Przysłowia są mądrością narodów. Zwłaszcza to z tytułu:) Chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej w jeden dzień. Plan był ambitny (3 kraje, 6 miejsc w 12 godzin), ale w pewnym momencie zwiedzanie zamieniło się w gonitwę. Ale nic to – rekonesans dokonany – teraz będzie okazja wrócić na spokojnie.
Wcale jednak to nie oznacza, że dalsza część dnia była nieudana. Przeciwnie – była! Wysiadając z kolejki wąskotorowej z Oybin kierujemy się więc z Zittau (Żytawy) w kierunku Porajowa. Przechodzimy na drugą stronę Nysy przez most i kierujemy się na południe. Po wale przeciwpowodziowym położonym w cieniu drzew mamy do przejścia niecałe 2 km. Bardzo szybko wyłania się cel naszego spaceru. Z daleka widać maszty z trzema powiewającymi flagami: Niemiec, Czech i oczywiście biało – czerwoną.

Na przejściu granicznym w Porajowie

Na trójstyku

U ujścia potoczku Lubota do Nysy Łużyckiej jest bowiem trójstyk tych państw. Potok jest tak wąski, że bez trudu suchą noga można stać ponad nim będąc rozdwojonym między Polskę a Czechy. Samo miejsce wygląda piknikowo. Przycięta trawa, ławeczki, pomnik. Tylko z niemieckiej strony nie ma bezpośredniego przejścia, zaś woda w Nysie nie wygląda ani na płytką, ani na ciepłą…

Wracamy na dworzec do Żytawy. Przechodzimy przez starówkę tego miasta. To kolejne piękne i zadbane miasto o ciekawej architekturze. Niestety na Rynku trwa remont, który troszkę psuje widok na ratusz, jednak miasto warte jest zatrzymania się na trochę dłużej. Piękne kamienice, wysokie wieże kościołów, z których jeden zmieniono na muzeum, w którym trzymana jest XV-wieczna zasłona wielkopostna, czyli w skrócie gigantyczne sukno z testamentowymi scenami, które przykrywało ołtarz podczas Wielkiej Postu.

Ratusz w Zittau (Żytawie)

Żytawa słynęła również m.in. z produkcji Robura 😉

Znów na dworcu kolejowym, tym razem normalnotorowym.

Wsiadamy do pociągu do Czech. Będziemy jechać przez Polskę, ale… bez zatrzymania. I znów winien jest podział granic w 1945 r. Dostaliśmy 2-kilometrowym torów pomiędzy Żytawą a Libercem, który nie ma nawet połączenia z resztą polskiej sieci. I to niestety widać, bo PLK chyba nie dostrzega potrzeby remontu tego szlaku, na którym jest całkiem spory ruch, więc pieniądze od przewoźników pobiera… Co więcej w Polsce jest stacja, ale od lat nieużywana, choć ponoć mieszkańcy Porajowa od lat się domagają by przywrócić ją do życia. Tylko wówczas doszłoby do sytuacji, że z polskiej wioski dojedziemy do Niemiec i do Czech, a nie dojedziemy do żadnej innej stacji w Polsce…

Z przykrością to stwierdzić trzeba, ale odbiór naszego kraju z perspektywy niemieckiego czy czeskiego pasażera jest okropny. Po wyjechaniu ze stacji w Zittau pociąg szybko rozpędza się by tuż przed granicznym mostem zwolnić… Przez 2 km polskiego odcinka toczy się z prędkością ok. 30 km/h przy czym stukot kół jest niemiłosierny. Za oknem zaś oglądamy… Azję. Nie chodzi tu o to by kogoś urazić, ale kontrast w stosunku do tego co jest kilometr wcześniej jest ogromny. Wyjeżdżamy ze schludnej stacji, za oknem zadbane budynki, czyste, przystrzyżone trawniki i nagle wjeżdżamy w zabłocone, zaniedbane podwórka rozsypujących się domów, które przecież powstały przed 1945 r. A na jednym z tych zagraconych podwórek otyli, półgoli panowie w jakimś dzikim warsztacie bez żadnego szyldu naprawiają pralkę między otwartym garażem (oborą?) a torami. Wokół klimat jak na złomowisku… Ledwie miniemy granicę polsko – czeską pociąg natychmiast przyspiesza do 90 km/h i hałas spod kół znika…

Piękną doliną wzdłuż towarzyszącej nam cały dzień Nysy przez zielone lasy docieramy do Liberca. Jednak tam robimy błąd. Zamiast pójść zwiedzać decydujemy się by jechać jeszcze dalej – do Jablonca nad Nysą. Czytałem, że tam też jest ładnie i jest kilka pięknych budynków. Owszem, to prawda – jest ładnie, ale miasteczko nie zachwyca jednak czymś specjalnym. Położone w dolinie Nysy (a jakże!). Tyle, że ta Nysa tam to już niewielki potok wciśnięty w głębokie, ale niosące niewiele wody koryto. Wokół rynku stoją ładne kamienice, ale takie, jakich wiele znajdziemy w wielu innych miejscach. W dodatku poszukiwania jakiegoś obiadu nie udają się, więc decydujemy się szybko wrócić do Liberca. Idziemy więc na… przystanek tramwajowy.

