Haus – Winklern
75,2 km

Rano bierzemy udział w pobijaniu rekordu Guinnessa w kategorii szybkości zbierania się z noclegu, i wyjeżdżamy już o 7.30. Sprawnie dojeżdżamy do Bruck, gdzie skręcamy w jeszcze zamgloną dolinę z Hochtorem na jej końcu. Płasko jedziemy do Fusch, a następnie mijani przez wielu rowerzystów bez sakw wspinamy się pierwszym podjazdem na trasie. W połowie podjazdu robimy jeszcze drugie śniadanie. Droga się wypłaszcza aż do bramek wjazdowych na płatny odcinek, a potem jakby stanęła dęba. Podjazd z tej strony będzie chyba wymagał jednak więcej wysiłku niż cztery lata temu z Heiligenblut. Chociaż może nie pamiętamy już jak chcieliśmy rzucać rowerami i iść dalej na piechotę 😉
075
Wraz z kolejnymi kilometrami nachylenie wcale a wcale się nie zmienia, i droga nie daje ani chwili wytchnienia. Za to chmury się podnoszą i widoki, które się odsłaniają są naprawdę nieziemskie. Dostajemy estetyczny rewanż za 2004, kiedy to Taury były niemal w całości schowane za chmurami. Mijają kolejne postoje i kolejne kilometry, i niestety zbliża się nieubłagane… 4kilometry przed Fuscher Torl nagle ściana… Nogi z żelaza, płytki oddech, Marek i Tomek znikają z przodu, a ja zostaję z niemocą. Romantyczny spacer 1,5 km, potem dłuższy odpoczynek. Niestety Tym razem dałem za wygraną – po raz pierwszy Alpy pokazują kto tu naprawdę rządzi. Po odpoczynku na którym zdążyłem rozważyć wszystkie możliwe scenariusze ruszamy jednak dalej, i w stylu mieszanym i lekko rozpaczliwym rozpaczliwym udaje mi się dojechać do pierwszego przewyższenia na trasie jakim jest Fuscher Torl. A jeszcze wczoraj byłem pierwszy do wjeżdżania na Edelweiss – hie hie. Tam zmiana drugiej pary klocków u Marka, test mocowania kamery na kierownicy i niecałe dwa kilometry zjazdu. Dalsza część podjazdu pod właściwą przełęcz Hochtor jest już mniej stroma, więc dojeżdżamy bez większych perturbacji. Klasyczne zdjęcia i ruszamy w dół bo jest już bardzo późno. Zjazd jest świetny, chociaż pogoda nam go nieco urozmaica, najpierw kropiąc deszczem, a potem w Heiligenblut zapiekając nas słońcem. Kilka zdjęć niezwykle malowniczego kościółka z Grossglocknerem w tle, i zjeżdżamy w dół dolina aż do Winklern, gdzie trafiamy na ogródek w wersji de luxe , z duużym wieszakiem na pranie, gdzie możemy wreszcie wysuszyć zawartość sakw.

P.S. czyli pierwszaprzełęczMarka

Znaczy generalnie trochę inaczej sobie wyobrażałem podjazd. Nie śmiałem nawet myśleć, że będzie on na tyle stromy, żeby bardzo trzeba było się męczy w podjeżdżaniu od postoju do postoju. Początek był trudny, potem zacząłem się przyzwyczajać, że trzeba jechać do góry i to 5 km/h i koniec. Generalnie potem w trakcie nie było źle, ale końcówka podjazdu pod Jeszczeniehochtor była tragiczna, było bardzo odczuwalne zmęczenie oraz to, żołądek jechał cały dzień w zgiętej pozycji. No ale wiedziałem, że muszę podjechać. Po prostu cały czas myślałem o tym, żeby być już tam na górze i odetchnąć w spokoju, no i powiedzieć „HOCHTOR IS MINE”. No i powiedziałem. Zjazd był bardzo przyjemny, bardzo pewnie się czułem za kierownicą. Nie miałem żadnych lęków, prócz tego codziennego: „co z noclegiem?”:) Nocleg był miłą rekompensatą za ciężki dzień.