Rano dłuższą chwilę napawamy się widokiem z naszego okna, który jest wart zdecydowanie więcej, niż 25 euro, które zapłaciliśmy za pokój. Na wprost nas widnieje wieża, a poniżej absyda kolegiaty św Marii.

kosowo602

kosowo601

Niespiesznie pijemy więc kawę i spożywamy bułki z bliskiej piekarni. Dzień ten zaczyna się idealnie z jednym wyjątkiem. Pada. Czasem mocniej, czasem słabiej, czasem zupełnie przestaje, ale generalnie nie jest fajnie. Na początek dnia idziemy odwiedzić w świetle dziennym miejsca które zobaczyliśmy wczoraj.

kosowo606

kosowo605

kosowo604

kosowo607

kosowo603

Na koniec zwiedzania fundujemy sobie mały spacer w górę, do jednej z największych atrakcji Kotoru, czyli twierdzy św. Jana. Powiem szczerze. Wizja zasuwania pod górę przez godzinę po schodach w mżawce niespecjalnie wzbudziła mój entuzjazm, ale wiedziony męską ambicją podążyłem jednak w górę. Plusem wycieczki było to, ze (najprawdopodobniej) z powodu zakończonego sezonu turystycznego nikt nie pobierał opłaty za wejście. Twierdza św. Jana to nic innego jak fortyfikacje, które są przedłużeniem murów miejskich Kotoru, i ciągną się jeszcze niemal 4 kilometry w górę.

Wejście na mury twierdzy

Wejście na mury twierdzy

Im wyżej...

Im wyżej…

...tym więcej widać.

…tym więcej widać.

kosowo614

kosowo613

Up, up, up the stairs...

Up, up, up the stairs…

Twierdza osiąga wysokość 260 metrów n.p.m. Im wchodzimy wyżej, tym widoki są ciekawsze. Możemy podziwiać trójkatny obrys starówki, a dalej zamglone brzegi Boki Kotorskiej. W końcu docieramy do ruin twierdzy. Plusem tej pogody jest fakt, że poza nami nie ma tutaj nikogo. Dopiero gdy schodzimy mijamy kilka osób podążających ku górze. Przynajmniej ma nam kto zrobić jedyne podczas wyjazdu wspólne zdjęcie 😉

kosowo615

kosowo616

Wenecki lew na murach Kotoru

Wenecki lew na murach Kotoru

kosowo619

Zanim jednak zejdziemy skręcamy zaintrygowani wymalowaną na murze strzałką. Kieruje nas ona na drugą stronę murów twierdzy, gdzie po przejściu niewielkiego okienka, gdzie znaleźliśmy niewielki zrujnowany kościółek, i ruiny zabudowań. Asi wzrok przykuł jednak niepozorny szyld „sery i rakija -> 50 metrów” Okazało się że za drzewami jest jedno samotne gospodarstwo, które w ten sposób reklamowało swoje produkty. W tym miejscu już powiedziałem „pas”, i zacząłem schodzić w dół, Asia jednak powędrowała zamienić kilka słów z gospodarzami.

Widok przez okno...

Widok przez okno…

To okno!

To okno!

kosowo621

kosowo623

kosowo625

kosowo626

Na dole spotkaliśmy się po godzinie, i po zapakowaniu zakupionego zapasu swojskiego sera ruszamy w drogę. Czekała nas podróż dookoła całej zatoki. Widoki były raz lepsze, raz gorsze, z przewagą tych drugich, gdyż deszcz postanowił nas nie opuszczać. Nasze humory jednak dopisywały, głównie za przyczyną jednej z pierwszych zasłyszanych tego dnia w radio piosenek. Tutaj nie mogę się powstrzymać, i zaprezentuję ją wszystkim czytającym:

Objazd Boki kotorskiej

Objazd Boki kotorskiej

Po przekroczeniu granicy z Chorwacją pogoda się nieco poprawia. Pokonujemy kolejne kilometry wzdłuż wybrzeża Adriatyku, by zatrzymać się na jednym z parkingów. Otóż naszym oczom ukazał się jeden z bardziej znanych bałkańskich widoczków znanych z widokówek – Stare miasto w Dubrowniku.

kosowo628

Po uwiecznieniu w pamięci aparatu kilku widoczków zjechaliśmy do miasta. Pogoda okazała się łaskawa, przestało padać, postanowiliśmy więc się zatrzymać na krótki spacer. Podobnie jak wczoraj w Kotorze, na starym mieście spotkaliśmy niewielu turystów. Pogoda i listopadowe temperatury skutecznie odstraszyły wszystkich od zwiedzania. Po dwóch godzinach jednak aura stwierdziła że i na nas czas. Deszcz zaczął padać z taką intensywnością, że dalsze spacery nie miały sensu, ruszyliśmy więc w dalsza drogę.

kosowo634

kosowo631

kosowo635

kosowo638

Zapadła ciemność, więc nie mieliśmy już możliwości podziwiania nadmorskich widoków. Minęliśmy dwukrotnie granicę chorwacko/bośniacką oddzielającą eksklawę Dubrownika od reszty Unii Europejskiej, i skręciliśmy na wschód w stronę Bośni. Od Mostaru dzieliło nas jakieś 20 kilometrów, kiedy nagle… przed oczami zamigał nam podświetlony policyjny lizak. Uprzejmy policjant na szczęście odezwał się po angielsku:

-Przekroczyliście prędkość! Musicie jechać na policję zapłacić 25 euro! (co ciekawe pierwszą cenę podał w kunach chorwackich (?!))
-Ale my nie wiemy gdzie jest komenda..
-Jechać na policję!
-I tak bez dokumentów mamy jechać?
-Inaczej się nie da..

Powyższą dyskusję prowadziliśmy jakieś 10 minut używając jeszcze języka niemieckiego. W pewnym momencie policjant popatrzył jeszcze raz na moje nazwisko, przeliterował je… i wypowiedział upragnione przez nas: ok, ok, go!

Wyszarpnąłem dowód osobisty z jego ręki nie wiedząc czy za chwilę się nie rozmyśli, i czym prędzej ruszyliśmy dalej. W Mostarze już nie mieliśmy szczęścia do pogody. Przywitał nas rzęsisty deszcz. Na szczęście nawigacja doprowadziła nas po sznurku do naszej kwatery (bardzo polecamy – Villa Globus).

Po przywitaniu przez gospodarza rozpakowaliśmy się, i ruszyliśmy na obiad. Reklama dźwignią handlu, skorzystaliśmy zatem z polecenia naszego gospodarza, i udaliśmy się do knajpki zaznaczonej przez niego na mapce miasta. Mimo fatalnej pogody w środku znajdowało się całkiem sporo osób. Kelnerzy w strojach ludowych, wystrój odpowiedni, dania pyszne. W sam raz na ostatnią kolację wyprawy.

kosowo640

Powrót do kwatery był nieco utrudniony, gdyż Mostarskie stare miasto całe jest wybrukowane kocimi łbami, co w połączeniu z lejącym deszczem stanowiło diabelskie połączenie. Jeszcze trudniej przejść w deszczu przez słynny most, którego wyślizgane kamienie w deszczu stanowią przeszkodę nie do przebycia 😉 Koniec końców wracamy jednak do naszej willi, i udajemy się na zasłużony spoczynek.

Na słynnym moście

Na słynnym moście


kosowo642

kosowo639