Przez długi czas nie brałem pod uwagę Wysp Kanaryjskich jako miejsca mojego potencjalnego wypoczynku. Nazwa Wyspy Kanaryjskie kojarzyła mi się jedynie z kolejkami do check-in turystów oczekujących z wielkimi walizkami na swój czarterowy lot. Gdy zacząłem się przyglądać bliżej, zobaczyłem na zdjęciach skaliste pustkowia Lanzarote, plaże Furteventury, gdzieś jednak pominąłem Teneryfę. W końcu, gdy przyszła okazja na wykorzystanie darmowego biletu zdobytego w ramach karty kredytowej Ryanaira okazało się, że najdalszą dostępną trasą za darmo będą właśnie Kanary. W ten sposób pewnego pięknego dnia stałem się posiadaczem podwójnego darmowego biletu na trasie Berlin Schoenefeld – Teneryfa.

Dlaczego akurat Teneryfa? – Przede wszystkim – wulkan Teide, będący najwyższym szczytem Hiszpanii, a poza tym – wybór wielu innych ciekawych tras trekkingowych. Wśród nich – znajdująca się w czołówce wszystkich zestawień atrakcji wyspy – Masca.

Masca to zarówno nazwa miejscowości jak i wąwozu, który zaczyna swój bieg właśnie w jej okolicach a kończy się plażą nad oceanem. Sama miejscowość stanowi już duża atrakcję ze względu na swoje położenie, wciśnięte między ostre ściany gór Teno. Wielu turystów, zwłaszcza zorganizowanych ogranicza swój pobyt tylko do wioski, część schodzi na sam dół na plażę i wraca drogą morską do cywilizacji. My wybraliśmy wariant maksimum – chcieliśmy zostawić samochód na górze, i wrócić do niego tą samą drogą.

Każdy zakręt to emocje

Widok dalszej trasy samochodem trochę przeraża…

Pierwszą atrakcją wycieczki jest dojazd do wioski. O ile do miejscowości Santiago de Teide prowadzi wygodna autostrada, o tyle tuż powyżej niej zaczyna się zabawa, przed którą będę przestrzegał mniej doświadczonych kierowców. Droga zwęża się do jednego pasa, nachylenie zmusza miejscami do wrzucenie pierwszego biegu (no, może drugiego), a za niewielkimi barierkami czai się ostro spadające w dół zbocze. Pierwszy zakręt, kolejne serpentyny, pierwsze mijanie pojazdu z naprzeciwka przysparza mocnego bicia serca. Widoki jednak są coraz wspanialsze. Przypominają mi nieco widoki z Madery. Zatrzymujemy się na punktach widokowych.

Widok znad wioski

Gdy dojeżdżamy do celu podróży wszystkie miejsca parkingowe są zajęte, jedziemy więc dalej, i delektujemy się drogą dojeżdżając aż do miejscowości Buenavista del Norte przy północnych brzegach wyspy. Tutaj naocznie możemy się przekonać jak prawdziwe są słowa, iż po północnej stronie pogoda może być zupełnie inna. Gdy wyjeżdżaliśmy z południowego wybrzeża było słonecznie i bardzo ciepło. Na północy nie dość, że jest kilka stopni chłodniej, to słońce jest przesłonięte warstwą chmur, a czasem nawet zaczyna kropić deszcz! Udajemy się zatem z powrotem. Gdy udaje nam się w końcu zaparkować samochód, sprawnie (jest już południe, a przypominam, że mamy listopad) znajdujemy początek szlaku wiodącego w dół.

Dla miłośników wędrówek, zwłaszcza górskich szlaki mają zazwyczaj podobny przebieg: najpierw wspinaczka do góry, nagradzająca widokiem u celu, a potem zejście w dół. Tu jest kompletnie odwrotnie. Szlak najpierw raczy widokami u samego początku, potem schodzimy w dół, a na końcu, gdy chcemy wrócić do miejsca startu czeka nas solidna, kilkusetmetrowa wspinaczka.

Szlak początkowo wiedzie przez szerszą część wąwozu, wykorzystaną rolniczo – co chwilę słychać oddalone meczenie kóz i owiec. Po jakimś czasie krajobraz się zmienia, schodzimy w głąb coraz wyższych ciemnych ścian, ścieżka wiedzie śmiało w dół, a w niektórych miejscach do pomocy trzeba użyć rąk. W najtrudniejszych miejscach tworzą się zatory. Końcówka to kilka miejsc gdzie trzeba pokonać naprawdę spore głazy. Na ścianach można podziwiać geologiczne ślady burzliwej wulkanicznej przeszłości wyspy. W końcu za jednym z zakrętów ściany wąwozu się rozszerzają, ścieżka łagodnieje i po chwili dochodzimy do skalistej plaży. Tuż obok widać czarną od wulkanicznego piasku plażę piaszczystą. Nagrodą tutaj nie są widoki, lecz kąpiel w nieco chłodnym o tej porze roku oceanie.

masca

Teoretycznie moglibyśmy skorzystać z przejażdżki jedną z zacumowanych łódek, do zakupienia na którą biletów jesteśmy co chwilę nagabywani, jednak musimy dotrzeć do pozostawionego 600 metrów wyżej samochodu. Wbrew moim obawom ścieżkę pokonujemy całkiem sprawnie, czego dowodem jest fakt, że zajmuje nam to mniej czasu niż droga w dół (to może nie było jednak zbyt trudne, bo idąc w dół cały czas przyciskaliśmy migawki aparatów.

Gdy dochodzimy do naszego Citroena jest już całkiem ciemno. Teraz czeka nas droga powrotna z tymi samymi atrakcjami – czyli zakrętami i dużym nachyleniem. Na szczęście o tej porze nie mija na sprawie żaden samochód, i szczęśliwi docieramy do Santiago de Teide.