„Polska egzotyczna” kojarzy nam się z Podlasiem, ewentualnie z Bieszczadami… Ale także w innych rejonach kraju mieszkaniec centralnej Polski może poczuć się niemal jak za granicą. W zeszłoroczny długi weekend za swój cel obraliśmy z Łukaszem Łużyce. Dlaczego właśnie ten rejon? Bo… pozornie z niczym mi się nie kojarzył. Ale im więcej zacząłem się wczytywać – tym bardziej interesujący się wydawał.

Przeciętny Polak był pewnie w Szklarskiej Porębie i Karpaczu. Może po drodze wyskoczył jeszcze do Zamku Czocha. I z zaskoczeniem patrzył na nietypową architekturę wsi i miasteczek. Ale też niestety bije po oczach stan tych budynków… I na tym znajomość tego obszaru zazwyczaj się kończy… Okazało się, że obaj uznaliśmy te tereny za na tyle interesujące, że postanowiliśmy je kiedyś odwiedzić.

W Polsce długi weekend majowy to fascynujące zjawisko socjologiczne. Niemal co roku kto może rzuca wszystko i wyjeżdża kawał od domu. Niby jest ciepło, niby słonecznie, dzień niby już długi, ale… W górach leży śnieg, woda w morzu i jeziorach zimna, a wszyscy ulegamy masowej histerii i opuszczamy domy. Ceny noclegów wysokie, korki, tłok, tłum… A że kalendarz układa się tak, że żal nie skorzystać by wyskoczyć z pracy to, gdy w myślach zacząłem szukać ciekawego, ale niestandardowego miejsca i nagle przypomniałem sobie, że od kilku lat męczy mnie to pogranicze polsko – niemiecko – czeskie. Zaraziliśmy się wzajemnie pomysłem i ustaliliśmy, że spotkamy się na miejscu.

Ponieważ Łukasz mógł pojawić się dopiero w niedzielę to w sobotę postanowiłem zanocować w Legnicy. Mieście, które przeciętnemu Polakowi kojarzy się z miedzią i Rosjanami. Dopiero jak gdzieś głębiej poszukamy w zakamarkach wspomnień z lekcji historii w podstawówce przypomina się nam bitwa pod Legnicą. A jak przypomnimy sobie jej datę (1241) to nagle stwierdzimy z zaskoczeniem, że to może być całkiem stare i zabytkowe miasto. I owszem jest! (co więcej wyszło niemal bez szwanku z II wojny światowej) A raczej… było. Bo w maju 1945 r. Rosjanie świętowali zakończenie wojny w taki sposób, że spalili najpiękniejsze budynki na starówce. To było typowe zachowanie Armii Czerwonej. Oficjalnie palili budynki, w których znajdowali się niemieccy żołnierze. W praktyce – brali odwet na pokonanych chcąc ich upokorzyć. A że już wówczas było niemal pewne, że to będzie polskie miasto? Ale przecież dokładnie to samo Armia Czerwona robiła w innych miastach – przytoczmy choćby Kwidzyn czy teatr czy bazylikę w Bydgoszczy. Ech…W Legnicy zaś Polska podczas PRL zniszczyła to co udało się uratować w 1945 r….

W drugiej połowie lat 60-tych przez centrum miasto puszczono dwupasmową główną ulicę. Główną przeszkodą w jej wytyczeniu stanowiła… zwarta, zabytkowa zabudowa starówki. To co…? Wyburzyć! Poszło z gruzem kilkaset budynków… Mimo wszystko do dziś zachowało się kilka pięknych wartościowych kościołów, brama miejska, zamek jeszcze z czasów piastowskich i na szczęście też część kamienic. Niestety jednak miasto wygląda jak typowe miasto na „ziemiach odzyskanych”.

