To, że granica na Odrze i Nysie przedzieliła miasta, poszatkowała komunikację kolejową i wielu mostów drogowych po wojnie nie odbudowano to pewnie wszyscy dobrze wiecie. Ale wiecie, że rzeka podzieliła na pół park? Jeśli nie to zapraszamy do Parku Mużakowskiego.

Ostatni dzień długiego weekendu to powrót do domu. Ale szkoda przeznaczyć cały dzień na podróż i nie zobaczyć już nic. Lepiej wstać szybko i jeszcze rano odwiedzić ciekawe miejsce. Jedziemy więc do Bad Muskau (czyli po polsku – Mużaków). Po drodze mijamy m.in. Kruszwicę (Krusvica 😉 ). Sam Mużaków to schludne, ale naprawdę niewielkie miasteczko zamieszkałe przez niecałe 4000 mieszkańców. Gdyby nie pałac i park to pewnie niewielu turystów zabłąkałoby się tam… Niestety mieszkańcy mówią po niemiecku, a bylem ciekaw jak brzmi serbskołużycki…

Neorenesansowy XVI – wieczny zamek wygląda pięknie w słoneczny, majowy dzień. Wchodzimy do parku „od tyłu” a z tamtej strony zamek położony jest za stawem. Pięknie zadbane kwietniki i drzewa tworzą urokliwy klimacik. Od drugiej strony wejścia strzegą kamienne lwy. Odważne kolory elewacji jakoś mi nie pasują do jego stylu. Jednak sam zamek w zasadzie wzniesiono na nowo w ostatnich 25 latach po tym, w jakim stanie zostawili go czerwonoarmiści…

park muzakowski

Wokół zamku znajduje się ogromny park, przez którego środek przepływa wąska Nysa Łużycka w dodatku rozlewająca się tak, że pośrodku powstała sporych rozmiarów wyspa. Po 1990 r. odbudowano dwa mosty i dzięki Schengen gdyby nie słupki graniczne można by nie zauważyć, że park położony jest w dwóch krajach.

Po spacerze i obowiązkowych zdjęciach trochę czasu na tracimy na poszukania drogi do Polski (nawigacja nie potwierdza istnienia nowo wybudowanej szosy do Polski 😉 ) jedziemy do Żar. Tam się rozdzielamy. Łukasz wraca samochodem do siebie, a ja pociągiem przez Wrocław wracam do siebie. Żałuję, że w Żaganiu nie mam już czasu bo kusi mnie świadomość, że zaledwie kilometr od dworca jest były obóz z którego nastąpiła „Wielka ucieczka” zekranizowana później przez Johna Sturgesa.

Po ostatnich dniach i przekonaniu się jak sprawuje się komunikacja zbiorowa w Niemczech i Czechach we Wrocławiu przekonuję się ile nam brakuje… Pociąg, którym mam jechać ma blisko półtorej godziny opóźnienia… Okazało się, że kibole jadący tym pociągiem postanowili sprawdzić między Jelenią Góra a Wałbrzychem jaki efekt w tunelu odniesie pokaz pirotechniki i skorzystali z hamulca bezpieczeństwa:( Potem opóźniony pociąg stał po drodze by przepuścić ekspres, który następnie i tak wyjedzie opóźniony z Wrocławia bo będzie czekał na… pasażerów jadących osobowym, który go przepuścił. Absurd? To nie wszystko…

W ładnym i długim składzie już od Leszna konduktor nie robi nic innego jak sprawdza połączenia pasażerom chcących się przesiąść w Poznaniu. Okazuje się, że opóźnienie pociągu jest tak wielkie, że nie zostanie wstrzymany ostatnio osobowy do Inowrocławia. W pociągu jest zaś setka pasażerów, którzy mieli się przesiąść. Ostatecznie wstrzymany zostaje późniejszy pospieszny do Bydgoszczy i wszyscy ze stosowną adnotacją na bilecie wsiadają do niego. Ale w Inowrocławiu miały być kolejne przesiadki w kierunku Bydgoszczy i Torunia. Ostatecznie to w Bydgoszczy czeka osobowy do Torunia bo w Inie też go nie wstrzymano. Dlaczego za zachodnią i południową granica nigdy nie doświadczam podobnych problemów…?