Słońce w Omanie budzi szybko i dość radykalnie. Nie ma się nad czym zastanawiać, ruszamy dalej w drogę, zwłaszcza, że nie udało nam się znaleźć wczoraj nigdzie w okolicy sklepu, gdzie można by uzupełnić zapasy picia. Po powrocie do samochodu odkrywamy, że pozostawiony na środku ścieżki Chevrolet w niczym nie przeszkodził niezidentyfikowanemu stworzeniu w przejściu na drugą stronę. Ślady sugerowały, że jakiś niewielki stwór wskoczył na maskę, przeszedł dalej dachem, a na samym końcu efektownie zjechał po tylnej szybie z powrotem na ziemię.

Pierwszym celem na dzisiaj było oddalone o kilkanaście kilometrów miasteczko Quriyat. Nie odznacza się ono niczym spektakularnym, jednak ruszamy tam przede wszystkim w poszukiwaniu sklepu i śniadania.

Nabrzeże w Quryiat

Śniadanie oczywiście znajdujemy w… tak, Coffee Shopie 😉 Porcja sandwichy przywraca nas do życia, nabywamy również zapas napojów na dalszą część podróży. Z racji, że nadmorskie atrakcje zabrały nam dużo mniej czasu niż byśmy chcieli, decydujemy się przeskoczyć na drugą stronę gór – w okolice najwyższego szczytu Omanu. Co prawda nawigacja pokazuje 300 km trasy, jednak większość drogi to autostrada, wiec droga mija szybko. Tak szybko, że zatrzymujemy się dopiero w Nizwie.

W drodze do Nizwy

Widoczki z drogi

Wejście do fortu w Nizwie.

Nizwa, wejście w obręb starego miasta

Całkiem przyjemne „Tourist rest place”

Dojeżdżamy do murów obronnych fortu Nizwy i ruszamy na zwiedzanie. Podobnie jak wczoraj, skutecznie wybija nam to z głowy temperatura. Zaglądamy więc do zacienionych suków i w okolice samej twierdzy. Jako że droga przed nami jeszcze spora traktujemy jednak nasz pobyt tutaj jako rekonesans przed wizytą w przyszłości i ruszamy dalej. Chcemy dostać się teraz w okolice Jebel Shams. Jest to najwyższy szczyt Omanu (2970 m), a u jego podnóża rozciąga się kanion Wadi Ghul, zwany również Wielkim Kanionem Arabii. Z drogowskazów wynika, że w pobliże szczytu prowadzi asfaltowa droga. Znajduje się tam ośrodek wypoczynkowy. Droga wspina się kolejnymi serpentynami, nachylenie zaczyna wzrastać, aż do momentu, gdzie muszę przerzucić na pierwszy bieg, a samochód ledwo jedzie.

Inne ruiny, za free 😉

Nie przypuszczaliśmy, że znak jest tak dosłowny.

Jeszcze chwila, a spod maski w tej temperaturze zacznie się wydobywać dym. Z trudem podejmujemy decyzję, że „nie tym razem”, i wracamy w dół. Ale! Jeśli nie da się górą, to może dołem? Zostawiamy samochód w wiosce u ujścia Wadi Ghul, i ruszamy pieszo. Mając w głowie relację z poprzednich dni, możecie wyobrazić sobie, jaka temperatura panowała na zewnątrz. Na nasze szczęście, po pierwszym kilometrze prowadzącym w słońcu już po jakimś czasie coraz wyższe ściany doliny dawały cień.

Ujście wąwozu Wadi Ghul

Miejsce, gdzie kończy się droga dnem doliny. Dalej już tylko pieszo.

jebel shams

Gdy droga skręciła ostro pod górę do wioski, dalszą część trasy pokonywaliśmy niemal całkowicie wyschniętym dnem potoku. Hop, hop, z kamienia na kamień gramoliliśmy się coraz wyżej, aż do miejsca, gdzie stwierdziliśmy, że niestety czas już wracać. Dokoła nas piętrzyły się wysokie ściany, a daleko przed nami majaczył drugi kraniec kanionu. Ale, jak zwykle wracając mieliśmy w głowie jedno: Tutaj trzeba wrócić! lepiej się przygotować, i poświęcić na Oman cały urlop.

W Wadi Ghul

Z powrotem wybrałem wygodną ścieżkę wzdłuż kanału

W wąwozie Wadi Ghul

Ale jeszcze przed nami jedna atrakcja… wpisana na listę UNESCO twierdza w Bahla. Miasta i miasteczka Omanu obfitują w forty i twierdze, jednak jako, że ta została wyróżniona przez UNESCO, wpisaliśmy ją na listę naszego zwiedzania. Ale jak już możecie się domyślać, znów musieliśmy wpisać twierdzę na kolejny raz… Oczywiście nie sprawdziliśmy godzin otwarcia i przy potężnej bramie zameldowaliśmy się pół godziny po zamknięciu dla zwiedzających! Pozostał nam spacer dookoła potężnych murów, sesja zdjęciowa i kolacja w położonym tuż obok Coffee shopie. A skoro już wszystko odhaczyliśmy w tej okolicy… na nocleg wracamy nad morze!

Twierdza w Bahli, drzwi niestety zamknięte 🙁

Taka oto brama żegna wyjeżdżających z Bahli

Bahla

Droga jest dość daleka i mozolna, gdyż po zjeździe z autostrady jedziemy parę godzin zupełnym odludziem, przy okazji dowiadując się naocznie czym jest epizodyczna rzeka (i uświadamiając sobie co znaczą czerwone słupki i tabliczki z napisem „stop if water is at red”. Wreszcie dojeżdżamy z powrotem do głównej drogi wiodącej wzdłuż wybrzeża. Tym razem na granicy nie jest już tak przyjemnie. W niemiłym baraku rządzi stary Arab, który miętoli nasze paszporty chyba z 15 minut zanim wbije pieczątkę. Z racji że jest już bardzo późno, znajdujemy miejscówkę na plaży za załomem remontowanego kąpieliska (jak się później dowiemy w UAE jest to nielegalne) i rozbijamy obóz 😉

Rano… pozostaje nam znaleźć kolejne miejsce do kąpieli. Całkiem ładna plaża zachwalana przez LP jest jakieś 40 km na północ w Al Aqah. Niestety po przyjeździe na miejsce okazuje się, że lokalna atrakcja zachwalana jako miejsce do snorkelingu czyli Snoopy Island jest dostępna tylko z poziomu hotelu, jednak i poza wyspą spędzamy długi czas w wodzie obserwując kolorowe rybki. Dopiero na noclegu okazało się, że tym razem za mocno zlekceważyłem słońce, i moja skóra nabrała mocno czerwonego koloru. Gdy słońce wygania nas na dobre z plaży sprzątamy samochód, pakujemy się i szeroką autostradą wracamy do Dubaju.