Sulany – Tatabanya
93,64 km

Rano zebraliśmy się w niezłym tempie i wdrapaliśmy się na wał. Rozpoczęliśmy sprint wzdłuż rzeki. Po drodze zwiedziliśmy ogromną tamę w Gabcikovie i oglądaliśmy jak działa jej imponująca śluza. Kilkanaście kilometrów za tama kończy się asfalt na ścieżce, według przewodnika wydawnictwa Bezdroża wylany do miejsca, gdzie bratysławianie mogą dojechać na rolkach. Zdolnych mają tych rolkarzy 😀 W końcu po mało spektakularnym etapie jazdy dojechaliśmy do Komarna, miasta w którym mieliśmy przekroczyć granicę i stanąć na ziemi węgierskiej. Zrobiliśmy postój i trochę pojeździliśmy po Komarnie, które miało bardzo ładną starówkę i swoisty wodny plan miasta. Następnie rozpoczęliśmy najbardziej ekscytujący etap wyprawy, wjechaliśmy do Magyarorszagu. Zaraz na początku spróbowaliśmy znaleźć informacje turystyczną w Komaromie – mieście granicznym po stronie węgierskiej (należy podkreślić że informacja turystyczna na Węgrzech stoi na bardzo wysokim poziomie). Mieliśmy szczęście (o naiwności ludzka) bo znaleźliśmy niemal od razu drogowskaz na informację turystyczną. Mimo to nie znaleźliśmy jej na wskazanej ulicy. Tak to jest jak dwóch żółtodziobów co się zupełnie nie orientują w terenie próbuje coś znaleźć w obcym mieście. Pełni skruchy postanowiliśmy wiec zapytać na poczcie. Na poczcie jeden Węgier, który – Tak! Tak! – jest europejczykiem, mówił po angielsku. Wytłumaczyłem mu więc że tu na tej ulicy według ich oznakowania powinna być informacja turystyczna, następnie powtórzyłem to chyba z trzy razy. Nasza przemiła rozmowa zaczęła się raptownie kończyć po tym jak ona zapytał „what is tourist information?”. W tym momencie poczułem się jak w przedszkolu i wytłumaczyłem temu panu o co pytam. No i oni wysłali nas na drugi koniec miasta pod kamping. Przejechaliśmy kilka razy całe miasto, podczas wymiany waluty jeszcze raz podjęliśmy rozpaczliwą próbę znalezienia informacji. Nie będę opisywał jej skutków. W końcu, dosyć podirytowani pojechaliśmy w stronę Taty (takiego miasta), drogą krajową nr 1 prowadzącą do Budapesztu. Droga ta była alternatywą równoległą dla autostrady, toteż jakie było nasze zdziwienie gdy za miastem ujrzeliśmy znak, którego nie życzymy żadnemu rowerzyście na swojej drodze. Wielce znienawidzony znak Ten Którego Znaczenia Nie Wolno Wymawiać, w bezczelnym czerwonym kółku. Jako że nie bardzo mieliśmy inną możliwość w stylu hiszpańskim pojechaliśmy dalej, łamiąc po drodze ten sam przepis chyba ze sto razy. W końcu dojechaliśmy do Taty, i znaleźliśmy zamknięte drzwi informacji turystycznej. Jak każda szanująca się instytucja państwowa w dzień powszedni o 17:15 już jest zamknięta. Spóźniliśmy się o kwadrans. Pojechaliśmy dalej zahaczając po drodze o camping, gdzie dostaliśmy zapewnienie że w następnym dużym mieście również znajdziemy camping. Pojechaliśmy więc dalej uśmiechając się szyderczo to co chwila stojących znaków o wiadomej treści. Dojechaliśmy do campingu Nomad, który został na zdjęciach uwieczniony, campingu który swoją świetność i ostatni remont przeżył w latach 70 XX wieku, a poziomem swoich usług zadowoliłby na pewno nomadów 🙂 Mieliśmy basen pod nosem, szkoda że bez wody i jakichkolwiek certyfikatów. Mimo wszystko tanio zapłaciliśmy i byliśmy zadowoleni że nie musimy z żadnym z gospodarzy rozmawiać dłużej niż parę minut. Pani w recepcji Inglisz niet! ale Łukasz dogadał się z nią za pomocą swojego osobistego uroku, gestów i magicznego słowa Sator (czyt. Namiot).stolice5