W Baku przed nami jeszcze kilka miejsc, gdzie nie trafiliśmy za pierwszym razem.

Wracamy na Stare Miasto. Na pierwszy ogień idzie pałac Szyrwanszachów. Zbudowany z jasnego piaskowca jak reszta starego miasta jest ciężki do odnalezienia w jego zaułkach. W końcu docieramy. Jego smukłe minaretu i wieże oraz misterne zdobienia kontrastują z widocznym na horyzoncie wieżowcami Flame Towers.

Reprezentacyjna aleja stolicy.

Wnętrze nie jest zbyt wielkie, ale zawiera całkiem przyjemną częściowo multimedialną wystawę. Spod pałacu udajemy się do symbolu starego miasta – Baszty Dziewiczej. Tym razem wchodzi tylko Mateusz, a ja protestuję przeciw dość absurdalnej cenie – bilet studencki stanowi jakieś 5% ceny biletu normalnego.

Na sam koniec udajemy się ponownie na wzgórze nad miastem. Tym razem udaje się jechać kolejką, i spotykamy tam nie kogo innego, jak naszego współtowarzysza z Hinalug. Jakiś mały ten Azerbejdżan.
Duża część wzgórza zajmuje park pamięci o bohaterach Azerbejdżanu. Şəhidlər Xiyabanı, bo tak brzmi jego nazwa, składa się z dużego cmentarza, na którym pochowani są azerscy bojownicy zarówno radzieckiej interwencji w 1990 roku jak i wojny o Górski Karabach. Bojownikami byli w dużej części cywile, często młodzież…Równe rzędy nagrobków z podobiznami zmarłych prowadzą do jasnego obelisku wewnątrz którego pali się wieczny ogień.

Powoli zmierzamy w kierunku dworca. Nasz pociąg już stoi na peronie, po sprawdzeniu biletów zajmujemy nasz przedział. Szarpnęliśmy się na komfortowy przedział dwuosobowy, ale zbyt wiele to nie daje. Mimo wygodnego posłania pociągowy sen jest niezbyt komfortowy, co chwilę budzę się, definitywnie otwierając oczy koło 6:00.

Nocny zestaw pociągowy – ayran + kompot w butelce 🙂

Niedługo potem zatrzymujemy się na granicznej stacji. Procedura paszportowa jest długa i uciążliwa. Zbieranie paszportów, oglądanie przedziału, zaglądanie do bagażu, oddawanie paszportów, przejazd na druga stronę, powtórka z rozrywki z dodatkową wizytą w przedziale strażnika granicznego. Całość zajmuje dobre dwie godziny.

Obserwujemy krajobraz za oknem. Azerbejdżan może był i biedny, jednak Gruzja w porównaniu zwłaszcza z Baku stanowi obraz nędzy i rozpaczy. Widać, że mimo iż wyjechaliśmy jednej postradzieckiej republiki do drugiej, to jednak podróżujemy z państwa wspomaganego pieniędzmi z ropy do dużo biedniejszej Gruzji. Gdy odwiedziłem Gruzję po raz pierwszy w 2011 roku byłem zachwycony swoistą egzotyką. Teraz nie mogłem się odnaleźć w gruzińskiej, nieco syfiastej rzeczywistości.

Gruzińskie wynalazki 😉

Po zameldowaniu u Iriny odsypiamy nieco, po czym wybieramy się pozwiedzać. Sam hostel wygląda dokładnie tak samo jak w 2011 roku, a na środku ściany dalej przykuwa wzrok zdjęcie Lecha i Marii Kaczyńskich. W Tbilisi od tego czasu pojawiło się parę nowych atrakcji, m.in. kolejka wiodąca spod mostu-podpaski do Twierdzy Narikala.

W drodze do twierdzy

Gruzińskie cuda architektury 😉

Podczas poprzedniej podróży ominęliśmy statuę Matki Gruzji i twierdzę gubiąc się w ogrodzie botanicznym i wchodząc na teren rezydencji Bidziny Ivanishvilego Niestety kolejka do kolejki jest na tyle duża, że musimy wrócić tu później. Irytują mnie tłumy turystów – kilka lat od poprzedniej wizyty robi swoje, Gruzja staje się coraz popularniejsza nie tylko wśród Polaków. Wybieramy się również kolejką typu „Gubałówka” na wyższe już wzgórze Mtatsminda, na którym znajduje się wieża telewizyjna i park rozrywki. W dół wybieramy się już pieszo. Zajmuje nam to niewiele czasu, bo goni nas deszcz.

Ostatni już dzień wyprawy to transport do Kutaisi. Znowu pociąg, pokonujący 250 km między tymi miastami w niemal 6 godzin. Z każdym kolejnym przystankiem postoje są coraz dłuższe, od pociągu odczepiane są kolejne wagony, do samego Kutaisi wtacza się tylko jeden wagonik.

Naszym celem są dwie katedry znajdujące się na liście UNESCO – Bagrati* i Gelati. *Krótko po naszej wizycie, w lipcu 2017 roku Bagrati została skreślona z listy ze względu na przebudowę znacznie ingerującą w historyczną budowlę. Zakończona w 2013 roku przebudowa jest faktycznie kontrowersyjna – do XI wiecznych murów dobudowano konstrukcje ze szkła i stali, a całość przykryto uroczą blachodachówką.

Naszą ostatnią wycieczkę utrudnia całkiem spory upał. Do znajdującej się nad miastem katedry Bagrati wdrapujemy się w strugach potu. Po zejściu szukamy busa, który zawiezie nas do znajdującej się kilka kilometrów dalej drugiej katedry.

Niestety częstotliwość transportu publicznego jest taka, że musimy w drogę powrotną udać się pieszo, łapiąc przy tym stopa. Gruzin, który nas zabiera zdumiewa nas znajomością polskich okolic, wymieniając nazwisko swojego rodaka grającego niegdyś GKS Katowice. Wycieczkę kończymy na wzgórzu nad rzeką Rioni, na które dostajemy się archaiczną kolejką.

Lot do Katowic zaplanowany jest w nocy, na ostatni wiec nocleg wybieramy się na lotnisko. Co ciekawe, kutaiskie lotnisko jest całkiem nieźle przystosowane do potrzeb backpackerów, i można zupełnie komfortowo przedrzemać kilka godzin oczekiwania. Po poprzedniej nocy przerywanej stukotem kół korzystamy z tego z ochotą. Jeszce tylko kilka godzin lotu i nad ranem meldujemy się na lotnisku w Pyrzowicach.