O 8:00 docieramy do Makhinjauri. Jest to ostatnia stacja kolejowa, gdyż do samego Batumi pociąg nie dojeżdża. Tuż po wyjściu z wagonu zjawia się kilkunastu chętnych, którzy oferują dojazd do centrum, nocleg, itp. Kupujemy bilety na jutro, tym razem udaje się nam dostać bilet na miejsca sypialne. Chcąc się dostać do centrum dajemy się namówić na taksówkę najbardziej wytrwałemu kierowcy. Jedziemy w czwórkę, więc cena za taxi jest niewiele wyższa od ceny biletu autobusowego. Ruszamy pod adres podany nam w Tbilisi przez Irinę. Oczywiście na miejscumamy powiedzieć, że jesteśmy z jej polecenia. Czujemy, że Irina oplata cały kraj siecią swoich znajomości 😉 Pokoje są całkiem niezłe, mimo, iż dzielnica jest raczej nieprzyjemna – blokowisko z odrapanymi ścianami i metrowej głębokości kałuże w ulicy, która ostatnie łatanie widziała chyba z 30 lat temu. 129 Pytamy o najbliższy lokal gastronomiczny, aby zjeść śniadanie. Okazuje się, że niedaleko jest restauracja, która okazuje się strzałem w dziesiątkę! Wystrój nieco a’ la PRL, ale jedzenie jest znakomite. Po śniadaniu wybieramy się na spacer. Batumi robi oszałamiające wrażenie. Nie to że jest przesadnie piękne lub koszmarnie brzydkie. Paradoksem tego miasta jest fakt, że przepych i koszmarna brzydota wymijają się czasem o kilkadziesiąt metrów.
130

Spod luksusowego hotelu skręcasz w ulicę w prawo, i lądujesz po kostki w kałuży błota… Wędrujemy przez wysadzany palmami deptak podziwiając widoczny z każdego punktu w mieście Sheraton. Wieczorem decydujemy się na wycieczkę do położonego poza miastem ogrodu botanicznego.

137

Jest to jedna z największych atrakcji miasta. Położony na stromym klifie stanowi prawdziwą dżunglę. Przy odrobinie wysiłku udaje nam się znaleźć miejsca, w których nie ma żywej duszy. Spędzamy w ogrodzie trzy godziny, i jedynym powodem dla którego musimy się wynieść jest ciemność, i fakt zamknięcia przybytku. Mam nieodparte wrażenie, że nie zobaczyliśmy nawet połowy. Gdy dochodzimy do bramy wyjściowej okazuje się, że darmowy busik przewożący z powrotem do centrum jest za pół godziny, i wcale nie ma gwarancji, że nas zabierze, gdyż bilety na niego kupuje się przy wejściu!. Ruszamy zatem za bramę w ciemność. Po przejściu kilometra docieramy do głównej drogi poza miastem. Ale jako że głupi ma zawsze szczęście, na skrzyżowaniu stoi… taksówka. Po krótkich negocjacjach młody kierowca zgadza się zawieźć nas do centrum. Po tak bogatym dniu zwiedzania nagrodą jest kolacja w znanej skądinąd restauracji.