Na starówce pomiędzy ładnymi kamienicami i kościołami mamy bloczki. Przy samym Rynku! Cały naród wówczas budował swoją stolice, a odzyskane miasta nie miały mieć w sobie „niemieckości”, ani też nic z burżuazyjnego mieszczaństwa, a należało budować „piękny, socrealistyczny świat” Tak samo wygląda przecież Szczecinek, Stargard, Lwówek Śląski, Kostrzyn nad Odrą, Kołobrzeg czy Międzyrzecz… Niestety, ta lista jest długa 🙁 Mimo tego na starówce legnickiej warto spędzić trochę czasu.

Poza Bornym Sulinowem, Kłominem i Pstrążem (ale te miasta były tajne) to Legnica była najbardziej radzieckim miastem w Polsce. Do dziś w Legnicy tuż za katedrą stoi… pomnik przyjaźni polsko – radzieckiej.

Legniczanie nazywają go m.in. pomnikiem kidnapera 😉 Patrząc na zdjęcie chyba nie macie wątpliwości czemu? Zadziwiające jest nie tylko to, że pomnik wciąż w mieście stoi, ale także to, jak mieszkańcy go bronią… Gdy fotografuję pomnik zauważają to dwie starsze panie i głośno komentują „Niech pan robi zdjęcia bo to pomnik NASZYCH żołnierzy. Chcą go nam zabrać”. Później chwilę z nimi rozmawiam, a one tłumaczą, że „ci chłopcy tutaj mieszkali u nas. Pamiętamy ich. Tacy młodzi byli. Co się teraz z nimi dzieje…?”. Mimo, że miasto było w 1/3 zamknięte dla miejscowych, pomimo zniszczeń powojennych, mimo uprzywilejowaniu rosyjskich mieszkańców legniczanie z sentymentem wspominają ich obecność. Duży na to może mieć też szpital.

Szpital… Główny powód mego przyjazdu do Legnicy. Kiedyś największa lecznica Armii Czerwonej w Polsce. Ponoć zajęta mogła być tylko 1/3 łóżek szpitalnych bo reszta miała być w gotowości na wypadek wybuchu wojny dla żołnierzy Armii Radzieckiej. A dziś? Od kilkunastu lat stoi pusty. Ukryty w dzikim parku poza centrum miasta. Cały otoczony murem i strzeżony. Właścicielami są ponoć jacyś warszawiacy, którzy dostali go jako rozliczenie za mienie zabużańskie. I tak ich uszczęśliwiono, że nie wiedzą co z nim zrobić. Oficjalnie Polacy nie mieli możliwości dostać się do środka. Jak zresztą do radzieckiej dzielnicy Tarninów.

Przed wojną była to najpiękniejsza dzielnica niemieckiego miasta z wieloma pięknymi willami. Na jej obrzeżu wybudowano ogromny szpital. Po 1945 r. Rosjanie postanowili zagarnąć i całą dzielnicę i szpital. Nietrudno znaleźć o samym szpitalu szczegółowe informacje w Internecie. Ale czytać a zobaczyć to zupełnie co innego 🙂 Zresztą po tym co przeczytałem to zacząłem sobie wyobrażać ogromny kompleks z co najmniej 60 budynkami. Oczywiście teren jest mniejszy, ale i tak niezwykle imponujący. W środku jest bodaj 11 budynków. Otoczony murem i strzeżony przez ochronę z psami. Oczywiście teren jest olbrzymi, więc można bawić się w gonionego i chowanego z ochroną, ale chyba jestem za stary na przechodzenie przez mury. A poza tym psy są dość mocnym argumentem za innym rozwiązaniem 😛 Idę oficjalnie pod bramę „zagadać”,a ku swojemu zdziwieniu na dzikim parkingu pod bramą widzę kilka samochodów z rejestracjami z całej Polski. Czyli już wiem, który obiekt w Legnicy cieszy się największym „zainteresowaniem” turystów. Za wstęp płacę 10 zł i jest to dobrze wydana kwota. Uzbrojony w latarkę i krótki instruktaż od „biletera” ruszam na zwiedzanie budynków i podziemi 🙂

