Po domowym śniadaniu w hoteliku ustawiam się na wyjeździe z wioski, czekając na stopa. Stop z tego średni, bo i tak trzeba zapłacić za transport 50 lari, ale innego sposobu na wydostawanie się z Tuszetii nie ma. Samochody jadą rzadko, ale już za drugą okazją udaje mi się zabrać. W środku jest już trzech Gruzinów, mnie na nieszczęście miejsce przypadło z tyłu koło starego Gruzina, który podróżuje z plastikową butelką napełnioną czaczą, z której to pociąga co chwilę łyk. Nie muszę dodawać, że roztacza wokół siebie niezapomnianą woń, więc okno mam szeroko otwarte. W przeciwieństwie do drogi do Tuszetii tym razem pogoda jest doskonała, dzięki czemu mogę podziwiać niesamowite widoki. Podróż trwa miło do momentu…. Gdy zatrzymujemy się w Omalo…. Pod domem w którym spaliśmy kilka dni temu. Pomny na fakt, iż Pani nie chciała nas więcej widzieć, mimo nalegań nie chcę wejść na kawę. Po kilkunastu minutach skład osobowy w jeepie się zmienia i ruszamy powoli dalej, na szczęście zostałem przesadzony do przodu więc mam więcej swobody w robieniu zdjęć i oddechu. Samochód wspina się mozolnie pod przełęcz pokonując niezliczone serpentyny. W pewnym momencie poziom niezrozumiałej dla mnie prowadzonej po gruzińsku dyskusji podnosi się, po czym samochód zatrzymuje się. Kierowca otwiera bagażnik… i wyjmuje zestaw ratunkowy: chleb, ser, i czaczę. Po wychyleniu kilku łyków drużyna rusza dalej. Przejeżdżamy przez przełęcz, i powoli zjeżdżamy. Po 5 godzinach jazdy jestem z powrotem w Kvemo Alvani. Pierwsze co zauważam, to upał.

Kilka minut czekam na poboczu, ale nie zdążyłem się nawet porządnie zastanowić, gdy pojawia się marszrutka do Alaverdi. Wsiadam, i nie mam nawet chwili by się rozsiąść, bo do największej w Gruzji katedry jest raptem 2 kilometry. Kierowca za ten dystans nie chce ode mnie żadnej zapłaty. Wysiadam koło kompleksu katedralnego. Podziwiam kompleks klasztorny, zniszczony niemal doszczętnie wewnątrz przez Rosjan. Po zwiedzeniu klasztoru powracam w objęcia upału. Zdejmuję plecak, i próbuję złapać stopa. Po 10 minutach i kilku nieudanych próbach łapania stopa na dostrzegam starsze małżeństwo podchodzące do samochodu. Sami proponują mi podwiezienie. Ruszamy w kierunku Telavi. Pytam o możliwość wysadzenia w Ikalto. Zatrzymujemy się przy głównej drodze, skąd do kolejnego klasztoru jest jeszcze dwa kilometry. Na pożegnanie dostaję jeszcze chleb. Po drodze miejscowi proponują mi degustację wina, ale odmawiam. W klasztorze spotykam kilkoro Polaków. Z racji, że podróżują taksówką zwiedzając klasztory w okolicach Telavi, zabieram się z nimi, aby docelowo dojechać wieczorem do miasta. Po drodze mamy w planach zwiedzić jeszcze kolejne kościoły w Shuamcie. Nasz gruzińskie kierowca mknie bardzo szybko, jednak tuż przed zjazdem do lasu…. Okazuje się, że w baku nie ma już niemal benzyny. Kierowca wrzuca więc wsteczny bieg, i na oparach benzyny rusza w te pędy do najbliższej stacji benzynowej. Tankuje tyle, że kreska nawet nie drga ze stanu rezerwy, i jedziemy z powrotem. Klasztor położony jest w mrocznym lesie. Powoli zatrzymujemy się, i w tym momencie z mroku wyłania się kilkanaście starszych osób, które chcą nam sprzedać świece wotywne. Wkładają swoje ręce przez okno samochodu… Zupełnie jak zombie. Atmosfera jest niesamowita. Oglądamy zabytkowe klasztory, i wracamy do Telavi. Taksówkarz jest tak miły, że podwozi mnie pod wskazany adres. Wysiadam przy hostelu. Nie ma w nim wolnych miejsc, ale właścicielka słysząc, że ja tylko na jedną noc, lokuje mnie… w swoim salonie. Na tym kończy się dzień pełen wrażeń…