Dzień startu, czyli 1 listopada w całości przeznaczmy na dojazd. Przed nami niemal 1100 km, które planujemy przejechać bez noclegu zmieniając się po drodze. Razem z nami będzie na całej trasie (!) podróżowało starsze małżeństwo znalezione przez serwis BlaBlaCar. Wyjeżdżamy zatem z Katowic o 14:00. Pogoda nie jest zbyt dobra, ale jeszcze nie pada.

Pierwsza część trasy znana jest dobrze, bo aż do Budapesztu jedziemy przez Słowację wariantem bezwinietkowym. Jednak z racji tego, że autostrada wiedzie aż do granicy serbskiej, a tym razem jedziemy w 4 osoby decydujemy się zakupić winietę na autostrady. Sama winieta jest tylko bytem wirtualnym, i tutaj polscy zarządcy dróg mogli by się sporo nauczyć. Kupuje się ją poprzez stronę internetową, i po podaniu danych pojazdu kamery na autostradach same odczytują, czy przejeżdżający pojazd ma wykupiona opłatę, czy tez nie. Koszt takiej winiety w wariancie dziesięciodniowym to 2975 HUF, czyli około 40 złotych.

Po przejechaniu obwodnicy Budapesztu zaczyna się dla mnie i Skody terra incognita. Żeby tego było mało, pogoda zaczyna robić się mglista, i po jakimś czasie widoczność spada do kilkunastu metrów. Na szczęście ruch jest mały, i aż do granicy serbskiej jedziemy tylko autostradą, więc jedzie się w miarę komfortowo. Po drodze robimy tylko postoje aby zatankować oraz zjeść kolację. Około północy jesteśmy na granicy węgiersko-serbskiej. Tu już musimy pokazać paszporty. Na szczęście celnik na nocnej zmianie jest leniwy, i nie musimy zbyt mocno otwierać wypakowanego bagażnika.

stampW Serbii droga też jest prosta. Z wyjątkiem obwodnicy Belgradu nasza trasa wiedzie przez ponad 400 km autostradą, i dopiero na 80 km przed kosowską granicą skręcamy na boczne dróżki. Jest jednak parę różnic: jakość dróg, która jest znacznie gorsza od węgierskich, i znane nam skądinąd bramki na autostradzie. W drodze do Kosowa musieliśmy aż trzykrotnie uiścić opłatę za przejazd, co w sumie kosztowało nas około 46 zł (1300 RSD) za 430 km. Po 15 godzinach jazdy meldujemy się na zamglonym przejściu granicznym. Za tą dumną nazwą stoi kilka baraków i bud mieszczących w sobie celników i pograniczników serbskich i kosowskich. Oprócz rutynowej kontroli paszportów musieliśmy wykupić dodatkowe ubezpieczenie OC na samochód (30 €/miesiąc), gdyż na terenie Kosowa nie obowiązuje zielona karta polskich ubezpieczycieli. Stąd jeszcze niecała godzina jazdy, i meldujemy się w stolicy Kosowa. Przedmieścia wyglądają jak w dowolnie wybranym arabskim państwie – brud i chaos.

Reprezentacyjna ulica Prisztiny - Bulevard Bill Klinton (sic!)

Reprezentacyjna ulica Prisztiny – Bulevard Bill Klinton (sic!)

Dojeżdżamy do centrum, i naszym pierwszym celem jest dworzec autobusowy, gdzie musimy wysadzić naszych pasażerów. Nie ma go jednak na naszej nawigacji, więc musimy się ratować pytaniem miejscowych. Jak można się domyślić, o 5:00 nad ranem nie ma ich zbyt wielu, ale w końcu jedne się napatoczył. Na nasze gromkie „pytanie” wykrzyczane przez wszystkie otwarte okna:

-Autobusna Stanica??
Młody człowiek odpowiedział:
-yyyy… When you pass…yyy… the most, turn left!

Mam nadzieję, że nie speszył się zbytnio słysząc nasz śmiech 😉 Wszystko zrozumieliśmy, most znaleźliśmy i skręciliśmy w stronę dworca. Po jego odwiedzeniu zostało nam jeszcze tylko znalezienie adresu naszej koleżanki. Okazało się to nie takie łatwe, zwłaszcza, że nasze telefony odmówiły posłuszeństwa i nie chciały współpracować z kosowskimi sieciami. Po dłuższej chwili jednak udało nam się porozumieć, i już niedługo mogliśmy się cieszyć wypoczynkiem.