Skalny wąwóz Wadi Qelt zrobił na mnie wrażenie kilka razy. Jednak najbardziej zapamiętałem ostatnie spojrzenie na niego, z okna samolotu lecącego z Eilatu do Tel Avivu. Mimo, że majowy upał wypalał już na pustyni ostatnie ślady życia, pośrodku brązów Pustyni Judzkiej widać było wyraźny zielony zygzak doliny, ciągnący się wśród wzgórz niemal od zabudowań Jerozolimy aż do pierwszych domów Jerycha.

O dolinie ciągnącej się między Jerozolimą i Jerychem przeczytałem najpierw w „Palestyńskich wędrówkach” Raji Shehadeha. Autor ten opisuje przyrodę Judei w taki sposób, że czytelnik ma ochotę wsiąść w pierwszy samolot do Izraela, i natychmiast ruszać na pustynię. Dlatego też planując kolejny wyjazd do Izraela chciałem koniecznie wpleść w zwiedzanie właśnie to miejsce.
Wadi Qelt jest znanym traktem komunikacyjnym między Jerozolimą a Jerychem od bardzo dawna. Dzisiaj ma całkiem atrakcyjną konkurencję w postaci wygodnej dwupasmowej drogi numer 1, wiodącej wprost nad Morze Martwe, i na dno doliny zapuszczają się jedynie turyści oraz mieszkający tam nieliczni Beduini.

Wędrówkę można zacząć blisko Jerozolimy w rezerwacie Nahal Prat, jednak ze względu na porę roku i ograniczony czas musieliśmy zadowolić się spacerem częścią wąwozu, do której dostać się można wysiadając z autobusu przy skręcie do Mitzpe Jericho. I tu pojawia się pierwsze wyzwanie: ruszamy w święto Szawuot. Nie kursują autobusy. Co prawda chcieliśmy dostać się tam stopem, jednak dobrze byłoby podjechać czymś w stronę drogi numer 1, a tramwaje też nie kursują. Musimy zatem ogarnąć dojazd arabskimi busami. Odjeżdżają one z trzech różnych dworców w okolicach bramy Damasceńskiej, i zorientowanie się gdzie i z którego dworca stanowi dla turysty kolejną łamigłówkę. Na podstawie internetu ustaliliśmy, który dworzec jest najbardziej prawdopodobny, i zagłębiliśmy się w jego czeluści. Gdy zaczęliśmy się rozglądać za kimś, u kogo można zasięgnąć języka nagle usłyszeliśmy od siedzącego pod ścianą na ziemi Palestyńczyka o wyglądzie przedwczorajszym, wypowiedziane angielskim o nieoksfordzkim akcencie: „do you need a help?” Po wyłuszczeniu naszych oczekiwań po chwili dowiedziałem się, że będziemy musieli wsiąść w autobus o numerze 263 (nie ustaliłem nazwy miejscowości, śledztwo wskazało, że chyba do do Abu Dis?), i następnie przesiąść się w servicee do Jerycha.

Przejazd różnił się nieco od pokonywanej już wielokroć trasy do Betlejem. Napisać, że stanowiliśmy atrakcję turystyczną to nic nie napisać, zwłaszcza, że połowę miejsc zajmowali arabscy uczniowie szkół podstawowych. Podróż umilały nam zatem pytania typu „what’s your name”, a wszystko odbywało się w rytm dźwięków arabskich gier na telefonie, które były połączeniem śpiewu muezzina i wystrzałów z karabinu maszynowego. Miodzio. Według planu busem mieliśmy dotrzeć tylko do pierwszego przystanku, aby dalej jechać stopem, jednak autobus wjechał w miasto. Widząc więc za oknem żółte karoserie arabskich busów wysiedliśmy. Pierwszy (i na razie jedyny) kierowca zaczął z wysokiego „C”. „Jericho? Fifty shekel, my friend” Po chwili dyskusji miły Pan opuścił swoją best price do poziomu dwudziestu szekli, co i tak stanowiło jakieś 200% normalnej ceny, więc odwróciliśmy się na pięcie z planem powrotu 1,5 km do głównej drogi pieszo. Nie minęło 5 minut, i nagle słyszymy z tyłu klakson. Gdy odwróciliśmy się, zobaczyliśmy innego żółtego busa, a po chwili rozmowy okazało się, że jego kierowca i pasażer postanowili uratować honor palestyńskich taksówkarzy i zawieźć nas tam, gdzie chcemy za 10 szekli. Po niecałych piętnastu minutach byliśmy na miejscu.

Zaczynamy naszą "sarhę"

Zaczynamy naszą „sarhę”

Już w momencie wysiadania z busa wiedziałem, że popełniliśmy jeden błąd. Temperatura na zewnątrz przypominała mi moment otwierania drzwiczek piekarnika. Przekładając to na ludzki język – najlepiej dla nas byłoby, gdyby teraz zamiast godziny 11:00 wskazówki cofnęły się o jakieś cztery godziny. Takie cuda jednak nawet w biblijnym kraju nie są możliwe, więc wyznaczyliśmy kierunek marszu, i ruszyliśmy. Na moje szczęście dzień wcześniej przypomniałem sobie patent znany z podróży rowerem do Hiszpanii, czyli zamrożenie na kość dwulitrowej butelki z wodą. Dzięki temu mogliśmy cieszyć się chłodną wodą przez dobre dwie godziny wędrówki.

