Rano wstajemy wcześnie. Chcemy zwiedzić miasto, i jak najszybciej wyruszyć w trasę, gdyż podobnie jak tydzień temu chcemy przejechać cała trasę bez noclegu. Na szczęście Mostar jest niewielki i jak sam mówi nasz gospodarz – na stare miasto wystarczy godzina. Pierwsze kroki kierujemy w stronę słynnego mostu.

Wykonany z białego marmuru spinał brzegi rzeki Neretwy przez 427 lat, aż do momentu, gdy w czasie bratobójczych walk został ostrzelany przez wojska chorwackie i runął w listopadzie 1993 roku. Stał się przez to niejako jednym z dramatycznych symboli wojny na Bałkanach. Po zakończeniu walk został pieczołowicie odbudowany dzięki pomocy międzynarodowej. Znów łączy obydwa brzegi rzeki, tak jak mieszkańcy próbują na nowo ułożyć wspólne życie w tak tragicznie podzielonym mieście. Odbudowa mostu była konieczna, bo trzeba przyznać – położony jest przepięknie, a jego smukła sylwetka zostaje na długo w pamięci.

kosowo705

kosowo709

Robimy serię ujęć, i uciekamy przed mżawką na całkiem niezłą kawę po bośniacku (czyli po turecku) 😉 do jednej z licznych kafejek. Zerkamy jeszcze na wiszący nad jednym z dopływów Neretwy most, który jest miniaturą większego brata, robimy krótki spacer, i faktycznie to koniec.

kosowo707

kosowo708

kosowo710

kosowo703

Moglibyśmy jeszcze poszperać po zakamarkach, ale pogoda nas nieco odstrasza. Po drodze przechodzimy jeszcze główną ulica, która wczoraj jechaliśmy do pensjonatu. Wzdłuż niej stoi jeszcze sporo niewyremontowanych budynków pełnych śladów po pociskach i kulach, dających świadectwo o historii która działa się w tym miejscu 20 lat temu.

kosowo702

kosowo706

kosowo704

Pakujemy się i w drogę. Na szczęście wyjazd z miasta jest jeszcze łatwiejszy od wjazdu. Gorzej wygląda pogoda. Niebo zaciągnęło się i nie widać szans na szybkie przejaśnienia. Droga jest wąska i kręta, nie ma więc czasu na zachwycanie się krajobrazem dookoła.

kosowo711

kosowo712

kosowo713

kosowo714

A jest czym – niemal do samego Sarajewa droga wiedzie najpierw doliną rzeki Neretwy, po czym wspina się przez liczne wzniesienia. Dopiero przed samą stolica Bośni wjeżdżamy na niedawno oddaną do ruchu autostradę. Niestety autostrada szybko się kończy, i aż do granicy z Chorwacją wleczemy się kilkadziesiąt kilometrów na godzinę. Dopiero w Chorwacji witamy ponownie znak autostrady Dzięki temu droga przez Slawonię zajmuje nam niecałe dwie godziny. Minusem tego przyspieszenia jest nieco chudszy portfel – autostrady w Chorwacji są znacznie droższe niż w sąsiadujących państwach. Przy granicy chwila urozmaicenia zwykłą drogą, i na Węgrzech wjeżdżamy znów na autostradę. Tutaj czujemy już niemal powiew domu 🙂 Obwodnica Budapesztu, Sahy, Bańska Bystrzyca, tu byłem już wiele razy. Dla urozmaicenia wybieramy jednak drogę przez Ruzomberok. Mija północ, mijamy granice Polski, aż tu nagle… na światłach w Skomielnej Białej… miga policyjny lizak. Nie, tym razem nie przekroczyliśmy prędkości. Okazało się, że o 1:30 w nocy na Zakopiance jest zamknięty fragment drogi od Skomielnej do Lubnia ze względu na wypadek drogowy. Po 1000 kilometrach bez jednego korka musimy objeżdżać ponad 30 kilometrów. A mówią ze wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej 😛 Po usłyszeniu radosnej wiadomości opadły ze mnie wszystkie siły, więc szybko zamieniamy się za kierownicą i jedziemy dalej. Po kolejnych dwóch godzinach szczęśliwie docieramy do domu.