Gdy w 2015 roku schodziliśmy z Rohaczy doliną Smutną, pewne było, że w kolejnym roku podążymy dalej czerwonym szlakiem w stronę Siwego Wierchu. Gdy więc nastał wrzesień 2016 roku ponownie skierowaliśmy się na parking u wylotu doliny Rohackiej.

Pogoda jest dość podobna do tej z zeszłorocznej wycieczki na Rohacze, nad doliną wiszą chmury, nie ma jednak śladów szronu. Szybkim tempem podchodzimy asfaltem do bufetu Rohackiego.

Poranek w dolinie Rohackiej

W Dolinie Smutnej jeszcze nie widzimy słońca

Tyle jeszcze przed nami

A to już widoki w tył

Stamtąd niebieski szlak prowadzi doliną Smutną w stronę Smutnej Przełęczy. Ścieżka wspina się coraz wyżej, jednak podejście jest przyjemne, wysokość zdobywamy stopniowo. O ile na szlaku mijamy stosunkowo niewielu turytów, o tyle na przełęczy jest już dość gwarno.

Na przełęczy

Ruszamy dalej!

I już za chwilę koniec widoków…

Przez chmury przebija się słońce, jednak od wschodu zbliża się gruba warstwa chmur. Baraniec co chwilę znika pod chmurami. Nie zastanawiamy się zatem długo, i ruszamy na zachód czerwonym szlakiem. Niemal od początku ścieżka rusza śmiało w górę, i co chwilę pojawiają się trudności, wpierw niewielkie, a po chwili zaczynają się pierwsze ubezpieczenia. Cały czas obserwujemy pogodę. Gęsta kołdra z chmur właśnie zaczyna się przelewać przez grzbiet do doliny Smutnej. Szlak śmiało prowadzi w stronę Trzech Kop. Spodziewałem się trudności, jednak co chwilę zaskakuje mnie przebieg szlaku. Subiektywnie wydaje mi się, że niektóre fragmenty są trudniejsze od wcześniejszego odcinku szlaku przez Rohacze.

Gdy zbliżamy się do Hrubej Kopy, już niemal nic nie widać, chmury tylko co chwilę odsłaniają część widoku na dalszą część trasy. Dopiero zbliżając się do przełęczy możemy podziwiać bliski już szczyt Bankiwa, i efektowną grań prowadzącą na szczyt. Grzbiet z południowej strony łagodny, ku północy obrywa się wielometrowymi urwiskami.

Na ostatnim odcinku szlaku skręcam w ścieżkę omijającą główny grzbiet, natomiast Bartek idzie cały czas szlakiem. Jak się później dowiedziałem, ominął mnie chyba najciekawszy fragment o znacznej trudności. W miejscu, gdzie ścieżki się spotykają chmury na chwilę się rozstępują, przeciskają się promienie słońca, i mam pierwszy raz w życiu okazję podziwiać efekt widma Brockenu.

Chwila łaskawości chmur

Jeszcze kilka ostrych fragmentów w górę, parę długich łańcuchów, i meldujemy się na szczycie. Chmury są coraz gęstsze, przejaśnień już praktycznie nie ma, wiec decydujemy się z Banikowskiej przełęczy zejść w dół.

U celu

Czas na zejście

Zejście w głąb doliny Spalonej sprawia wrażenie jak gdyby szlak prowadził gdzieś w Tatrach Wysokich. Szlak przecina stoki piargowe spadające na dno kotła polodowcowego. Dopiero poniżej progu doliny schodzimy w kosodrzewinę, a następnie w las, który towarzyszy nam praktycznie aż do asfaltowej dróżki, którą podążaliśmy rano.