Rynek w Jabloncu nad Nisou

Tramwajem po górach

U celu, w Libercu. Czy ten tramwaj ma trzy pary kół???

Kilkunastokilometrowy odcinek pomiędzy miastami można bowiem pokonać także tramwajem. W krętej i stromej, choć niegłębokiej i nieszerokiej dolinie Nysy mieści się więc i szosa i kolej i tramwaj. Co ciekawe w Libercu funkcjonują tramwaje o dwóch rozstawach kół. Część szyn ma więc rozstaw węższy, częśćzęść szerszy, a część ma 3 szyny i jest wspólna dla obu sieci. A nam w Libercu zabrakło czasu. Remonty i objazdy spowolniły naszą drogę do dworca.

Pierwotnie mieliśmy zamiar wracać tą samą trasą przez Zittau, jednak rzut oka na mapę przez Łukasza zmienił nasze plany. Zamiast do Niemiec wybieramy się do Filipovki. To stacja położona w pobliżu polsko – czeskiej granicy. Stamtąd zaś jest 9 km przez górzyste lasy i zieloną granicę do Krzewiny Zgorzeleckiej czyli niemieckiej stacji w Polsce pomiędzy Zittau a Goerlitz (jakie to wszystko skomplikowane 😉 ). Filipovka to przedostatnia czeska stacja na dawnej trasie z Liberca do Zgorzelca i Lubania. Dla Czechów jednak przecięcie przez granicę linii kolejowej nie stanowi pretekstu do jej zamknięcia. Przeciwnie – ostatnia wieś – Cernousy – która liczy niespełna 400 dusz ma co 2 godziny pociąg do miasta wojewódzkiego. W kraju, w którym bez kolei są takie duże miasta jak Lubin, Jastrzębie – Zdrój, Bełchatów czy Łomża wydaje się to nie do pomyślenia…

Dwa autobusy szynowe połączone w jeden skład jadący w różnych kierunkach rozłączane są we Frydlancie pod murami pięknego zamku. Trasa prowadząca przez Góry Izerskie zachwyca kilkoma tunelami, a przede wszystkim widokami. Niestety, nasza stacja w Filipovce to… przystanek na żądanie. Nie wiedząc o tym przejeżdżamy go, a nasz dialog oburza jedną z mieszkanek wsi, która jest stacją końcową.

Łukasz rozglądając się przez okno i widząc same lasy i peron, na którym mieliśmy wysiąść po środku niczego mówi do mnie:

– Przecież to jest jakiś koniec świata

Na co siedząca obok kobiecina ni to śmiesznie nie to z oburzeniem odzywa się do nas;

– To neni zadna konec sveta.

Nasz plan ulega więc modyfikacji i decydujemy się zamiast na zachód do Krzewiny, od której się oddalamy już – udać na północ. Zaraz za granicą jest polskie miasteczko Zawidów i stamtąd chcemy dostać się do Zgorzelca. Współpasażerka z pociągu by udowodnić, że nie mieszka na końcu świata i… organizuje nam transport do szosy. Szybko pokonujemy samochodem 3 km, wysiadamy przy przystanku autobusowym i tam po kilku minutach łapiemy autobus do granicy. Wszystko w cenie biletu Euro – Nysa. Pokonujemy pieszo granicę, jesteśmy w polskiej miejscowości posiadającej prawa miejskie, ale… tu zaczynają się schody.

I znów widok, jaki widzi Czech wjeżdżający do Polski zawstydza. Pierwsze skrzyżowanie z monopolowym okupowane przez kilkunastu amatorów wysokoprocentowych trunków. Przystanek znajdujemy na końcu miasteczka, a tam… pozdzierane rozkłady. Według jedynego, który ocalał pod resztkami różnorakich ogłoszeń dowiadujemy się, że dziś będziemy mieć jeszcze tylko 2 busy. Jeden za kilka minut, a ostatni godzinę później. Oczywiście nie może być normalnie. Mija czas, a nic w zatoczce się nie zatrzymuje. Kilku nastoletnich pasażerów pod wiatą zupełnie spokojnie przyjmuje do wiadomości, że bus nie przyjechał. My jednak zaczynamy się niepokoić co zrobimy jak kolejny też wypadnie. Pół godziny później już przestajemy wierzyć, że możliwe jest aż takie opóźnienie. Szybko łapiemy stopa i docieramy do Zgorzelca.

Przykre jest jednak, że za niewielkie pieniądze można jeździć koleją, komunikacją miejską, autobusami, wąskotorówką i tramwajami w Niemczech, Czechach, a w Polsce? U nas też można! Pod warunkiem, że coś pojedzie… W Niemczech dostajemy bezpłatne schematy, rozkłady, a u nas? Nieregularne połączenia, brak PKS czy komunikacji miejskiej. Powodzenia obcokrajowcowi, który zacznie np. w takim Zawidowie szukać najpierw przystanku, a potem rozkładu na nim… Nie jest to jednak miejsce na politykowanie i ocenianie samorządów, a docenienie jak ciekawą wycieczkę można zrobić niewiele oddalając się od kraju.