Pierwszy cień. I to jaki fotogeniczny ;)

Pierwszy cień. I to jaki fotogeniczny 😉

Po kilkunastu minutach dochodzimy do krawędzi doliny. Stąd nasza droga zaczyna biec ostro zakosami w dół. Przed nami widać już tylko brązowe pustynne wzgórza. Dopiero po chwili widzimy na dole w oddali pierwsze palmy rosnące na samym dnie wąwozu. Słońce przypieka mocno, dlatego bardzo nas cieszy niewielki cień pojedynczych drzew. Wąwóz początkowo jest dość szeroki, wędrujemy więc idąc obok wyschniętego już koryta. Przechodzimy przez kilka biednych beduińskich gospodarstw. Ścieżka się zwęża, i wiedzie nieco w górę. Po chwili dochodzimy do akweduktu, w którym płynie woda! Przy okazji znajdujemy drogowskaz ze szlakami. Jeden z nich wiedzie dnem doliny, drugi zaś wzdłuż akweduktu.

wadi001

Hiszpańskie wynalazki w nowej odsłonie ;)

Hiszpańskie wynalazki w nowej odsłonie 😉

Po chwili odpoczynku w cieniu ruszamy dalej, wybierając zielony szlak wiodący wzdłuż płynącej wody. Przy okazji możemy podziwiać komunikację dwóch osłów, z których jeden znajduje się na odległym szczycie wzgórza. Oj, donośne mają głosy. 😉 Ścieżka wiedzie nieco poniżej akweduktu. Przez chwilę nie możemy uwierzyć że znajdujemy się na pustyni. Wokół robi się coraz bardziej zielono, a przez pewien czas musimy się przedzierać przez… mokradła!

wadi003

wadi009

wadi012

Obóz pasterzy.

Obóz pasterzy.

wadi320

Dopiero po pewnym czasie ścieżka wyprowadza nas z powrotem do akweduktu. Tutaj musimy znów odpocząć, i zmyć resztki błota. Od tego momentu wędrujemy już skrajem kanionu. Towarzyszy nam coraz więcej kóz i owiec, aż docieramy do prymitywnych zabudowań koczowników. Zostajemy zawołani przez nich, i łamanym angielskim próbujemy się przez chwilę dogadać. Niestety goni nas czas, więc ruszamy dalej. Po niemal trzech godzinach ukazuje się cel naszej wyprawy. Przyrośnięty do skały jak gniazdo jaskółki klasztor św. Jerzego Koziby.

Klasztor św. Jerzego Koziby

Klasztor św. Jerzego Koziby

Klasztor, mimo iż pochodzi z IV-V wieku, wygląda dość współcześnie. Jego obecne mury powstały na przełomie XIX i XX wieku, kiedy klasztor został odbudowany przez prawosławny patriarchat grecki. Kolor murów niemal zlewa się ze skałą do której jest przyrośnięty. Dopiero poniżej otwiera się widok na gęstą i bujną zieleń palm i innych drzew owocowych i krzewów.

U celu

U celu

Widok ten zatrzymuje nas na chwilę w zdumieniu. W tym momencie uświadamiamy sobie co znaczy powiedzenie „ciągnąć jak konie do wody”. Bez specjalnego umawiania się przyspieszamy kroku i ruszamy w dół doliny, by dotrzeć najpierw do drogi, a potem bramy klasztoru. Już wyobrażam sobie zimną wodę nalewaną do naszych butelek, aż tu nagle…. naszym oczom ukazuje się tabliczka: „visiting hours: 9:00-13:00”. Tak, dobrze się domyślacie, właśnie dochodzi 14:00.

wadi364

Pal sześć zwiedzanie, dobrze byłoby nabrać wody, bo mamy jej już niewiele. Niestety na nasze pukania nikt nie reaguje. Chyba więcej osób całowało tutaj klamkę, bo dowcipni mnisi przyspawali kołatki na stałe do masywnych drzwi. Nie pozostaje nam nic innego, jak odpocząć w cieniu dłuższą chwilę podziwiając inżynierię ustawienia drabin wspinających się do jaskiń powyżej klasztoru, i ruszyć dalej w dół. Do Jerycha niecała godzina drogi. Im niżej schodzimy, tym robi się cieplej. Gdy więc u wylotu doliny pojawiają się pierwsze domy, oddychamy z ulgą. Trochę siłą woli dochodzimy do pierwszych zabudowań Jerycha.

Pierwszy widok na Jerycho

Pierwszy widok na Jerycho

Nareszcie ;)

Nareszcie 😉

Gdy zdjęliśmy plecaki przy pierwszym sklepie z pamiątkami pojawia się właściciel, i zaprasza nas do środka. Za Colę z lodówki oczywiście płacimy, ale chwila odpoczynku przy stole w chłodnych murach przywraca nas do życia. Gospodarze przy okazji chwalą się nam znajomością podstawowych kupieckich zwrotów po polsku. 😉 Dziękujemy za gościnę, robimy małe zakupy, i ruszamy dalej – łapać stopa nad Morze Martwe!

wadi386