Gdy będziemy podziwiać panoramę z wielu miejsc w polskich Tatrach, uwagę przyciąga kształtny stożek Krywania. Jedynie kilka metrów niższy od Rysów, dużo bardziej wybija się w krajobrazie, gdyż jest oddalony od innych tatrzańskich szczytów. Jest też po Rysach drugim najwyższym szczytem dostępnym szlakiem turystycznym.

Jego sylwetka kusiła mnie od bardzo dawna. Były tylko dwa minusy. Pierwszym jest dojazd – początek szlaku na Krywań znajduje się dokładnie po przeciwnej stronie Tatr niż Zakopane, i podróż samochodem potrwa co najmniej 1,5 h (80 kilometrów), nie mówiąc o komunikacji publicznej, za pomocą której na pewno nie dostaniemy się w tę okolicę i i nie wrócimy jednego dnia. Drugim utrudnieniem jest długość wycieczki – na szczyt prowadzą dwa szlaki, i długość szlaku na szczyt według drogowskazów to niemal 5 godzin.

Wycieczkę można rozpocząć z dwóch miejsc – my wybraliśmy parking przy nieistniejącym schronisku Ważeckim (płatny w 2016 roku 5 €). Stamtąd w ciągu 10 minut można dojść do początku szlaku na Krywań w miejscu o nazwie Tri Studnicky. Niebo jest bezchmurne, więc z daleka widać szczyt. Pierwsza myśl jaka się nasuwa po spojrzeniu na cel wycieczki – to tam da się wejść w jeden dzień? Wierzchołek wydaje się bardzo oddalony i wyniosły. Jednak gdy już jesteśmy – ruszamy.

Przez dłuższy czas nie widać celu wędrówki…

Wyżej przynajmniej są już widoki

Pierwsza część wycieczki to spacer dość monotonnymi zakosami w lesie. Widoków prawie nie ma, dopiero po półtorej godziny wchodzimy w kosodrzewinę, w której wędrujemy zboczami Kopy. Szczytu jednak nie widać, cały czas jest przysłonięty zboczami które pną się do góry przed nami. Dopiero, gdy wychodzimy po dwóch godzinach z ostatniego wielkiego zakosu ścieżki wyłania się ON.

Wreszcie jest i On

Majestatyczny, strzelisty. widać już cały dalszy przebieg szlaku, który przecina w poprzek południowe zbocze Krywania, i łączy się w Krywańskim Żlebie z niebieskim szlakiem ze Strbskiego Plesa. Im bliżej podchodzimy, tym chmur jest więcej. Gdy dochodzimy do rozejścia szlaków, z słonecznego sierpnia robi się już smutny październik.

Czas na małą zmianę pogody

Na szczęście jesień nie trwała długo

Ubieramy wiec szybko kurtki i ruszamy w górę. Od tej chwili wędrujemy już niebieskim szlakiem. Szlak podrywa się, i wśród wielkich złomisk skalnych prowadzi na główny grzbiet Krywania. Po skręcie w lewo już nieco łagodniej doprowadza nas na wyniosłość Małego Krywania. Tu chmury rozstępują się, i wraca lato.

Jeszcze tyle przed nami

Jak na dłoni widać ostatni, półgodzinny fragment szlaku, i spory ogonek ludzi wdrapujących się na szczyt. „Wdrapujących się” to jest dość dobre słowo, bo szlak wiedzie dość ostro w górę, i jak to na słowackie Tatry przystało nie ma ani jednego łańcucha. Teren bynajmniej nie jest banalny, i szlak wiedzie najpierw w osypującym się terenie, później zaś praktycznie aż do szczytu trzeba wielokrotnie używać rąk.

krywań

Czasami trzeba było użyć rąk…

krywań

krywań

Niemal w regulaminowym czasie docieramy na szczyt. Warto było się potrudzić, bo widoki są przednie. Nieco lepsze na Tatry zachodnie, gdzie w dalszym ciągu jest czyste niebo. Tatry Wysokie przykrywa warstwa chmur, i co chwilę odsłaniają się widoki na inną część szczytów. Na pewno będę musiał wrócić tutaj aby w całości zobaczyć panoramę. Po dłuższym odpoczynku decydujemy się wrócić bezpośrednio do parkingu tą samą trasą.

Na szczycie…