Nie ma chyba mniej nieniemieckiej części Niemiec niż Łużyce. W dodatku autochtoni używają języka, który prędzej zostanie zrozumiany przez Polaka niż Niemca. Słowiańskość tych ziem jednak obecnie zamiera. To ostatnie momenty by szukać jej śladów…

Przed 1000 lat cały ten teren, dzięki Bolesławowi Chrobremu, należał do Polski. Później przechodził z rąk germańskich do czeskich i odwrotnie. Miejscowi Słowianie jednak nie czuli się Niemcami. Po I wojnie światowej bliżej im było do Czechosłowacji niż Niemiec. Nawet delegacja Serbołużyczan udała się na konferencję pokojową do Wersalu. Ci „wielcy” nie chcieli ich nawet wysłuchać… Pod koniec drugiej wojnie światowej pojawiły się z kolei pomysły by całe zamieszkałe przez nich terytorium przyłączyć do Polski. Rzut oka na mapę Niemiec odpowiada na pytanie, dlaczego do tego nie doszło. Wyobrażacie sobie, że nasz kraj otacza Berlin od wschodu i południa? 😉

Paradoksalnie niewielki naród, który poradził sobie z reformacją (bo choć częściowo jej uległ to Marcin Luter gardził Łużyczanami jako nacją), z Bismarckiem (germanizacja oznaczała też zakaz używania języków łużyckich), z okresem hitlerowskim (były nawet pomysły przesiedlenia Łużyczan do Generalnego Gubernatorstwa, a populacja zmniejszyła się o połowę po wojnie) oraz z okresem NRD; to może nie przetrwać w wolności… Świadomie teren zamieszkały przez Łużyczan podzielono pomiędzy dwa landy: Saksonię i Branderburgię. Zmniejszono w ten sposób ich proporcjonalną liczebność w landzie. Sami Serbołużyczanie bezskutecznie lobbowali za utworzeniem własnego. Zmiany ekonomiczne spowodowały masowe migracje i dziś liczba osób identyfikujących się z nacją oraz znająca język na tyle poważnie spadła, że istnieją obawy, że ten język zaniknie. A jeszcze w 1954 r. zmarł ostatni mieszkaniec Niemiec, który nie znał niemieckiego bo posługiwał się łużyckim i to wówczas mu wystarczało…

Ale nie o etnografii ten wykład. Ten wstęp miał pokazać, że te rejony były zawsze pod wpływem kilku kultur. Dla nas są wyraźnie niemieckie, ale dla Niemców widać wpływy słowiańskie. Po trochu są więc „niczyje” i dzięki temu wyróżniają się. I przede wszystkim na tym terenie było wiele bogatych i pięknych miast. Choćby… Zgorzelec. Tak, Zgorzelec, który przeciętnemu Polakowi kojarzy się z „mrówkami” jest bez wątpienia jednym z najpiękniejszych miast na terenie Polski. Przegrywa z Krakowem. No może jeszcze z Gdańskiem czy Wrocławiem. SZOK? Nie przejmujcie się też byłem zaskoczony! Ale jest (jak zwykle) jedno „ale”. To „ale” to fakt, że ta część miasta, którą znamy jako „Zgorzelec” to jedynie przedmieścia dawnego wspólnego organizmu.

Centrum miasta znajduje się już „za Nysą”. Miasto miało ogromne szczęście. Nie zostało zbombardowane jak większość miast niemieckich (choćby sąsiednie Drezno) zaś Rosjanie forsowali rzekę nie w mieście, a na północ od niego. W ten sposób przepiękna zgorzelecka starówka nie poniosła strat.

Po przyjeździe ruszamy na krótki spacer po Goerlitz. Już pierwsze kroki po polskiej stronie zaskakuje, że takie niepozorne miasteczko ma bogate, wysokie, secesyjne kamienice. Znajdujemy tablicę upamiętniające Greków, którzy w 1949 r. uciekając przed wojną domową trafili do Polski. Wielu z nich właśnie w Zgorzelcu znalazło swój dom. Później PRLowskie władze doszły do wniosku, że „bezpieczniej” będzie nie trzymać ich razem i rozrzucono Greków po całym kraju. W tej grupie jest wiele znanych nazwisk, głównie muzyków, ale nie tylko.

Przechodzimy przez most staromiejski, który powstał w 2004 r. w miejscu, gdzie już od XIII w. istniał most. Dzięki Schengen to gdyby nie wszechobecne słupki graniczne można by mieć problem z określeniem, że tu jest granica. Po niemieckiej stronie na starówce wszędzie słychać język polski. W polskich, tańszych knajpach po wschodniej stronie rzeki obsługa i menu po niemiecku… Po zachodniej stronie jednak każdy przyczółek każdego mostu dyskretnie obsadzony przez Polizei. Podobnie peron dworca w Gorlitz, na który wjeżdżają pociągi z Polski. Każda osoba o innej karnacji jest drobiazgowo kontrolowana, gdy „wraca” od nas. Po naszej stronie służb nie widać 🙂

Krótki spacer po pięknych uliczkach Starego Miasta. Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy jeszcze z polskiej strony są wieże kościoła pw. Piotra i Pawła. Udajemy się wąskimi, stromymi uliczkami na Rynek. Kolorowe fasady kamienic, arkady tworzą wieczorem niesamowity klimat. To miasto ma ogromny potencjał! Zresztą odkryli już niemieccy filmowcy, odkrywa Hollywood. Kręcono tu m.in. „Bękarty wojny”. Niestety „nasi” to trochę zepsuli… W najpiękniejszym miejscu Bruederstrasse widok psuje tło. Dokładnie na przedłużeniu zniżającej się do rzeki uliczce otoczonej wysokimi, bogatymi kamienicami widać… polskie wieżowce. Zastanawiamy się czy to przypadkiem „tak wyszło” czy świadome wyliczenia planistów 😀 Oglądamy z zewnątrz budynki ratuszów i inną drogą wracamy do Polski.

Ostatniego dnia ranek wykorzystuję na spacer po polskiej stronie. A tu znajduje się… Reichstag. No dobra, to „tylko” Dom Kultury, ale jego fasada przypomina niemiecki parlament. Budynek powstał na początku XX w. Obecnie słynny jest m. in. z tego, że tu podpisano układ zgorzelecki. Jest usytuowany w pięknym parku nad brzegiem Nysy.

zgorzelec

Spacer kończę pod mostem. Dosłownie 😉 Most kolejowy ze Zgorzelca do Goerlitz to najdłuższy kamiennym mostem w Niemczech (my mamy 3 jeszcze większe 😉 ). Ponad 30 przęseł na odległości niemal pół kilometra umożliwia przejazd pociągu aż 35 metrów ponad lustrem wody. Przyznać trzeba, że z dołu wygląda on jeszcze bardziej imponująco jak z góry…