Zdarzyło Wam się by to autostop Was łapał, a nie Wy go? I by kierowca prosił Was byście dali się podwieść? By wypasiony jeep specjalnie nadrabiał 40 km, które nie jest mu po drodze? By kierowca luksusowego auta cieszył się, że obcokrajowcy chcieli wsiąść z nim do samochodu? By ktoś obcy celowo pojechał dalej, odwiedził z Wami miejsce, które chcecie zwiedzić, a potem jeszcze błagał Was byście dali się odwieźć z powrotem choć on był na miejscu? Nieeee? Jak to? 😉 Wyspa Qeshm wita was!

Powitanie na wyspie Qeshm

Gorące powitanie na wyspie Qeshm

Prawie wszyscy nas zniechęcali do przyjazdu tutaj. Że to nie jest prawdziwy Iran, że nie ma zabytków. Dlatego się wahaliśmy, ale ostatecznie uparliśmy się i… nie żałujemy. Zima w Iranie dla Polaka jest szokująco ciepła. Ale styczeń nad Zatoką Perską to już zwykły szok termiczny. Dwie godziny na słońcu wystarczyły by się spalić.

Znów muszę nas cofnąć do naszego hosta w Isfahanie. On pokazując nam rodzinne zdjęcia z różnych miejsc Iranu opowiadał nam o wyspie. To u niego wątpliwości ustąpiły i zdecydowaliśmy się przyjechać. Jakie były argumenty przeciwko odwiedzeniu tego miejsca? Przede wszystkim odległość. Kilkaset kilometrów dalej na południe trzeba przecież pokonać dwukrotnie. Po drugie – to nie jest typowy Iran (akurat to okazało się ciekawym urozmaiceniem), brak zabytków (ale atrakcji było więcej niż czasu, a poniekąd na tle ilości zabytków całego Iranu to nawet plus :P) oraz ponoć niewielka liczba noclegów.

Autobus zawiózł nas do stolicy wyspy – miasta o tej samej nazwie – Qeshm. Oczywiście by dojechać na wyspę trzeba się przedostać przez wodę. Wybudzeni z drzemki autokarowej jeszcze przed wschodem z ciekawością obserwowaliśmy jak upycha się pojazdy na promie. Od razu na myśl przychodziły prasowe relacje z różnych tragedii w Indonezji… Kilku pracowników w odblaskowych kamizelkach dokonywało cudów by jak najwięcej ciężarówek, autokarów i osobówek upchnąć w pięciu rzędach. I na każdym prom wpychali jakieś 60 pojazdów. A że żaden kierowcu na nabrzeżu nie stacza się do wód oceanu to istny cud. Bo ma się wrażenie, że panuje typowa dla Iranu wolna (tfu!) amerykanka. Każdy się wpycha, wszyscy na styk, ale o dziwo wszystko bezpiecznie i bez problemów.

W kolejce na prom mający nas zabrać na wyspę.

W kolejce na prom mający nas zabrać na wyspę.

W Qeshm Town decydujemy się taksówką (na wyspie nie ma transportu publicznego) dojechać do wsi Tabl, do opisywanej już na innych blogach kwatery u Aminiego. Niestety, mamy wrażenie, że jego wspominana tu i ówdzie gościnność, stylizacja na człowieka pustyni jest trochę sztuczna i na pokaz. A może już jesteśmy zbyt zmęczeni i przewrażliwieni… Rozczarowuje nas też brak mozliwosći ustalenia konkretów po angielsku.

Na kwaterze u Aminiego

Na kwaterze u Aminiego

Kwatera jest nawet zadbana, czeka nas tradycyjny pusty pokój wyłożony dywanami. Najpierw po nocnej podróży krótka drzemka i kąpiel (a może w odwrotnej kolejności), a następnie idziemy na krótki rekonesans, który kończymy na półwyspie przy lesie namorzynowym.

iran615

iran614

iran616

Zalewane przez pływy lasy to coś co widziałem tylko w „Szkole przetrwania” i nie wyobrażałem sobie, że kiedyś je obejrzę na własne oczy i to z bliska. Dochodzimy do pełnej miejscowych przystani. Za rejs chce 75 złotych (razem). Trochę drogo nam się to wydaje, a że próby negocjacji nie przynoszą rezultatu to odchodzimy od kasy udając, że nie jesteśmy zainteresowani. Przypadkowy Irańczyk przekonuje nas, że cena może być niższa, proponuje pomoc w zakupie. I to kolejny szczęśliwy człowiek tylko z tego powodu, że Europejczycy chcą z nim rozmawiać. Ten kraj i jego mieszkańcy wciąż nas zachwyca. W końcu cena schodzi o 10 złotych i rozpoczynamy 45-minutowy rejs.

