Ruzomberok – Strba
94,91 km

Nie spieszymy się ze wstawaniem, na szczęście noc była bardzo ciepła. Wyjeżdżamy w kierunku Ruzomberoku, by po 4 km bardzo ruchliwą trasą osiągnąć centrum, gdzie w Tesco robimy zakupy. (Przy okazji Marek dokonuje dobrego uczynku, pilnując roweru młodemu Słowakowi, który nie miał “zapinki”). Stamtąd znajdujemy drogę w stronę Banskiej Bystrzycy, by w nią skręcić w kierunku skansenu w Vlkolincu. Jak się okazuje, skansen jest oddalony od centrum jakieś 10, a nie jak wskazywała nasza mapa 5 km. Po drodze musimy zatrzymać się aby podziwiać start wyścigu kolarskiego. Na 7 km droga do skansenu skręca w niewielką dolinę, a następnie staje niemal pionowo (max. ok. 20 %) Na nasz widok sprzedający w kasie bilety Słowak stwierdził “sportowcy gratis” i w ten sposób zaoszczędziliśmy kilkadziesiąt koron. Rezerwat ludowej architektury w Vlkolincu robi fantastyczne wrażenie. Maleńkie domki ułożone na zboczu góry, strumyk przepływający przez środek wioski, i do tego fakt, iż wioska jest cały czas zamieszkana. Zwiedzamy miniaturowe muzeum wioski, gdzie dajemy się namówić na zakup świeżego owczego sera. Po zwiedzeniu wracamy do rowerów zostawionych przy kasie, gdzie dowiadujemy się o drogę powrotną do Ruzomberoku, która jest o połowę krótsza, udaje nam się również zgrać zdjęcia z kart pamięci na databank (rozładowana bateria). Sympatyczny pan pokazuje nam zdjęcia które zrobił kilka dni wcześniej na widocznej obok łące, które przedstawiały niedźwiedzicę z młodymi. Miło się gawędzi, ale musimy ruszać dalej. Okazuje się, że droga skrótem prowadzi jeszcze chwilę pod górę, z której to góry możemy podziwiać widok na całą kotlinę w której położony jest Ruzomberok, oraz na oddalone i zamglone Tatry. Droga jest stroma i szutrowa, ale faktycznie jest niemal o połowę krótsza. No, ale z sakwami to chyba byśmy tutaj nie podjechali. Wracamy do głównej drogi w kierunku Liptovskiego Mikulasza. Na szczęście po kilku kilometrach główny ruch skierowany jest na autostradę, dzięki której mamy spokój od tranzytu. Zatrzymujemy się aby przekąsić co nieco, i musimy zmierzyć się z katastrofą w jednej z naszych sakw. Okazało się że rozwalił się słoik z dżemem, i wszystko w jednej z sakw jest słodkie i klejące. Po opanowaniu klęski ruszamy dalej. Widoki są ładne, ale niestety droga jest monotonna, i prowadzi niemal cały czas w górę i w dół przez 30 km zmagamy się z podjazdami i krótkimi zjazdami, którym towarzyszy najczęściej wiatr. Zjeżdżamy do Liptovskiego Mikulasza, i zwiedzamy Hypernovą, jedząc lody i podziwiając w międzyczasie Polaków którzy nabywają alkohol. Decydujemy się ominąć Demianowską Jaskinię Wolności, aby jutro móc zwiedzić Jaskinię Bielską. Z LM jedziemy wpierw płasko i przez las podnóżami Niżnych Tatr, potem coraz większymi podjazdami, na dodatek w coraz większym słońcu. kolejne podjazdy są coraz bardziej uciążliwe. Przejeżdżamy przez wieś Vychodna, która z racji tygodnia kultury ludowej ozdobiona jest ludowymi przysłowiami na co drugim domu. Ostatni podjazd jest bardzo ostry, i wznosi się niemal na 1000 m n.p.m. Zjeżdżamy do Strby, pod drodze mamy ładny widok na Kralovą Holę, którą chcemy zdobyć za trzy tygodnie. Za drugim razem znajdujemy nocleg, gdzie gospodarze są bardzo mili, ciągle sie uśmiechają, pozwalają na rozbić namiot na podwórku (!) do tego dają nam wodę, gospodarz chce nas częstować śliwowicą góralską itp. Zabawnym elementem są 3 dziewczyny w wieku szkolnym, które niby przypadkiem urządzają spacery przez podwórko koło naszego namiotu. No cóż… Potrzeba było nieco czasu na nabranie odwagi…… gdy już spaliśmy około 23.30 budzą nas szepty i szturchanie w stelaż. Marek wystawia głowę i zaczyna konwersację. Ośmielone paroma piwami Madzia i Wiera miały ochotę na spacer. Po polsko – słowacko -angielsku gawędzimy dłuższa chwilę a następnie odprowadzamy Madzię do domu, bo inaczej chyba tak stalibyśmy do rana…
slo3