Rano z racji kiepskiej pogody, i powiązanych z tym kłopotami z moim przemakającym i niemal rozpadającym się plecakiem decyduję się na powrót w niziny tą samą drogą, podczas gdy Andrzej zdecydował się iść dalej na Atsuntę. Powracam więc tą samą drogą. Po drodze muszę chwilkę poczekać w trudniejszym przesmyku na ścieżce aż przejdzie tamtędy całe stado owiec. W międzyczasie gawędzę (o ile można nazwać gawędą moją szczątkową znajomość rosyjskiego) z siedzącym pasterzem czekającym na stado. Po krótkiej rozmowie pasterz zza pazuchy wyciąga… nowiutką Nokię z folią na wyświetlaczu i robi mi zdjęcie. Po kilku godzinach marszu na drodze napotykam na stado owiec i siedzącego przy nich groźnie wyglądającego psa. Decyduję się poczekać zatem na idących za mną grupę Kanadyjczyków i Gruzinów. Nadchodzą Gruzini i groźnymi okrzykami przeganiają stado i psa zarazem. Dochodzimy z powrotem do Girevi. Z daleka okrzykami wołają nas żołnierze z widocznego w dole campu. Na dole okazuje się, że mam problem. Żołnierz wypytuje o pozwolenie na przejście. Jest wysoce niezadowolony z moich odpowiedzi, i z braku naszej wizyty dzień wcześniej, jednak po kilkuminutowej wymianie zdań puszcza mnie, decydując jednak, że dalszą drogę mam odbyć z młodym Gruzinem, który planuje iść w tym samym kierunku.

Ruszamy więc żwawo. W Parsmie mój młody towarzysz zagaduje grupę leśników, i już po chwili siedzimy w gruzińskim krążowniku szos, czyli Ładzie Niva. Po drodze zbieramy jeszcze parę z Izraela, i razem dojeżdżamy do Dartlo. Tam z Izraelitami decydujemy się na pozostanie na nocleg i rano udać się w dalsza drogę. Na siedzibę wybieramy tym razem inny „hotel”, którego właścicielem jest nasz kierowca. Budynek hotelu znajduje się na samym szczycie wzgórza, więc wdrapanie się tam zajęło nam chwilę czasu. Na szczęście właściciel zobowiązał się do wwiezienia nam bagaży samochodem. Nasz trud został wynagrodzony wspaniałą panoramą z tarasu pensjonatu.