iran601

iran602
Nie potrafię opisać tego co obserwujemy! Płyniemy między koronami niewysokich drzew wystających z lustra płynu o barwie brunatno – szarej. Tak wyglądają morskie wody przypływu. Na gałęziach wystających z wody obserwujemy wiele egzotycznych dla nas ptaków. Zachwyceni robimy zdjęcia. Mnóstwo zdjęć i z żalem dopływamy z powrotem idąc na obiad. Zasadniczo, to gdyby nie uprzejmy Irańczyk, to obeszlibyśmy się smakiem, bo bar nie ma żadnej wywieszki, menu, lady… wszystko zamawia się mówiąc w farsi co chciałoby się zjeść 😉 Z miłą pomocą zamawiamy dwie porcje na 3 osoby i z trudem dajemy radę zjeść ogromne kawały ryby, krewetek oraz ryżu.Gdy podano na dywanie „do stołu” po kilku zdziwionych spojrzeniach orientujemy się, że powinniśmy najpierw „rozłożyć stolik”, czyli jednorazowy, typowy irański obrus.

wyspa qeshm
wyspa queshm

iran604

Z pierwszego piętra obserwujemy, jak zaczyna się odpływ i te miejsca, które były do niedawna przykryte wodą odsłaniają błotniste dno. Obżarci (tak, to odpowiednie słowo!) wracamy drogą przez zamuloną okolice, spod której jeszcze 3 godziny wcześniej wystawały tylko czubki krzewów oraz wysoko usypana asfaltowa droga.

iran611

Wracamy na nocleg o 16.00. Do zachodu zostały jeszcze 3 godziny, a siedzenie na miejscu jest marnowaniem czasu. Najbardziej nas kusi wąwóz Chakkooh. Jest tylko pewien problem… Odległość – z mapy wynika, że ok. 23 km czyli nie mamy szans tam dotrzeć przed zachodem słońca, a co dopiero wrócić. (sama wyspa jest całkiem spora bo mierzy ponad 70 km długości) Z pełną premedytacją wychodzimy więc z założeniem, że albo złapiemy stopa albo się kawałek przejdziemy. Zaraz pada pytanie, a jak złapiemy stopa w Iranie to co? Jak wówczas wrócimy? I z zupełnym luzem i spokojem stwierdzamy… jakoś to będzie. Dochodzimy na koniec miasteczka (wsi?) i jakież jest nasze zdziwienie, gdy pierwszy kierowca się zatrzymuje. Zdziwienie jest o tyle duże, że zasadniczo, to nawet nie zdążyliśmy wyciągnąć kciuka 😉 Młody chłopak w dostawczym aucie z pękniętą szybą niestety mówi tylko po persku (może jeszcze arabsku), ale nie przeszkadza mu to całą drogę próbować podtrzymać konwersację. Sam wąwóz jest położony 2 km na południe od głównej szosy. Nasz kierowca wjeżdża jeszcze do piekarni po kilkadziesiąt chlebów, które potem zostawi w sklepie we wsi w miejscu, gdzie szosę się opuszcza by dotrzeć do wąwozu. No to jesteśmy na miejscu 🙂 W środku wsi przez jezdnię przebiega nam… hiena, a w aucie teraz zaczyna się mniej więcej taki dialog:

MY (do siebie): Słuchajcie, nie możemy go wykorzystać, on chyba chce nam dalej zawieść, nie możemy mu na to pozwolić. Gdzie mu jest po drodze chętnie skorzystamy, ale paliwo, czas… Podziękujemy mu tu.

ŁUKASZ (trochę po angielsku, polsku to i tak nevermind 😉 ): Dziękujemy. My tu wysiądziemy. Dalej sami trafimy

KIEROWCA (na ile zrozumiałem po persku 😉 ): Wąwóz jest tam, ja was tu nie zostawię. Zawiozę was.

MY: Ale nie możemy. Wysiądziemy już. Naprawdę dziękujemy

ON: Nie! Zawiozę was. Nie mogę was zostawić tutaj tak.

