Wyprawy rowerowe i nie tylko...

Bieganie

I Półmaraton Dąbrowski

Pierwszy raz wiąże się zazwyczaj ze stresem.. Tak samo było i teraz. Szybka rejestracja, niewielka kolejka i spotkanie z wuefistą z podstawówki. Ciekawe, czy pamięta jakie miałem kłopoty ze zdobyciem dobrych ocen z wf? 😉 Impreza dobrze rozreklamowana, bo na koszulkach nazwy miast z całej Polski. Zapisanych jest na pewno 300 osób a może nawet więcej, bo numery startowe sięgają 400. W hali czuć atmosferę rywalizacji, a zapach ben-gaya unosi się nad wodami 😉 Pamiątkowe zdjęcie wszystkich biegaczy, i czas szykować się do wyjazdu. O, startuje Jacek Fedorowicz. Ten to ma zdrowie… Rocznik 1937. Na szczęście mamy zapewniony dojazd samochodem, więc na miejsce przybywamy wygodnie i szybciej niż znakomita reszta biegaczy. Po przyjeździe okazuje się że start jest dobre kilkaset metrów dalej niż myśleliśmy, więc ten dystans wykorzystujemy na małą rozgrzewkę. Autokary dojeżdżają, i w tym momencie wszystkie okoliczne pola zostają wykorzystane w celach załatwienia potrzeb fizjologicznych. Lepiej teraz niż po drodze. O 12.00 zbiórka wszystkich biegaczy, i start…

Zaraz na początku czeka nas niewielki podbieg, który większość pokonuje w zwartej grupie. Przy okazji łapię się na zdjęcie fotografa z maratonypolskie.pl. Przebiegamy przez Ujejsce, i po minięciu centrum dzielnicy stawka zaczyna się rozciągać na dobre. sprzyja temu solidny fragment trasy prowadzący w dół, w kierunku widocznemu zbiornikowi Pogoria IV. Na 4 kilometrze skręcamy na ścieżkę rowerową prowadzącą dookoła zbiornika, która nam będzie towarzyszyć aż do 12 kilometra trasy. Ścieżka jest wygodna, asfaltowa i płaska, i nawet nie czuć żeby wzmógł się wiatr, tak dokuczliwy na otwartych terenach. samopoczucie jest dość dobre, i nawet nei wiedzieć kiedy dobiegam do pierwszego punktu pomiarowego. 0:25 – nie jest źle. Gdyby udało się taki czas utrzymać do końca byłbym z siebie zadowolony. Szybka decyzja – woda czy izotonik i lecimy dalej. Patrzę do tyłu za Tomkiem i Markiem, ale niestety nie mogę ich zauważyć. Kolejne kilometry mijają szybko i nawet nie wiedzieć kiedy zbliżam się do kolejnego punktu pomiarowgo. Trasa jest dobrze oznakowana i zabezpieczona, na każdym zakręcie stoi paru wolontariuszy, którzy w wskazują właściwy kierunek i zabezpieczają trasę. Przy budynku RZGW stoi nawet jego pracownik w galowym mundurze i salutuje przebiegającym.

Drugi punkt pomiarowy, i tempo zostaje utrzymane – 50 minut. powoli zaczynam odczuwać trudy biegu. Jeszcze przed punktem pomiarowym wyprzedzają mnie dwie osoby, jednak potem udaje nam się utrzymać równe tempo i cały czas pozostaję w ich zasięgu. Na 12 kilometrze czeka nas kilkaset metrów nieprzyjemnej błotnistej trasy z kałużami. Na tym odcinku udaje mi się wyprzedzić kilka osób, ale też zostaję dogoniony przez dwójkę którą zostawiłem w tyle na 4 kilometrze. 13 kilometr, i wbiegamy na szutrówkę biegnącą dokoła Pogorii III. Coraz bardziej daje się we znaki zmęczenie mięśni, a także odzywa się parę razy niebezpiecznie staw biodrowy. Troszeczkę zwalniam tempo, ale na 15 kilometrze jestem zgodnie z wytyczonym planem. Dopiero później siły zaczynają mnie lekko opuszczać, ale za to pojawia się coraz więcej osób dopingujących na trasie. Pojawiają się równiez awanturujący kierowcy, którzy już teraz chcą wyjechać ze swoich posesji i są zatrzymywani przez policję. Po kolejnym kilometrze biegaczy czekało wyzwanie: ostry podbieg pod wiadukt nad torami. Niektórzy ten fragment pokonują idąc. Do bólu mięśni dołącza się piekący ból w podbiciu stopy świadczący o otarciu. sił jest tak mało, że nawet na zbiegu nie mam możliwości przyspieszyć żeby nadrobić stracony czas, zostaję też wyprzedzony przez kolejne dwie osoby. wbiegamy na ulicę Graniczną, przebiegamy koło „Pentagonu”. Kolejny zgrzyt – dwie wolontariuszki puszczają nie zauważają kierowcy, który z parkingu wyjeżdża na trasę biegu (!) Nie wiem czy zdaje sobie sprawę jakie zagrożenie może stanowić, na szczęście szybko uświadamia mu to policjant kierujący ruchem.

Wybiegamy na ulicę Piłsudskiego, i słyszę: „środkowym pasem proszę” Przed nami się rozciąga perpektywa najbliższych dwóch kilometrów biegu samym środkiem jednej z najruchliwszych ulic w mieście. Niesamowity widok. W mózgu melodyjka z „Rocky’ego” i od razu tempo staje się szybsze. Na trasie coraz więcej kibiców, i nawet nie czuć kiedy zaczyna się ostatni podbieg. Jest stosunkowo długi, i ostatnie metry sprawiają problem. Wbiegam do parku, nogi już niosą bardzo słabo i nawet nie ma siły przyspieszyć. Dwójka, którą wyprzedzałem na podbiegu mija mnie, i już taka kolejność zostaje do samego końca. Ostatnie metry udaje się wykrzesać dodatkowe siły, i finiszuję z jak się później okaże czasem 1:48:41 (210 miejsce). Medal, butelka gatorade, i problem z dojściem do czekających rodziców. Dobrze że przy zakładaniu spodni byłem blisko barierki, bo bez niej zaliczyłbym szybką glebę. Teraz czekamy wspólnie na Tomka i Marka. Po pewnej chwili dobiega Tomek a jeszcze po chwili Marek. Idziemy zjeść opłacony bigos, czekamy na losowanie nagród, i udajemy się na zasłużony odpoczynek.

Zdjęcia zamieszczone dzięki uprzejmości Łukasza Jaworskiego i portalu www.maratonypolskie.pl

Poprzedni artykuł
Niegowonice – Bydlin – Chechło
Kolejny artykuł
Niemcy