Tunzendorf- Haus

111,99 km

Rano, gdy się obudziliśmy nie było widać gór z powodu niskich chmur, ale coś tam gdzieś tam podobno zaczęło się podnosić i przejaśniać. Tak się podnosiło i przejaśniało, że do wyjazdu naszego pogoda się nie zmieniła. Zebraliśmy się w rekordowo długim czasie, w tym jeszcze wykorzystując pobliską scenografię do udowodnienia sobie jacy my to nie jesteśmy zabawni poprzez odegranie mizernej scenki pod tytułem „Miało być jak w spadkobiercach..”. No nic, ale mamy inne talenty, więc wyjechaliśmy. Po chwili jazdy wyżej wymienione podnoszenie i przejaśnianie wzięło się tak w garść, że mogliśmy ściągnąć koszulki i rękawiczki i kaski, aby się troszkę opalić i… aby zaraz założyć je z powrotem 😀 Pogoda robiła nas w przysłowiowego konia czy tam balona jak kto chce. To padało, to grzało. To grzało, to padało:) Z najwyższego punktu dzisiejszego dnia w dół sprowadził nas nieoczekiwanie przeuroczy zjazd (szkoda tylko, że w wyliczance akurat w tym czasie padło na „padało”). Potem zawitaliśmy do Lichtenstaincośtamtaincośtam (Liechtensteinklamm* – dopisek by Łukasz) by obejrzeć mini kanion z mini strumyczkiem za mini cenę 😀 Było to ciekawe, aczkolwiek szkoda, że akumulatorki w aparacie nam się rozładowały i pamięć na karcie uległa przepełnieniu. Po dłuższej jeździe dojechaliśmy do miejsca gdzie poczekaliśmy na mszę. O miejsce do spania w okolicy, z którą mieliśmy niezbyt dobre wspomnienia sprzed czterech lat zapytaliśmy m.in. księdza odprawiającego mszę, ale pomoc polegała niestety tylko na wysłaniu ministranta z nami aby nas zaprowadził do jakiegoś „cheap hotel”. Generalnie nietrafionych pytań o pole pod namiot było dużo, aż do ok. 21.30 , gdy to spojrzawszy w prawo, ujrzeliśmy w dole światła campingu, który potem okazał się być szkółką dla psów. Mili ludzie udostępnili nam kawałek pola, WC, umywalkę oraz prąd.