MY Ale…

W końcu dostaliśmy jeszcze po soczku ze sklepu i chyba biedny chłopak pomyślał, że myślimy stereotypowo i bierzemy go muzułmańskiego terrorystę, który chce wywieźć, zabić, zgwałcić i porwać niewiernych (kolejność już bez znaczenia) i następnie pokazywał nam każdy drogowskaz (a one były tam od siebie oddalone co jakieś 300 m) udowadniając nam, ze wie dokąd jechać. No i tak dojechaliśmy na miejsce. A on poczuł się w obowiązku z nami pójść. I towarzyszył nam całą drogę aż do samochodu z powrotem.

iran620

iran619

Nasz samozwańczy przewodnik

Nasz samozwańczy przewodnik

Wąwóz jest po prostu przepiękny. Wyobraźcie się sobie 30 – metrowej głębokości wapienny kanion w kształcie krzyża a szerokości góra 3 – 4 metrów. Ten krzyż wcale nie jest prosty, tylko kręty, zaś do tego ściany mają wyżłobienia robione latami przez wodę. Nie możecie sobie wyobrazić?! No to spójrzcie na zdjęcia 🙂 Oprócz nas podziwia go kilku turystów (także irańskich) i wracamy do samochodu tylko dlatego, ze późno już bo w wąwozie chciałoby sie spędzić kilka godzin. I znów zaczyna się scenka. Stwierdziliśmy, że nie możemy na tyle wykorzystać kierowcy by specjalnie z nami wracał ponad 20 km w jedną stronę. Bo jesteśmy przekonani, że wieś obok była jego docelowym miejscem. Znów więc dyskusja. On chciał nas wieźć, my kazaliśmy mu wysiąść. Ostatecznie dowiózł nas do szosy i tam wysiedliśmy po niemal kłótni. Nie chcieliśmy go ani wykorzystać, ani obrazić. Pożegnaliśmy się w uśmiechem, choć on nam pokazywał, że pojedzie z nami. Byliśmy przekonani, że następnie on zawróci do wsi, a on… pojechał przed siebie. By chyba nam pokazać, że nie chciał nas celowo podwieźć. Bo potem wracał…

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Na pustyni już mrok, idziemy więc asfaltem i próbujemy zatrzymać nieliczne samochody powoli zmniejszając dystans 20 km. Najwyżej dojdziemy na 23.00 😀 Tu małe wyjaśnienie. Na Wyspie Qeshm wydobywa się ropę i istnieje specjalna strefa ekonomiczna. Stąd mieszkańcy zarabiają zapewne lepiej niż w pozostałej części kraju. Widać to po samochodach. Większość aut, którymi jeżdżą zrobiłaby wrażenie i u nas.

To też robi wrażenie, ale nieco odmienne ;)

To też robi wrażenie, ale nieco odmienne 😉

No więc z przeciwka jedzie całkiem niezła terenówka. Przyciemniane szyby, głośna lokalna muzyka pop… Dwóch gości zatrzymuje się i nas zagaduje. Tradycyjna, a skąd, a dokąd… Po chwili każą nam wsiąść i… zawracają. Zawożą nas do Tablu, tam wysadzają i… znów zawracają. Zmarnowali pół godziny, zrobili dodatkowe 40 km, aby nas nie zostawić na pustyni. Niesamowite! To chyba tylko ludy, które są zdane w ciężkich warunkach na innych, potrafią tylko uczynić…

Wróćmy na chwile do lasów namorzynowych. Irańczyk, który oferował nam pomoc polecał też rejs na delfiny. Są więc tylko 2 problemy: odległość (przystań 30 km od nas) i pora (trzeba wypłynąć do 10.00 bo potem delfiny się przenoszą dalej od brzegu, gdzie woda jest chłodniejsza). Spytacie o cenę? Ile byście byli w stanie zapłacić za zobaczenie delfinów z bliska w Zatoce Perskiej? W prawie godzinnym rejsie motorówką, z których 20 minut spędzasz przy tych ssakach? No ile…? Ja 12 zł 😉 Tak, to nie żart – taka jest oficjalna cena. Aha – nie ma gwarancji, że delfiny będą akurat chciały mieć z turystami kontakt, ale my je spotkaliśmy 🙂

iran612

Nazajutrz więc decydujemy się, że nie będziemy już szukać stopa bo nie zawsze ma się takie szczęście jak poprzedniego dnia i decydujemy się na kurs taksówką. Negocjacje były typowo arabskie. Ostatecznie decydujemy się iść i łapać stopa, więc po kilkuset metrach jeden z kierowców nas dogania i ustępuje trochę ze stawką. Dojeżdżamy na miejsce i wsiadamy do motorówki. Irańczyk obok nas słysząc, że jesteśmy z Polski mówi, że był w Krakowie i bardzo mu się Wieliczka podobała 🙂 Delfiny długo opływają nas z każdej strony. Było ich chyba ok. 40 i pozowały nam z odległości ok. 30 metrów. Wrażenie wspaniałe!

