Tatabanya – Budapest
113,81 km

Dzień kulminacyjny, finałowy, z dawna wyczekiwany … Budapeszt przyćmiewa całą wyprawę swoim blaskiem, więc nawet nie ma sensu rozpisywać sie o drodze do jego granic. Generalnie notoryczne łamanie tego samego przepisu ruchu drogowego i zabawa w czytaniu węgierskich wyrazów. To co istotne rozpoczęło się po przekroczeniu granic miasta. Po kilku kilometrach jazdy przez przedmieścia dojechaliśmy bliżej centrum do informacji turystycznej. Jak wiadomo wszędzie się znajdą czarne owce i każda reguła ma swoje wyjątki, nie róży bez kolców itd itd.. Informacja chwaliła się tym że oferowała Free City Map, dla niewtajemniczonych i pań z tejże informacji – darmowy PLAN miasta nazywany dalej „planem”.”Plan – rysunek będący odwzorowaniem małego obszaru na płaszczyźnie zawierający wszystkie szczegóły w skali na ogół większej niż 1:10000″. Dostaliśmy „plan” i, na szczęście na zewnątrz, wybuchnęliśmy śmiechem. mapabudaPlan który spełniał wymagania najprostszego planu miasta kosztował 3 euro. Ale, że mądrej głowie dość dwie słowie więc Łukasz dojechał na „planie” do centrum, co moim zdaniem jest nieoficjalnym mistrzostwem świata w tej konkurencji i do dziś nie mogę wyjść z podziwu jak on to zrobił. Doprowadził nas tak umiejętnie że po drodze znaleźliśmy Plus i zrobiliśmy niezbędne zakupy. W centrum postanowiliśmy znaleźć informację turystyczną z prawdziwego zdarzenia i szukaliśmy jej długo.. stanowczo za długo, nie mówiąc o tym że jej nie znaleźliśmy (Przypominam że dysponujemy tylko „planem” miasta). Przygnębieni zwiedziliśmy przy okazji pół starego Pesztu i pół starej Budy co daje w sumie połowę centrum Budapesztu. Zobaczyliśmy Targ, Akademię Naukową, Most Elżbiety, Most Wolności, Most Łańcuchowy, Parlament. Ta trasa zaprowadziła nas w pewne miejsce, gdzie Łukasz po raz już nie wiem który wykazał się geniuszem. Zszedł na przystanek metra i zrobił zdjęcie tamtejszemu Planowi Miasta. Był to oczywiście strzał w dziesiątkę. Szybko zlokalizowaliśmy najbliższą informację i pomknęliśmy w jej kierunku. Zwiedziliśmy budziańską starówkę, aż wreszcie stanęliśmy u bram niebios… patrz zdjęcie :). Weszliśmy do informacji (Inglisz Da!): „słyszałem że macie darmowy plan miasta… cyk …, słyszałem że macie darmowy plan Węgier z campingami… cyk …” jeszcze sprzątnąłem gadżet i przewodnik po mieście i wyszedłem ze świecącymi oczami. Było to koło godziny 14 … i Budapeszt wypiękniał w jednej chwili. W życiu nie czytałem żadnego przewodnika z taką ochotą, choć tego do końca nie rozumiałem. Zwiedziliśmy Basztę Rybacką, Zamek, obejrzeliśmy Peszt z punktu widokowego obok Zamku. Zjechaliśmy do Pesztu i odnaleźliśmy Informację której wcześniej szukaliśmy. Jak się okazało minęliśmy ją wcześniej o 50 metrów i nie zauważyliśmy na nią znaku co jest moją osobistą klęską, gdyż narzekałem że nigdzie nie ma drogowskazu. W tejże informacji znaleźliśmy przewodnik po polsku, zaopatrzyliśmy się w kolejny zapas darmowych map i musieliśmy odeprzeć ataki FONN – nieoficjalnej budapesztańskiej bojówki – Facetów Oferujących Natrętnie Nocleg. W tej walce przodował nam Lord Łukasz Gromowładny, który odstraszał wrogów samym wzrokiem. W świetnych humorach pojechaliśmy na spotkanie Bazyliki Świętego Stefana ale nie byliśmy, oj nie byliśmy świadomie tego co się stanie. Bazylika owa wg opinii dwóch biegłych ekspertów została uznana najpiękniejszym kościołem jak w życiu widzieliśmy. Jak ktoś chce użyć złota w swoim kościele to niech się najpierw przejedzie do Bazyliki Świętego Stefana w Budapeszcie, mogę podać adres. To tylko zaostrzyło apetyt, zapragnęliśmy zwiedzić parlament. Niestety nie zrobiliśmy tego z własnej winy. Przynajmniej zostawiliśmy sobie coś na tzw. Zaś. Kilka zdjęć przed parlamentem i kierujemy się w stronę noclegu. Postanawiamy jechać wzdłuż Dunaju do Esztergomu gdzie przekroczymy granicę. Wyjeżdżamy więc w tym kierunku, niestety nie udaje nam się wyjechać za granice Budapesztu i nocujemy w autocampingu za 19 Euro, gdzie nie ma w toalecie papieru toaletowego…stolice6