Najpierw główny budynek. Gigantyczny obiekt z niezliczoną liczbą sal, w których jeszcze pozostały lampy operacyjne i inne elementy wyposażenia szpitalnego. Wzdłuż całego budynku przebiega długi korytarz, który przypomina ten z Woronicza znany choćby z „Człowieka z Marmuru”. Ma lekko ponad 200 metrów długości! Na jednym z parapetów znajduję pustą butelkę po gruzińskiej wodzie mineralnej „Borzomi” 🙂 Szyb windy… bez windy. Niestety, bandyci zwani złomiarzami dobrze się obłowili okradając te budynki.

Z piwnicy podziemnym łącznikiem przechodzę do sąsiedniego budynku, a tam w pomieszczeniach rosną… paprocie i drzewa. Budynek był chyba kotłownią bo pozostał otwór na zrzut węgla. Z ciekawych obiektów to widać, gdzie była stołówka (uwaga na szkło!) oraz.. kaplica z prosektorium. Wchodząc do środka nie mamy wątpliwości, że to właśnie to 🙂 Zaskakuje jednak fakt, że Armia Czerwona pozwoliła na funkcjonowanie kaplicy… W następnym budynku kinoteatr. Z tyłu zamknięty (niestety) oddział psychiatryczny. Kto oglądał „Małą Moskwę” zapewne kojarzy ten budynek 🙂

No i na koniec – perełka – basen. Najpierw wspinam się na dach zobaczyć jak to wszystko wygląda z góry, a potem do środka. Tam – przebieralnie, mozaika na wejściu i… 🙂 Rosjanie opuścili Legnicę w 1993 r., a w basenie… wciąż stoi woda. Nawet nie śmierdzi tak bardzo 😀 Oczywiście poziom dużo niższy niż powinien być, ale nadal widać, że jest głęboko. Niestety w basenie leżą tez śmieci typu krzesła.

O kubaturze wszystkich obiektów niech świadczy fakt, że pomimo kilku samochodów przed wejściem, pierwszych „turystów” spotykam niemal po godzinie. Wszyscy są pod wrażeniem i większość zatrzymała się tu „po drodze gdzieś”. Z wielkim żalem opuszczam szpital, ale robi się późno, a jeszcze Stare Miasto czeka.

Pisząc o Rosjanach w Legnicy oprócz szpitala, Tarninowa oraz pomnika trzeba pamiętać o jeszcze jednym. Rosjanie przyjeżdżali tu koleją. Ale „ich” dworzec znajdował się kawałek dalej od właściwego. Tak, by oni nie mieli kontaktu z nami (albo/i odwrotnie). Budynek dworca byłby piękny, ale niestety teraz to obraz nędzy i rozpaczy. Hala dworcowa za duża na tak niewielkie miasto. Zaś same perony zadaszone jak we Wrocławiu czy Berlinie. Hala peronowa ma imponujące rozmiary – blisko 50 m szerokości. Tylko ostatni remont przeszła… przed wojną. Ale i tak robi wrażenie, choć na peronie, gdy się patrzy do góry człowiek nie czuje się zbyt pewnie 😀

To stąd wyruszę następnego dnia do Strzegomia by sie spotkać z Łukaszem i rozpocząć właściwe zwiedzanie terenów tak bliskich, a jednocześnie „tak innych”. Po drodze miło upłynie czas na rozmowach z dwojgiem legniczan, którzy z rozrzewnieniem wspominają jednego radzieckiego szpitala, który leczył w TYM szpitalu go tak, że dość kolano się nie odzywa… Czyli jednak Polacy tez „jakimś” cudem” mieli szansę do szpitala się dostać. Przy okazji dowiaduję się, jaki interes niektórzy zrobili kupując za grosze poradzieckie mieszkania… Ale to już jest zupełnie inny temat…