Atak na bezludną wyspę hengam

Atak na bezludną wyspę Hengam

Ale Wyspa Keszm nie jest najdalej wysuniętą wyspą w Iranie. Za nią znajduje się kolejna – Hengam. Decydujemy się wysiąść i to jest strzał w dziesiątkę. Widać, że tu wciąż panuje bieda. Czujemy się trochę jak w Afryce. Pseudo bungalowy na plaży, stragany, gdzie sprzedają rękodzieło (koralików tylko brakuje 😉 ), ludność czarnoskóra raczej, a niektóre miejsca na plaży przykryte zeschniętymi liśćmi palm. Zabudowania biedne, a mieszkańcy w środku dnia pochowani. Jest przerażająco pusto! Idziemy na piękną „srebrną plażę”, którą widzieliśmy z motorówki.

iran613

iran607

iran608

iran609

Po przejściu jakiś 3 km trafiamy na ustronne miejsce, gdzie łamiemy irańskie prawo i wszyscy (znaczy, ze Asia też) kąpiemy się. Woda jest lodowata, co przy upalnym słońcu tworzy dobrą na reumatyzm mieszankę. Jednak później z dumą będziemy się chwalić styczniową kąpielą w morzu. A raczej w Zatoce Perskiej 😉 Niestety plaża pełna śmieci wyrzuconych przez wodę.

Dwugodzinne opalanie Łukaszowi i mnie to jednak mało. Decydujemy się na spacer po pustyni i przez kolejne 2 godziny robimy 10-kilometrowe kółko. Oczywiście nikogo nie spotykamy bo nikt normalny w południe nie łazi niepotrzebnie na otwartym terenie w tym klimacie nawet zimą. Nikt poza turystami 😀 Spotykamy za to lokalne gazele. Łącznie około 30 sztuk ich nam się ukazało.

iran621

Wracamy motorówką na Keszm (2 zł) i jeszcze nam mało. Odwiedzamy sąsiednią wieś szukając bezskutecznie posiłku. I wracamy powoli… Nie zdążyliśmy na dobre opuścić wsi, gdy zatrzymuje się luksusowy samochód. Zachodnia marka, już nie pamiętam jaka… Kierowca podwozi nas na lotnisko, na rondo na środku wyspy. Tam zamiast łapać kolejnego stopa spędzamy pół godziny fotografując stado wielbłądów, które stojąc na rondzie upatrzyły sobie krzaki rosnące na wysepce przy zjeździe z ronda.

iran622

iran623

iran610

Nadchodzi jednak niewielka burza piaskowa, więc trzeba się ewakuować. Oczywiście długo nie czekamy, gdy zatrzymuj się jeep. Na pace siedzi już holenderska para i przy silnym wietrze pędzimy chyba 80 km/h. A wieczorem trzeba się zbierać na autobus, na który mamy już bilety i mamy na niego wsiąść przy promie. Jesteśmy dogadani z Aminim, że zapewni nam transport. Krótko przed godziną wyjazdu stawka za przejazd jednak rośnie. On wie, że jest już późno i stopa w 4 osoby ciężko będzie złapać. Postanawiamy jednak ewakuować się po angielsku. Oczywiście znajdujemy znacznie tańszy transport u jednego z Afgańczyków. Jeszcze raz potwierdza się maksyma, że chytry dwa razy traci.

To były zupełnie inne dwa dni. Spokojniejsze, z ciekawą przyrodą. Nawet do żadnego meczetu nie weszliśmy! Ale z pewnością warto było zobaczyć inny Iran. Przekonać, ze jest on różnorodny. Bo Queshm zamieszkują głównie sunnici, a nie jak resztę kraju szyici – z odmiennymi strojami, zwyczajami. Warto było tłuc się kilkanaście godzin autobusem – zdecydowanie polecamy to miejsce!