Niezbyt wyróżniający się w krajobrazie szczyt Rysów pewnie byłby mniej znany, i nie tak licznie uczęszczany, gdyby nie fakt, że dzięki meandrom historii stał się najwyższym szczytem naszego kraju (żeby być bardziej precyzyjnym, w XX wieku stracił na niecały rok to miano, ustępując miejsca Lodowemu, przez który przebiegała granica po zajęciu Spiszu w 1938 roku). Dzięki temu stał się obecny w podręcznikach geografii, i wiele osób stawia sobie za cel postawienie stopy na jego szczycie. Szlak ten, chociaż nieprosty wiedzie z Morskiego Oka, i jest w sezonie bardzo popularny. Ja dość przewrotnie zdobyłem szczyt Rysów po raz pierwszy idąc od słowackiej strony w 2014 roku, ale jednak przyszedł czas by zmierzyć się i z polskim, trudniejszym wariantem szlaku.

Na trasę ruszamy dość późno, gdy już ruszyły pierwsze tłumy spacerowiczów do Morskiego Oka. Wycieczkę na najwyższy szczyt Polki warto rozpocząć jak najwcześniej, gdyż z parkingu to niemal 5,5 godziny wędrówki, i zasadniczo powyżej Morskiego Oka w przypadku zmiany pogody trzeba wrócić tą sama trasą.

Spacerowiczów wymijamy szybkim tempem, krótki postój na śniadanie przed Morskim Okiem i ruszamy dalej. Do Czarnego Stawu ludzi na szlaku jest sporo, gdy szlak na Rysy odrywa się od brzegów stawu turystów jest mniej. My musimy za to odeprzeć ataki pana, który usilnie próbuje się z nami zaprzyjaźnić nie pytając się nas o zgodę, i wykrzykuje dziwne hasła z prędkością karabinu maszynowego. Próby podkręcenia tempa nie dają rezultatu, więc w pewnym momencie wykorzystuję sytuację, odbieram telefon, zwalniam tempo, a Pan Przylepa biegnie dalej do przodu szukać nowych towarzyszy.

Tatrzański klasyk

Ilość turystów się zagęszcza…

Szlak stromo, ale bez trudności wspina się w stronę Buli pod Rysami. Tam znowu spotykamy duże grupy odpoczywających, więc mijamy to miejsce niemal bez zatrzymania, i ruszamy ku coraz wyraźniej widocznej dalszej części szlaku. Ubezpieczenia rozpoczynają się powoli, wpierw pojedynczo, a im wyżej, łańcuch ciągnie się niemal na całej trasie. Coraz bardziej wyraźna staje się również kolejka wędrujących, gdyż szlak jest dwukierunkowy, i co chwilę trzeba przepuszczać grupę idącą z naprzeciwka. Tymczasem pojawiają się chmury, i wyższa część szlaku niknie gdzieś wysoko.

Już ponad Bulą

W końcu dochodzimy niemal pod szczyt. Tutaj czeka jedno miejsce, które wymaga nieco skupienia, zwłaszcza dla osób, które są bardziej wrażliwe na przepaści. Tuż przed szczytem szlak przebiega wąską granią, poniżej której niemal pionowo w dół roztacza się widok na dolinę Ciężką. Gdy już przekroczymy to miejsce w ciągu paru minut meldujemy się na szczycie.

Końcówka

Widok na drugi wierzchołek Rysów

Ze szczytu widoki są dość… białe, czyli znajdujemy się we mgle 😉 Nie skłania nas to do dłuższego siedzenia na szczycie. Decydujemy się na zejście do Popradzkiego Plesa szlakiem znanym z poprzedniej wycieczki, po czym elektriczką i autobusem ze Smokovca dojeżdżamy do Łysej Polany.

Zejście na słowacką stronę

Kilka dni później pogoda się utrzymywała, więc nie zastanawiałem się długo, i znów wybrałem kierunek „w Tatry”. Po rozruchu szlakiem na Szeroką Przełęcz Bielską i do Zielonego Stawu Kieżmarskiego kolejnego dnia podjęliśmy decyzję, ze czas się zmierzyć z najbardziej wymagającym szlakiem Tatr, czyli Orlą Percią.

W Tatrach Bielskich

Po Świnicy, Rysach, wcześniejszej wycieczce na Granaty, szlakach Tatr Słowackich uznałem, że chyba nie spotka mnie nic co by mnie mogło zaskoczyć. Do Hali Gąsienicowej wybieramy klasyczny szlak przez Boczań. Przy Murowańcu jak zwykle tłumy, przekomarzające się, który szlak z gęstej oferty dostępnych w okolicy wybrać.

To wszystko przed nami

My już mamy podjętą decyzję, więc po drugim śniadaniu ruszamy. Zawrat, który parę lat temu był celem wycieczki, dzisiaj stanowi tylko dojście do właściwych atrakcji. Pogoda jest piękna, na niebie ani jednej chmurki, według prognoz ma się to nie zmienić aż do końca dnia.

Z Zawratu czerwony szlak rusza nieśmiało, zboczami Małego Koziego. Jednak już po kilkunastu minutach na własne oczy mogę sprawdzić, co oznacza wielokrotnie czytane przeze mnie zdanie ze znanego miejscami na pamięć przewodnika Nyki – „trudności znaczne i w dużym nagromadzeniu”.

Orla Perć ma to do siebie, że trudności są tam różnego rodzaju, i niemal każdy znajdzie coś, co spowoduje, że jeśli nie miękną nogi, to jednak zastanawia się trzy raz przed kolejnym krokiem. Dla jednych będzie to właśnie zejście Honoratką, gdzie poruszamy się po wąskiej półeczce trzymając się łańcucha, dla niektórych słynna drabina (chociaż więcej tu szumu niż faktycznie potrzeba, czy wreszcie zejście na Wyżnią Kozią Przełęcz, gdzie zejście po słabo urzeźbionej skale wymaga użycia siły jedynie rąk.

Pokonując kolejne trudności podziwiamy wspaniałe zbocza Zamarłej Turni. Po krótkim postoju przy słynnej drabince – który był wymuszony nieco kolejką oczekujących na zejście – trudności wzrastają. Najpierw przejście przez Kozią Przełęcz, po niej solidne podejście, wreszcie Kozie Czuby, przejście przez Kozią przełęcz Wyżnia i ostatnie podejście na szczyt Koziego Wierchu. Tam czeka nas nagroda – wspaniałe widoki na dolinę Pięciu Stawów Polskich i Tatry Wysokie. Z Koziego Wierchu idziemy dalej – w stronę Żlebu Kulczyńskiego. Ostrożnie schodzimy żlebem, a następnie wdrapujemy się ostatnim już trudniejszym miejscem dzisiaj – kominkiem pod Czarnym Mniszkiem. Spod Zadniego Granatu schodzimy zielonym szlakiem w dół – przejście całej Orlej Perci w ciągu jednego dnia jest to jednak wyzwanie, które wymaga i dobrej kondycji i odpowiedniego przygotowania. Ja chyba jednak wolę zdobywać takie miejsca bardziej spokojnie, delektując się każdą chwilą pobytu w górach.

W drodze powrotnej, już w samochodzie słyszymy w radio, jak to dzisiaj, w ostatni słoneczny weekend wakacji „kolejki ustawiały się do wejścia na Orlą Perć”. Jakoś tych kolejek nie zaobserwowaliśmy, w ciągu całego dnia mijaliśmy po kilka osób co jakiś czas. Jak to często bywa, rzeczywistość medialna nieco różni się od tej prawdziwej. My już planujemy kolejny sezon, w którym wrócimy na czerwony szlak.