od domu gospodarza, nad małym jeziorkiem, przy którym stały dekoracje do jakiegoś zapewne średniowiecznego przedstawienia w postaci zamku i zabudowań. Wykąpaliśmy się i pooglądaliśmy motolotnie latające w nocy nad doliną. No i na koniec upragniony sen.