Budapest – Levice Kalinciakovo
127,93 km

Rano przy bramie wyjazdowej z campingu zatrzymuje nas groźny osiłek. Odbiera nam wszystkie papiery jakie dostaliśmy poprzedniego dnia, łącznie z rachunkiem za nocleg. Sprawdza czy przypadkiem nie oszukaliśmy jego pracodawcy po czym puszcza nas wolno. Jak na złość okazuje się że przez następne kilkadziesiąt kilometrów co chwila mijamy campingi, oczywiście tańsze bo nie budapesztańskie. No cóż, gdybyśmy tylko mieli godzinę więcej poprzedniego dnia.. Droga jest bardzo fajna, choć w pewnym momencie musieliśmy znów złamać przepisy w znany skądinąd sposób. Wybraliśmy tą drogę ze względu na piękne miejscowości. Pierwszą z nich było Szentendre, mała miejscowość w której jest chyba z setka budynków sakralnych, i każdy innego wyznania. Objechaliśmy piękną starówkę z wąskimi uliczkami, obejrzeliśmy ważniejsze świątynie i pojechaliśmy dalej drogą wzdłuż Dunaju, która przestała nas irytować Znakiem Którego Znaczenia Nie Wolno Wymawiać. Jechaliśmy nawet ścieżką rowerową nad samą rzeką, która jednak nie grzeszyła standardami europejskimi. Na odcinku, który przemierzaliśmy Dunaj płynie niezwykle malowniczo przeciskając się przez góry, tworząc piękny krajobraz. Miejsce to robiło wrażenie, gdyż dolina była bardzo ciasna a na zboczach gór stały miasta, a w Visegradzie na szczycie góry znajduje się stara warownia i zamek. Rzeka razem z drogą wiła się między górami jak mała rzeka w środku Alp, z tym, że tą małą rzeczką był wielki Dunaj. Po drodze mijamy sporo rowerzystów sakwiarzy, jadących w przeciwną stronę. Droga ta jest naturalnym przedłużeniem naddunajskich ścieżek rowerowych Austrii i Słowacji. Nasze góry szybko się jednak skończyły i następne piękne miasto Esztergom – pierwsza stolica Węgier – znajdowało się już na wypłaszczeniu. Esztergom okazał się być pięknym miastem i nasza wycieczka po Węgrzech zakończyła się naprawdę mocnym akcentem. Wspaniałe wzgórze największą w kraju bazyliką, w której znajdował się największy na świecie obraz namalowany na jednym kawałku płótna. Bazylika okazała się niezwykle podobną do bazyliki Św. Stefana w Budapeszcie. Ze wzgórza katedralnego rozpościerał się fantastyczny widok na Dunaj, a na skraju zbocza stał piękny, biały pomnik Św. Stefana, patrona Węgier. Pojeździliśmy trochę po mieście, odwiedziliśmy Tesco, kupiliśmy zapasy chleba bez kminku i wjechaliśmy na most graniczny, by wrócić na ziemię przyjazną językowo. Pożegnaliśmy z mostu Węgry i to tylko umocniło nasze postanowienie o powrocie do Budapesztu w przyszłości. Wjechaliśmy na starą dobrą Słowację i od razu właściwie ciepłe emocje z nas spłynęły. Ogarnęło nas nagle przygnębienie. Wioski były zaniedbane i brudne, na dodatek wiał nam prosto w oczy paskudnie mocny wiatr. A co najważniejsze, uświadomiliśmy sobie że wyprawa się kończy. Humor nam się lekko zepsuł i już do końca dnia było ciężko. Nawet Wielka Morda – szczyt leżący nieopodal, niewiele pomogła naszym humorom. Dojechaliśmy do jakiejś małej miejscowości i zaczęliśmy szukać noclegu, niestety bezskutecznie. Czarę goryczy przelał wzrok Słowaczki, pełen chytrości, który towarzyszył słowom „A macie pieniądze?”. Postanowiliśmy zanocować na campingu, który niespodziewanie wyrósł nam nieopodal na mapie. Okazało się że camping w Kalinciakovie był miejscem odpoczynku mieszkańców niedalekich Levic a przede wszystkim kąpieliskiem. Szliśmy spać przy akompaniamencie The Prodigy rozlegającego się z głośników młodzieżowej imprezy, która odbywała się nieopodal w domku.

stolice7