Kolejny dzień postanawiamy spędzić na plaży. Wybieramy do tego celu plażę w Sarpi, położonej niedaleko granicy z Turcją. Do celu udajemy się oczywiście taksówką, gdyż przy czterech osobach jest to najbardziej opłacalny środek transportu. Negocjacjom oczywiście przewodniczy Andrzej, chyba będą mieli go dość w całej Gruzji. Mijamy twierdzę Gonio i docieramy na miejsce. Nie sądziliśmy, że plaża położona jest tak niedaleko, że leżąc na niej można podziwiać ruch na przejściu granicznym. Plażowanie jest średnio możliwe, bo nie dość że plaża składa się z kamieni, to na dodatek co chwilę pada. Nie przeszkadza nam to jednak w kąpieli. Chwile z deszczem spędzamy w pobliskim barze. We wczesnych godzinach popołudniowych decydujemy się wrócić do miasta. Tam krótka przerwa na obiad w irańskiej restauracji. Po obiedzie każdy udaje się w swoją stronę. Po pewnym czasie spotykam się z Andrzejem, i udajemy się na poszukiwanie Alei Kaczyńskich. Niestety, żaden z napotkanych mieszkańców lub policjantów nie był w stanie podać nam nawet kierunku. Szliśmy więc deptakiem, zadając sobie jedno pytanie:

Na domiar złego zaczął padać deszcz. Gdy doszliśmy do końca miasta, nie znajdując celu, zrezygnowani wsiedliśmy do autobusu. Oczywiście, pierwsza ulica, w którą wjechał autobus, była tu ulica…. Kaczyńskich. Gościnny kierowca Gruzin oczywiście zatrzymał się (autobusem miejskim), abyśmy mogli zrobić zdjęcia tabliczce! (aż tacy gościnni oni nie są, w autobusie nie było nikogo oprócz nas) 😉 Udajemy się do hotelu po bagaże, a następnie na pożegnalną kolację z naszymi znajomymi. Tym razem w restauracji jest tłoczno. Niestety nadchodzi czas wyjazdu na dworzec. Jedziemy taksówką przy dźwiękach Pink Floyd w radio. Gdy docieramy na dworzec, rozpoczyna się ulewa, jest tak silna, że na odcinku metra dzielącego mnie spod daszku do wagonu zostaję doszczętnie zmoczony. W pociągu okazuje się, że mamy cały przedział sypialny dla siebie. Zamykamy się zatem wewnątrz, i uderzamy w kimono.